Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuro. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 września 2015

XLV - Attack

   Shiro siedział pod ścianą po turecku. Miał zamknięte oczy, więc nie byłam pewna czy medytuje, czy może już zasnął. Przysiadłam się do niego i oparłam głowę o jego ramię. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się.
- Jak się czujesz? - spytał, obejmując mnie lekko.
- Jest dobrze. Nic już nie boli, więc możesz przestać się martwić.
Pokiwał głową z jeszcze szerszym uśmiechem i przygarnął mnie mocniej do siebie.
A ja zrozumiałam, jak bardzo moja obecność mu pomaga.
   Był środek nocy. Ktoś zaczął mną szarpać.
Gdy otworzyłam oczy, ujrzałam bladą, ściągniętą strachem twarz Rin. Usiadłam i rozejrzałam się, kompletnie nie rozumiejąc, dlaczego jestem budzona o tak chorej porze. I wtedy usłyszałam pełen żałości i bólu smoczy ryk.
- Mesmer zaatakował szmaragdowy pałac - szepnęła moja towarzyszka, a ja zorientowałam się, że w pokoju nie ma z nami Shiro.
Poderwałam się na równe nogi z zamiarem odnalezienia chłopaka. Wypadłam do ogrodu zen, gdzie leżało parę ciał. Obejrzałam je naprędce by upewnić się, że żadne nie należy do mojego brata.
Nie było go tu.
Odetchnęłam z ulgą i pobiegłam szukać go dalej, mimo nawoływań Rin błagającej mnie, bym została. Ale nie chciałam. Nie mogłam. Biegłam przez kolejne komnaty, mijając walczących ze sobą kami. Już przy samym wyjściu zostałam złapana przez rosłego wojownika z opaską na oku. Uśmiechnął się ohydnie łapiąc mnie wpół. Zaczęłam się drzeć co sił w płucach, ale wszycy byli zbyt zajęci sobą i swoimi walkami, żeby przejmować się jeszcze mną. Szarpałam się najmocniej jak mogłam, usiłując wyrwać się z uścisku tego przerośniętego gnoja. Rzucił mnie w jakiś kąt w jedym z kolejnych pokoi i przyparł mnie do ściany. Czułam jego cuchnący gorzałą oddech, gdy przysunął się bliżej i zaczął mnie obmacywać. Zacisnęłam mocno powieki, starając się go odepchnąć, uderzyć, cokolwiek, byleby przetał, ale nic nie pomagało.
Lecz już chwilę później, która dla mnie trwała całe wieki, nie czułam jego oddechu ani dotyku.
- Jesteś cała? - usłyszałam łagodny głos, którego tak wyczekiwałam.
- Shiro... - załkałam i rzuciłam mu się na szyję. Odskoczyłam jak poparzona, gdy usłyszałam, że syknął. Dopiero wtedy zauważyłam, że jest ranny. Lewe oko zalewała jucha, a na prawym boku kwitła szkarłatna róża krwi.
- Nie powinno cię tu być - powiedział, chwytając mnie za ramiona - Jest zbyt niebezpiecznie. Odprowadzę cię do pokoju.
- Nie - odparłan stanowczo - Jesteś ranny. Nie zostawię cię tu.
Przyglądał mi się chwilę, mierząc mnie wzrokiem od góry do dołu.
- Jesteś nieuzbrojona i bez pancerza.
- Tobie jakoś pancerz nie pomógł - burknęłam wskazując jego bok. Już otwierał usta, ale zrezygnował. Skinął głową i poprosił tylko, bym trzymała się blisko niego.
Wyrwałam miecz przytroczony do boku mojego niedoszłego oprawcy. W momencie, w którym wyszliśmy na pole walki, zaczęłam się modlić, żeby nic mu się nie stało. Chrzanić mnie. On musi żyć dla Rin.
