Kilka godzin przeszukiwałam miejsce, gdzie toczyła się walka, by znaleźć Sudbę. Wołałam go, lecz nie było żadnego odzewu.
Gdy zaczęło świtać, usiadłam na pozostałościach dachu i zaczęłam płakać.
Płakałam jak nigdy przedtem.
Jedyna osoba na której mi zależało, zniknęła, przepadła, jak kamień w wodę.
Nie chciałam, nie mogłam dopuścić do siebie myśli, że mógł zginąć. Bo nie mógł od tak sobie umrzeć... prawda?
Zauważyłam błysk wśród gruzów i pobiegłam w to miejsce najszybciej jak tylko mogłam. Zobaczyłam tam... Sudbę...
Całego we krwi, nieprzytomnego. Z mieczem w dłoni.
Musiałam go jak najszybciej zabrać do domu.
Od potyczki z ayakashi minęły już dwa dni, a chłopak wciąż nie odzyskał przytomności. Martwiło mnie to.
Największym niepokojem napawał mnie fakt, że gorączkował. Bardzo. Co mu się stało...?
Wieczory były najgorsze, bo temperatura rosła, a Sudba cierpiał. Siedziałam przy łóżku, co jakiś czas sprawdzając, czy okład na jego czole jest jeszcze chłodny. Dotknęłam delikatnie jego dłoni jakby dając mu znać, że nie jest sam.
Dostałam zlecenie. Tym razem swoje. Niepewnie spojrzałam na leżącą w łóżku postać. Odwróciłam się, przy przygotować się do zadania, gdy usłyszałam cichy głos.
- Rin, nie zostawiaj mnie samego...
Podbiegłam do niego i wzięłam w dłonie jego twarz. Błękitne, błyszczące od gorączki oczy pełne były niezrozumiałego dla mnie strachu.
- Idę tylko na chwilę - zapewniałam go, przytykając czoło do jego czoła i spoglądając mu w oczy starając się go uspokoić - Będę najpóźniej za godzinkę.
On spoglądał na mnie na wpół przytomnie, niczym wystraszone zwierzę. Głaskałam go po twarzy, chcąc dodać mu otuchy. Pocałowałam skorpione zimnym potem czoło i wstałam, posyłając mu szczery uśmiech, po czym skierowałam się do wyjścia.
- Shiro... - usłyszałam - Moje prawdziwe imię brzmi Shiro...
Uśmiechnęłam się jeszcze szerzej i wyszłam.
czwartek, 30 lipca 2015
poniedziałek, 27 lipca 2015
I - Quest
Czasem do obowiązków pomniejszych Kami jak my, należy zastępowanie jakiegoś innego bóstwa, które nie jest obecnie w stanie wykonać swojego zadania. Takowe zostało nam przydzielone. Jeden z shinigami, bóstw śmierci, dostał ważniejsze zlecenie, niż odwiedzenie staruszka, by odprowadzić go na drugą stronę.
- Sudba... - jęknęłam - Znowu mamy bawić się w kostuchę...
Odpowiedział mi jego stłumiony śmiech. Za każdym razem, gdy dostaliśmy jakieś beznadziejne zadanie, a ja zaczynałam narzekać, on dostawał ataku śmiechu, co mi nie poprawiało nastroju.
- Nie Marudź, Rin - podszedł do mnie, wycierając ręce w ścierkę - Lepsze to, niż siedzenie i nudzenie się, prawda?
- Powinniśmy dostawać własne zlecenia, a nie odwalać brudną robotę za kogoś. Jesteśmy w końcu bóstwami losu...
- NIŻSZYMI bóstwami... - przerwał mi.
- Ale wciąż nie na dnie hierarchii.
- Pragnę ci przypomnieć, że shinigami są Kami, które nie zostały zrodzone z człowieka, tylko pochodzą z zaświatów. My, niżsi, jesteśmy ludźmi, którzy dostąpili zaszczytu naznaczenia przez bóstwo.
Zgrzytnęłam zębami, zirytowana, a on poszedł przygotować się do wykonania zadania.
Nocą miasto jest piękne. W oknach palą się mdłe światła świec, czasem lamp naftowych. Mrok przechadzał się między uliczkami, gdzie nie świeciły latarnie. Samym środkiem ulicy szedł czarny kot, błyskając na boki swoimi złotymi ślepiami. Gdzie Kami, tam i koty.
Wraz z Sudbą staliśmy na dachu i obserwowaliśmy okolicę. Dokładnie pod nami znajdował się już dogorywający staruszek, którego mieliśmy przeprowadzić. Czekaliśmy jedynie, aż wyda ostatnie tchnienie.