Przypomniałam sobie to, co widziałam dzisiaj wieczorem. Shiro przeczuwał, że niedługo Mesmer może przypuścić atak nie zważając już na to, że podnosi rękę na sojuszniczkę Amaterasu. Chłopak podejrzewał, że złoty kami będzie chciał pomścić Adel. Rin się bała. Bała się, że zginie osoba, którą kochała. Bo chyba każdy już zauważył, że darzyła go wielkim uczuciem. A z tego co wiem, moj brat to uczucie w pełni odwzajemniał. Wtedy, w pokoju, widziałam, jak się do siebie tulili. Jak ona przytulała jego głowę do serca, szepcząc cicho. A potem... podniósł się, ujął jej twarz w dłonie i... pocałował. Całowali się długo i czule, a gdy już się od siebie odsunęli, w jego oczach dojrzałam bezkresne szczęście, którego dotąd nigdy u nikogo innego nie dostrzegałam.
Teraz stał przede mną jako wojownik. Obserwowałam każdy jego krok i ruch, gdy walczył ze swoimi przeciwnikami. Zauważyłam, jak bardzo zmienił się jego styl walki, od kiedy zaczął trenować pod okiem Zannyo. Byłam z niego dumna.
Obejrzał się na mnie z kpiącym uśmiechem.
- Co powiesz na małą zabawę? - krzyknął do mnie - Kto zabije więcej tych ścierw?
Wyszczerzyłam się radośnie i ścięłam głowę nacierającego na mnie mężczyznę.
- Tak jakby nie masz ze mną szans, braciszku!
Odpowiedział mi jego radosny śmiech, któremu zawtórował wrzask umierającego od jego miecza napastnika.
   Nie miałam pojęcia, ilu wrogów przedarło się na teren szmaragdowego pałacu, ale wkrótce musięliśmy przeszukiwać komnaty, żeby kogokolwiek znaleźć.
- Ilu załatwiłaś? - zagadał do mnie Shiro, gdy kierowaliśmy się w stronę naszego pokoju.
- Hm... - mruknęłam pocierając koniec nosa - Piętnastu.
- Ej, niemożliwe! - stanął i wziął się pod boki, chichocząc - Ja mam czternastu! Oszukujesz!
Zaczełam się śmiać. Bawił mnie sposób, w jaki udawał, że się gniewa i buldwersuje.
Otworzył drzwi do pokoju i zamarł z kamienną twarzą. Gdy zajrzałam do środka, zobaczyłam mężczyznę stojącego nad związaną i zakneblowaną Rin. Celował w nią trzymaną w dłoni kataną.
- Shiro, z woli Mesmera, przewodniczącego Rady Bogów, zabieram cię stąd jako mojego więźnia. Jeśli będziesz stawiał opór, Fatum zginie.
Widziałam jak mój brat zaciska pięści i zęby. Zamknął oczy i spuścił głowę. Rin patrzyła na niego wielkimi z przerażenia oczami, ale potrząsała głową jakby prosząc, by tego nie robił.
Lecz on już rzucił swój miecz pod nogi wojownika i zbliżył się się na odległość trzech kroków.
- Kuro - odezwał się, nie spuszczając wzroku z mężczyzny - Nie ma mowy, żebyś wygrała. Zaraz nasza zabawa skończy się remisem.
Po czym rzucił się pod jego nogi, chwytając miecz i odbijając wrogą klingę od Rin. Rozpętało się piekło, dzięki któremu mogłam zakraść się do skrępowanej dziewczyny i ją oswobodzić. Upewniwszy się że jest cała, zaczęłam obserwować toczącą się obok nas walkę.
Nie wyglądało to dobrze. Shiro był ranny i wyczerpany, co dawało sporą przewagę, jego przeciwnikowi, będącemu tak na prawdę w pełni sił. Białowłosy ledwie unikał i parował jego technicznie idealne ciosy. Rin siedziała zakrywając dłońmi usta, by nie rozproszyć skupionego do granic możliwości chłopaka, którego przeciwnin wykonał szybki zwód i wyminięcie, dosłownie w przeciągu sekundy znajdując się obok nas.
Widzę jak klinga mknie w moją stronę i posłuszna ręce swojego pana, wykonuje pchnięcie.
Ale cios nie dociera.
Zamiast salwy bólu, czuję na twarzy ciepłą i lepką ciecz.
A chwilę później wrzask Rin.
- SHIRO!!!