- Wydajesz się zaniepokojony - szepnęłam do mojego towarzysza, który w odpowiedzi uniósł dłoń, nakazując milczenie.
Wyczuwał coś.
Albo kogoś.
W każdym razie coś, co stanowi dla nas zagrożenie. Jego twarz jest ściągnięta w powadze i napięciu.
Doskonale znam tę twarz.
Boi się.
W jednej chwili łapie mnie wpół, unosi i przeskakuje na sąsiedni budynek. Nim udaje mi się wydobyć z siebie jakikolwiek głos, dach, na którym dopiero co staliśmy zawala się, a z tego co pozostało, wyłania się czarny bezkształtny twór.
- Ayakashi... - słyszę tuż przy swoim uchu czując, jak jego ręce drżą. Słyszę nerwowy zgrzyt zębów, a gdy spoglądam w jego oczy, zazwyczaj zimne, niczym lód, widzę, że teraz jarzą się przerażającym, błękitnym blaskiem. Ten łagodny Kami na mych oczach przeistacza się w boga wojny.
Moja dłoń dotyka jego policzka, a bezdenny błękit nieba wwierca się teraz w moje jestestwo.
- Spokojnie, Sudba... - szepczę, próbując go choć trochę uspokoić, pocieszyć, wesprzeć. Jednak zamiast się uśmiechnąć, dać jakikolwiek znak, że gest został doceniony, sadza mnie na ziemi, i nawet się nie odwracając, lodowatym głosem zakazuje mi wtrącać się do walki.
Chcę chwycić jego rękę, lecz nikt już przede mną nie stoi. Siedzę sama na dachu patrząc, jak najbliższa mi osoba rusza na pewną śmierć.
Miecz zamigotał odbitym blaskiem księżyca w pełni, gdy Sudba zaatakował ayakashi. Stwór zaczął przyjmować materialną postać, co błękitnooki Kami chciał wykorzystać tnąc i siekając co raz to bardziej rzeczywistego przeciwnika. Nie zważał przy tym kompletnie, czy sam nie zostanie uderzony. Gniew go zaślepił...
- Odsłaniasz się! - wrzasnęłam starając się przypomnieć przyjacielowi o obronie.
Za późno.
Fizyczne już szpony ayakashi z impetem cisnęły chłopakiem o sąsiednią kamienicę, skutecznie pozbywając go w tej chwili możliwości bojowych.
Zaczęłam się modlić.
Święte słowa są czymś, czego zjawy nie potrafią znieść, a w ustach boga, jak nisko w hierarchii by nie był, sprawiają mu ból zarówno psychiczny, jak i fizyczny.
Modliłam się najmocniej, jak tylko byłam w stanie. Mocno i gorliwie, wkładając w sutrę całe swoje serce.
Stwór zaczął wyć, wrzeszczeć, pluć pianą na wszystkie strony, a w końcu, w ostatecznej desperacji rzucił się na mnie, chcąc przerwać tę litanię bólu.
Księżyc w pełni oświetlał dokładnie moją twarz. Uniosłam się i rozejrzałam.
Po ayakashim nie było śladu.
Ani po zjawie... ani po moim przyjacielu.
- Sudba... - jęknęłam - Znowu mamy bawić się w kostuchę...
Odpowiedział mi jego stłumiony śmiech. Za każdym razem, gdy dostaliśmy jakieś beznadziejne zadanie, a ja zaczynałam narzekać, on dostawał ataku śmiechu, co mi nie poprawiało nastroju.
- Nie Marudź, Rin - podszedł do mnie, wycierając ręce w ścierkę - Lepsze to, niż siedzenie i nudzenie się, prawda?
- Powinniśmy dostawać własne zlecenia, a nie odwalać brudną robotę za kogoś. Jesteśmy w końcu bóstwami losu...
- NIŻSZYMI bóstwami... - przerwał mi.
- Ale wciąż nie na dnie hierarchii.
- Pragnę ci przypomnieć, że shinigami są Kami, które nie zostały zrodzone z człowieka, tylko pochodzą z zaświatów. My, niżsi, jesteśmy ludźmi, którzy dostąpili zaszczytu naznaczenia przez bóstwo.
Zgrzytnęłam zębami, zirytowana, a on poszedł przygotować się do wykonania zadania.
Nocą miasto jest piękne. W oknach palą się mdłe światła świec, czasem lamp naftowych. Mrok przechadzał się między uliczkami, gdzie nie świeciły latarnie. Samym środkiem ulicy szedł czarny kot, błyskając na boki swoimi złotymi ślepiami. Gdzie Kami, tam i koty.
Wraz z Sudbą staliśmy na dachu i obserwowaliśmy okolicę. Dokładnie pod nami znajdował się już dogorywający staruszek, którego mieliśmy przeprowadzić. Czekaliśmy jedynie, aż wyda ostatnie tchnienie.
- Wydajesz się zaniepokojony - szepnęłam do mojego towarzysza, który w odpowiedzi uniósł dłoń, nakazując milczenie.
Wyczuwał coś.
Albo kogoś.
W każdym razie coś, co stanowi dla nas zagrożenie. Jego twarz jest ściągnięta w powadze i napięciu.
Doskonale znam tę twarz.
Boi się.
W jednej chwili łapie mnie wpół, unosi i przeskakuje na sąsiedni budynek. Nim udaje mi się wydobyć z siebie jakikolwiek głos, dach, na którym dopiero co staliśmy zawala się, a z tego co pozostało, wyłania się czarny bezkształtny twór.
- Ayakashi... - słyszę tuż przy swoim uchu czując, jak jego ręce drżą. Słyszę nerwowy zgrzyt zębów, a gdy spoglądam w jego oczy, zazwyczaj zimne, niczym lód, widzę, że teraz jarzą się przerażającym, błękitnym blaskiem. Ten łagodny Kami na mych oczach przeistacza się w boga wojny.
Moja dłoń dotyka jego policzka, a bezdenny błękit nieba wwierca się teraz w moje jestestwo.
- Spokojnie, Sudba... - szepczę, próbując go choć trochę uspokoić, pocieszyć, wesprzeć. Jednak zamiast się uśmiechnąć, dać jakikolwiek znak, że gest został doceniony, sadza mnie na ziemi, i nawet się nie odwracając, lodowatym głosem zakazuje mi wtrącać się do walki.
Chcę chwycić jego rękę, lecz nikt już przede mną nie stoi. Siedzę sama na dachu patrząc, jak najbliższa mi osoba rusza na pewną śmierć.
Miecz zamigotał odbitym blaskiem księżyca w pełni, gdy Sudba zaatakował ayakashi. Stwór zaczął przyjmować materialną postać, co błękitnooki Kami chciał wykorzystać tnąc i siekając co raz to bardziej rzeczywistego przeciwnika. Nie zważał przy tym kompletnie, czy sam nie zostanie uderzony. Gniew go zaślepił...
- Odsłaniasz się! - wrzasnęłam starając się przypomnieć przyjacielowi o obronie.
Za późno.
Fizyczne już szpony ayakashi z impetem cisnęły chłopakiem o sąsiednią kamienicę, skutecznie pozbywając go w tej chwili możliwości bojowych.
Zaczęłam się modlić.
Święte słowa są czymś, czego zjawy nie potrafią znieść, a w ustach boga, jak nisko w hierarchii by nie był, sprawiają mu ból zarówno psychiczny, jak i fizyczny.
Modliłam się najmocniej, jak tylko byłam w stanie. Mocno i gorliwie, wkładając w sutrę całe swoje serce.
Stwór zaczął wyć, wrzeszczeć, pluć pianą na wszystkie strony, a w końcu, w ostatecznej desperacji rzucił się na mnie, chcąc przerwać tę litanię bólu.
Księżyc w pełni oświetlał dokładnie moją twarz. Uniosłam się i rozejrzałam.
Po ayakashim nie było śladu.
Ani po zjawie... ani po moim przyjacielu.
czwartek, 23 lipca 2015
Prolog - Fatum's Humanity
Ludzie rzadko zastanawiają się nad swoimi czynami. Ulegają chwili, nie biorą pod uwagę konsekwencji, które mogą na siebie ściągnąć.
Na siebie, bądź innych. Bo przecież nie tylko my odczuwamy skutki naszych decyzji...
Każdy przynajmniej raz dostaje szansę, by zmienić swoje dotychczasowe życie. Nie zawsze na lepsze.
Jestem różnie nazywana. W każdym języku moje imię brzmi inaczej, chodź najlepiej jestem znana jako Los, Przeznaczenie...
Kiedyś byłam człowiekiem. Mój poprzednik dał mi wybór. Prowadzić nudne życie uczennicy, bądź stać się wyższym bytem.
Nad czym się tu zastanawiać, powiecie...
Też się nie zastanawiałam.