wtorek, 22 września 2015

XLIV - Live Your Life

   Obserwowałam jego zmagania w walce. Parowanie, cios, unik. I tak w kółko, raz za razem, co raz szybciej. Nie rozumiałam, dlaczego ryu odpowiadający za jego szkolenie, tak go męczył i strofował.
- Za szeroko robisz to zbicie! - krzyczał, a ja miałam ochotę podejść i trzasnąć gościa w łeb. Ale powtrzymało mnie stanowcze spojrzenie, które skutecznie przygasiło mój zapał do bójki. Nie zmieniło to jednak faktu, że denerwowało mnie, jak mój brat był traktowany. Ale obserwowałam dalej.
   Shiro był ponury. Strasznie rzadko się uśmiechał, ale przynajmniej się od nas nie izolował.
Domyślałam się, że męczyły go nadal wyrzuty sumienia związane z tą całą Adel. Któregoś razu Rin wytłumaczyła mi, że chłopaka łączyła z nią bardzo mocna przyjaźń.
- Nie mówił o niej zbyt dużo... - zauważyłam, a ona tylko spochmurniała.
- Sytuacja wyglądała tak, że ważniejsza była dla niej pozycja, niż los przyjaciela - odparła, spoglądając na podziwiającego niebo Shiro upewniając się, że nas nie słyszy - Nie potrafiła poświęcić stanowiska u boku Mesmera, aby go uratować. To nie tak, że nie wiedziała, co mu grozi. Była tego doskonale świadoma.
Przeniosłam wzrok na niego. Siedział zasępiony, poruszając ustami.
Modlił się.
A potem z jego ust wyczytałam słowa, które zmroziły mi krew w żyłach.
Bo przepraszał, że żyje.
Poderwałam się na równe nogi i podbiegłam do niego.
- Nie wolno ci! - krzyknęłam pełna trwogi - Nie pozwalam ci tak mówić! Nikt nie może przepraszać za to, że stąpa po ziemi... bo każdy jego krok sprawia radość tym, którzy wraz z nim idą przez życie! - czułam, jak po policzkach ciekną mi łzy. A jego oczy były co raz większe - Twoja obecność sprawia, że Rin i ja jesteśmy szczęśliwe, wiesz?
On tylko objął mnie i podziękował cicho, że jestem.
Że obie jesteśmy.
Zawsze będziemy przy nim, wspierając go, pocieszając go. A on jedynie pokiwał głową i wyszeptał podziękowania.
   Kolejne dni wypełniał marazm i bezczynność. Zannyo, widząc w jak złym stanie psychicznym jest Shiro, darowała mu karę zaznaczając jednak, że nie zaakceptuje, opuszczenia się w treningach, na co on jedynie zasalutował.
Siedzieliśmy teraz we trójkę w jego pokoju. Czekaliśmy na sprawozdanie Eriusa, który badał dzisiaj mnie i Shiro.
To akurat rozumiem. Chciał sprawdzić, jak po tylu latach wygląda nasz rozwój fizyczny. W moim przypadku stwierdził, że jak na warunki, w których dojrzewałam, moj stan jest doskonały. Ciekawa byłam, co powie po zbadaniu mojego brata.
Wątpiłam, aby źle ocenił jego sprawność fizyczną, ale zmartwiłam się, gdy staruszek poprosił go, żeby zostawił nas samych. Skinął jedynie głową i wyszedł, zamykając za sobą drzwi.
- Coś z nim nie tak? - wypaliła natychmiast Rin, która widocznie przejęła się tym nawet bardziej ode mnie. Eriel spojrzał po nas i westchnął.
- Fizycznie jest okazem zdrowia - zaczął powoli - Ba. Wielu kami chciałoby być tak sprawnym i pełnym energii. Jego ciało zdolne jest do naprawdę wielu rzeczy, o których on sam pewnie jeszcze nie wie.
- Ale? - ponagliłam go, gdy milczał zbyt długo.
- Psychicznie jest z nim źle. Stracił wewnętrzną równowagę i niepewni potrafi sobie z tym poradzić. Nie znaczy to jednak, że się nie stara. Sam po prostu nie ma szans tego przezwyciężyć.
- Dlatego poprosiłeś, aby wyszedł? - wtrąciła Rin zakładając ręce na piersi - Czy i on nie powinien tego usłyszeć? W końcu to jego dotyczy ta rozmowa.
Eriel uniósł rękę do góry prosząc, aby pozwoliła mu dokończyć mówić.
Z tego co zrozumiałam, staruszek chciał poinformować najpierw nas, abyśmy nie zareagowały przy nim zbyt impulsywnie w jego obecności. Na przykład strachem wobec niego.
Miał w tym sporo racji. To musiałam przyznać.
Gdy go zawołaliśmy, przyszedł od razu, przywołując na twarz uśmiech. Mimo jego starań wiedziałam, jak wieki był to dla niego wysiłek.
Eriel powiedział mu dokładnie to samo, co nam. Shiro siedział i słuchał uważnie, nie odrywając od niego wzroku. Gdy staruszek skończył, zapanowała kompletna cisza.
- Mam nadzieję, że jesteś świadom, że cię nie zostawimy. - odezwałam się cicho - Możesz na nas liczyć.
Jego błękitne oczy były we mnie ustawione, a potem przeniosły się na twarz Rin. Badał jej reakcję, zdanie i stosunek do tego, co przed chwilą było powiedziane.
Doskonale wiedziałam czemu.
Bal się, że znów go porzuci. Tak jak wtedy, gdy dowiedział się kim jest.
Ale potem uśmiechnął się szczerze i polował głową, dzięki czemu wszyscy odetchnęliśmy z ulga.
Bo to znaczy, że pozwoli sobie pomoc.

niedziela, 20 września 2015

XLIII - Remorse

Pisane oczami Kuro

   Shiro był ostatnimi dniami bardzo zajęty. Rin, która odwiedzała mnie codziennie opowiadała, że całymi dniami ćwiczył z którymś z pozostałych ryu, potem miał dyżur w kuchni. Po tym wszystkim nie nadawał się do niczego innego, niż wzięcia gorącej kąpieli i położenia się spać. Martwiłam się o niego, ale byłam pewna, że sobie poradzi.
To w końcu Shiro, nie?
W dniu, w którym wychodziłam z tego pieprzonego ambulatorium, Rin zdradziła mi swój plan. Z braku pokoi, chociaż dla mnie to była czysta niechęć innych ryu, Zannyo Ryuo kazała przenieść nasze rzeczy do pokoju Shiro, który będzie z nami dzielił. Znając życie będzie już tak padnięty, że będzie spał.
- Wgramolisz mu się do łóżka - uśmiechnęła się, a ja poczułam, jak robię się czerwona - Rano będzie miał niespodziankę, a pewnie się ucieszy.
Pokiwałam tylko głową modląc się, żeby Rin nie zobaczyła moich rumieńców.
   Wieczór był rześki. Zakradłyśmy się do pokoju, w którym byłyśmy zakwaterowane wraz z chłopakiem. Tak, jak Rin przewidziała, Shiro już spał. Nawet w tak słabym świetle, jakie było w pokoju widziałam, jaki był wyczerpany.
Podeszłam na paluszkach do jego materaca, ułożonego na podłodze - dziewczynie oddał swój futon - odkryłam go lekko i położyłam się obok niego. Nie wiem nawet, kiedy zasnęłam, tuląc brata do serca.
W środku nocy obudził mnie czyjś gwałtowny ruch. Otworzyłam oczy i zauważyłam, że Shiro siedzi na materacu. Cały drżał, a twarz, oświetlona przez wpadające przez okno światło księżyca w pełni, błyszczała się od potu. Nie wiedziałam, co się stało, ale również usiadłam i położyłam mu dłoń na plecach. Podskoczył i spojrzał na mnie.
Mogłabym przysiąc, że dojrzałam w jego oczach... łzy...
- Co się stało? - szepnęłam, a on tylko porwał mnie w ramiona i przytulił mocno. Był cały zgrzany, drżał - To był tylko sen, Shiro. Wszystko jest dobrze.
- To nie był tylko sen - wychrypiał. A potem się rozgadał. Powiedział mi, co zaszło w gmachu Rady Bogów. Podczas starcia z Mesmerem, między nich wpadła niejaka Adel. Jego przyjaciółka, której nie zdążyłam poznać. - Zabiłem ją, Kuro - załkał cicho. A ja zrozumiałam. Shiro wiele razy zabił ayakashi, ale nigdy nawet nie zranił kami. A co dopiero odebrać jednemu życie. Spojrzałam na Rin, która też się obudziła i siedziała na futonie wpatrując się w chłopaka. Widać nie wiedziała o śmierci tamtej dziewczyny.
Wstała i podeszła do nas. Uklękła i również objęła Shiro. Trwaliśmy tak, dopóki zmęczony chłopak nie usnął.
Dlatego tę noc przespaliśmy we trójkę.