Miał na imię Sudba. A przynajmniej takie imię przyjął. Pamiętam, że pierwszy raz zobaczyłam go we śnie. Wokół panował nieprzenikniony mrok, a mimo to, obydwoje byliśmy doskonale dla siebie widoczni. Jego białe, związane w luźny warkocz włosy, poruszały się lekko, jakby niesione porannym wiaterkiem.
Wyglądał na nie więcej, niż 20 lat... jego niebieskie niczym niebo oczy, wypełniał smutek i zmęczenie. Serce zalał żal i współczucie. Cokolwiek się stało, cierpiał.
- Izumi Rin... - jego szept rozbrzmiewał wokół mimo, że usta pozostawały zamknięte - Nadszedł czas wyboru... Zachowasz człowieczeństwo, bądź staniesz się upiorem, ayakashi.
Patrzyłam na niego, nie rozumiejąc, a po plecach przeszedł mi dreszcz. Jak mogłam zachować swoje człowieczeństwo...?
Później wszystko już się wyjaśniło...
Gdy człowiek spotyka Kami... bóstwo i zostaje przez nie naznaczony, staje się czymś w rodzaju pół człowieka, pół boga... To spotkało mnie. Przestałam być zauważana. Nikt mnie nie pamiętał, nie poznawał. Z dnia na dzień.
Zostałam sama...
Gdy siedziałam tak w samotności, w ulewie, podszedł do mnie chłopak o oczach w barwie nieba. Uśmiechnął się i podał mi dłoń.
- Od teraz zaczyna się twoje nowe życie - powiedział, a ja od razu poznałam jego głos - Od teraz zaczyna się twoja wewnętrzna walka między dobrem a złem. A ja ci będę towarzyszyć.
Tak mijały dni, tygodnie, miesiące, lata, dekady, wieki.
Przyjęłam nowe imię.
Fatum.
Sudba był przy mnie każdego dnia. I mam nadzieję, że tak pozostanie.
Na zawsze.
Na siebie, bądź innych. Bo przecież nie tylko my odczuwamy skutki naszych decyzji...
Każdy przynajmniej raz dostaje szansę, by zmienić swoje dotychczasowe życie. Nie zawsze na lepsze.
Jestem różnie nazywana. W każdym języku moje imię brzmi inaczej, chodź najlepiej jestem znana jako Los, Przeznaczenie...
Kiedyś byłam człowiekiem. Mój poprzednik dał mi wybór. Prowadzić nudne życie uczennicy, bądź stać się wyższym bytem.
Nad czym się tu zastanawiać, powiecie...
Też się nie zastanawiałam.
Miał na imię Sudba. A przynajmniej takie imię przyjął. Pamiętam, że pierwszy raz zobaczyłam go we śnie. Wokół panował nieprzenikniony mrok, a mimo to, obydwoje byliśmy doskonale dla siebie widoczni. Jego białe, związane w luźny warkocz włosy, poruszały się lekko, jakby niesione porannym wiaterkiem.
Wyglądał na nie więcej, niż 20 lat... jego niebieskie niczym niebo oczy, wypełniał smutek i zmęczenie. Serce zalał żal i współczucie. Cokolwiek się stało, cierpiał.
- Izumi Rin... - jego szept rozbrzmiewał wokół mimo, że usta pozostawały zamknięte - Nadszedł czas wyboru... Zachowasz człowieczeństwo, bądź staniesz się upiorem, ayakashi.
Patrzyłam na niego, nie rozumiejąc, a po plecach przeszedł mi dreszcz. Jak mogłam zachować swoje człowieczeństwo...?
Później wszystko już się wyjaśniło...
Gdy człowiek spotyka Kami... bóstwo i zostaje przez nie naznaczony, staje się czymś w rodzaju pół człowieka, pół boga... To spotkało mnie. Przestałam być zauważana. Nikt mnie nie pamiętał, nie poznawał. Z dnia na dzień.
Zostałam sama...
Gdy siedziałam tak w samotności, w ulewie, podszedł do mnie chłopak o oczach w barwie nieba. Uśmiechnął się i podał mi dłoń.
- Od teraz zaczyna się twoje nowe życie - powiedział, a ja od razu poznałam jego głos - Od teraz zaczyna się twoja wewnętrzna walka między dobrem a złem. A ja ci będę towarzyszyć.
Tak mijały dni, tygodnie, miesiące, lata, dekady, wieki.
Przyjęłam nowe imię.
Fatum.
Sudba był przy mnie każdego dnia. I mam nadzieję, że tak pozostanie.
Na zawsze.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)