wtorek, 15 września 2015

XXXVI - Healing Your Wounds

Pisane oczami Kuro

   Szłam niepewnie przez ten wydrążony w ziemi tunel. Widziałam, że Shiro już nie wytrzymywał, więc przyspieszyłam kroku. Wyszliśmy w jakimś zaułku, w części miasta, której nie kojarzyłam. Ujrzałam jednak Wieżę Acila, która stanowiła charakterystyczny punkt miasta. Teraz już wiedziałam, gdzie jestem.
Spojrzałam na leżącego w szklanym pudełku smoka. Nie zauważyłam, że stracił przytomność. Czyżby aż tak się poobijał...?
Ruszyłam w stronę centrum miasta, bo z tego co wywnioskowałam, znajdowaliśmy się na obrzeżach Trironu. Biegłam ulicami, a gdy zobaczyłam jakiś patrol, umykałam w zaułki.
- Jeszcze chwila, Shiro - szeptałam - Zaraz będziemy na miejscu...
Spojrzałam na leżące smoczę. Był tak bezbronny... nie mogłam zawieść! Nie mogłam pozwolić, żeby ten starzec pozbawiony skrupułów znów położył na nim swoje łapska.
   Udało się. Dotarliśmy do szmaragdowego pałacu, w którym byliśmy bezpieczni. Dwóch rosłych mężczyzn zaprowadziło mnie do Zannyo Ryuo. Białowłosa bogini podbiegła do nas i ujęła w dłonie zamknięte pudełko. Wyszeptała parę słów i bez problemów otworzyła wieczko klatki.
- Jesteś wolny, mój mały - powiedziała, wyciągając delikatnie nieprzytomnego smoczka - Hachibi, przynieś proszę jedzenie, wodę i apteczkę.
Ryu o dwóch różnych oczach skrzywił się, ale ukłonił się i odszedł, by wykonać jej polecenie. Nie miałam odwagi, by podejść i chociaż dotknąć Shiro... ale chyba matka smoków zrozumiała moje intencje i to, jak bardzo się o niego martwiłam, bo mi go podała. Nakazała mi pilnowanie rannego, dopóki Hachibi nie wróci.
W tym czasie posłała po Rin.
A ja trzymałam tego bezwładnego malucha, starając się go obudzić, spowodować by dał mi jakikolwiek znak, że mnie słyszy. Cokolwiek.
Zannyo położyła mi dłoń na ramieniu.
- Nie wierzę, aby Mesmer nie założył również zaklęcia osłabiającego - powiedziała, przesuwając palcem po łebku, między rogami - Shiro nie doszedł jeszcze do siebie po przywracaniu wspomnień, więc daj mu trochę czasu.
Pokiwałam głową i zaczęłam głaskać delikatnie jego poobijany grzbiet. Chwilę potem wszedł Hachibi w towarzystwie wystraszonej Rin, która od razu zaczęła wypytywać, co takiego się wydarzyło, że plan nie wypalił. W czasie gdy opowiadałam, Zennyo opatrywała Shiro. Oprócz paru sińców miał złamaną przednią lewą łapę. Ale go nie dostali.
   Przed zachodem słońca Shiro przyjął ludzką postać. Odpoczywał już w swoim pokoju w szmaragdowym pałacu, leżąc na wygodnym futonie, okryty kocem.
Ale widać było, że mu źle. Wiercił się ciągle, nie mógł zasnąć.
Usiadłam na swoim posłaniu i obserwowałam go, jak biedny zmaga się ze znalezieniem odpowiedniej pozycji do spania.
- Bardzo cie boli? - szepnęłam siadając obok niego.
- No trochę...
Podniósł się, krzywiąc lekko i kładąc rękę na lewym boku.
- Następnym razem, jak będę chciał zrobić taki numer z rzuceniem się razem z klatką, to wybij mi to z głowy, dobrze? - zaśmiał się cicho, a ja tylko go przytuliłam. Położyłam się razem z nim tak, że głowę miał na mojej piersi. Głaskałam go delikatnie po głowie, ciągle do niego mówiąc, będąc pewną, że cały czas mnie słyszy.
- Potem pójdziemy razem do tej cukierni, o której mi opowiadałeś, hmm?
Ale już nie odpowiedział. Usnął, zmęczony wydarzeniami z poprzedniego dnia i osłabiony czarami Mesmera.
- Odpoczywaj, braciszku - szepnęłam, całując go w czoło.

niedziela, 6 września 2015

XXV - Mission One pt II

   Gniew mnie zaślepiał.
Zostałyśmy oszukane. Ja i Rin.
On wcale nie umarł. Przecież widzę go przede mną - mojego brata w cierpieniach i bólu stworzenia hybryd. Tego popapranego eksperymentu bogów nad sztucznym życiem.
To był on, ale jakby nie on. Widzę tę białą czuprynę, bystre, błękitne oczy, łagodne, a zarazem ostre i szlachetne rysy twarzy. Prosty, ładny i kształtny nos. Ale zachowuje się zupełnie inaczej, niż chłopak, którego znam.
Shiro był łagodny i przyjazny. Ciągle się uśmiechał, choć potrafił być bardzo tajemniczy i małomówny. A on... "Hikari", jak kazał się nazywać, był oschły, nieprzyjemny, wywyższał się.
Pieprzony egocentryk.
Widać, że gardził niższymi kami, do których sam tak naprawdę należał. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby Mesmer, ta podła szuja, wykorzystał dawno zapomniany punkt w prawie kami mówiący, że każde bóstwo może wspiąć się po szczeblach drabiny hierarchii. Chciał go odsunąć od nas najbardziej, jak się da.
Dlaczego więc pozwolił, byśmy wykonywali jedną misję? Przewodniczący Rady Bogów był zbyt mądry, aby dopuścić się takiego niedopatrzenia, błędu, omyłki. A może jest po prostu zbyt pewny siebie i swojego planu? Jakikolwiek on jest...
Obserwowałam, jak z wdziękiem i gracją walczy, siekając i tnąc wrogów, jakby to nie były żywe istoty z krwi i kości, tylko wycinane z papieru postaci, przedzierane tępym nożem do listów... Ale wciąż jego spojrzenie było chłodne i opanowane. Nie było śladu tego zatracenia, które miałam możliwość obserwować, gdy próbował zabić Mesmera... Wywoływał we mnie strach... Wydobywał to wcześniej nieznane mi uczucie zgłębi mej piersi.
Danse Macabre.
Ten taniec śmierci rozgrywający się na mych oczach przytłaczał.
A zanim się zorientowałam, było po wszystkim. Przeniósł na mnie spojrzenie błękitnych oczu, wwiercających się w centrum mego istnienia. Ale na sekundę złagodniało, stało się wręcz... czułe.
O co tu chodzi do cholery? Czy on darzył czułością swoich pokonanych wrogów?!
Przeszedł mnie dreszcz, bo miałam przed sobą potwora, którego nigdy bym nie chciała spotkać. Na szczęście chwilę później jego wzrok znów był surowy, beznamiętny...
Naciągnął kaptur na głowę i ruszył przed siebie, nie odzywając się do mnie słowem, nie dając żadnego znaku, że mam za nim podążyć. Ale poszłam. Bo tego wymagała misja, której nie zamierzałam zawalić.
   Dotarliśmy do jakichś starych, podmokłych ruin.
- A więc to tu się ukrywasz, stary gadzie - usłyszałam głos Hikariego, wspinającego się po rozlatujących się już schodach - Masz tu zostać.
- Nie ma mowy. To także moja misja.
- Skoro chcesz zginąć, proszę bardzo - wzruszył ramionami - Ale ja nie zamierzam nosić twoich zakrwawionych resztek z powrotem do Trironu.
Zazgrzytałam zębami. Nienawidziłam, gdy ktoś traktował mnie jak dziecko, a on to ewidentnie robił. Mimo tak dosadnego dania mi do zrozumienia, że jestem słaba, poszłam w ślad za nim.
Schody prowadziły do ogromnego pomieszczenia z tronem na środku. A na nim siedział stary, mocno podsuszony ayakashi. Uniósł głowę, błyskając jadowicie zielonymi oczami, uśmiechnął się, wyszczerzając kły i przemówił.
- Witajcie w moim sanktuarium, robaczki - jego głos ranił uszy, wibrując i odbijając się od ścian - Czyżbyście przyszli odwiedzić starego Orochi?
Słyszałam o nim. Orochi był niegdyś wysoko postawionym kami, należącym do ryu - bogów mogących przyjmować postać smoka... ale zatracił się w poszukiwaniu potęgi i popadł w ciemność. Widać Rada Bogów sobie o nim przypomniała. Ale dlaczego wysłali nas? Co prawda mój towarzysz był wyższym kami, choć wciąż nie wiedziałam, do której kasty należy. A ja? Niski bożek nieszczęścia.
Tak bardzo jesteśmy martwi...
Orochi może i był stary, ale na pewno nie był słaby.
Wstał chwiejnie ze swego tronu, zamiatając szmaragdowym materiałem podłogę. Uniósł swój kostur i uśmiechnął się szeroko.
- Które z was chce się pierwsze ze mną zmierzyć?
Wyprostowałam się dumnie i podeszłam krok bliżej, dobywając miecza. Zanim białowłosy zdążył cokolwiek powiedzieć, ruszyłam pędem w stronę staruszka, dźgając prosto w serce. Nie łudziłam się że to zadziała, ale także nie sądziłam, że zostanę w jednym momencie odepchnięta z taką siłą, że ledwie się utrzymałam na nogach. Mimo woli warknęłam cicho, ponownie unosząc miecz.
Stoję i patrzę w oczy mego przeciwnika. A on patrzy w moje i uśmiecha się.
Z litością.
A mnie zalewa krew.
Trzęsę się cała ze złości, która wybucha we mnie z całą swoją mocą.
Biegnę na tego starca, atakuję markując ciosy, ale to na nic. On i tak wszystko przewiduje.
Znów odlatuję kilka metrów, tym razem boleśnie uderzając plecami o ścianę, a w ustach czuję metaliczny posmak krwi.
- Daruj sobie - słyszę lodowaty głos Hikariego - Nie masz z nim szans.
- A ty masz?!
- Większe od ciebie, laleczko.
Zrzuca płaszcz, który z szelestem opada na ziemię tuż obok mnie. Wyciąga przytroczony do pleców miecz i naciera.
Z tą samą gracją co wcześniej. Tym pięknym, tanecznym krokiem.
Bo to po tym poznaje się doskonałego szermierza - że jego walka wygląda jak taniec. Taniec śmierci.
Patrzę jak obydwaj odgrywają swoje role, każdy podąża za krokami przeciwnika, zadając precyzyjne uderzenia i równie precyzyjnie ich unikając.
Obserwuję z niemym zachwytem tę feerię barw towarzyszącą zderzaniu się ich kling.
A chwilę potem... zamiast staruszka widzę wielkiego smoka. Jaszczur o ośmiu głowach atakuje zajadle mojego towarzysza... Hikariego... Shiro. Widzę jak chłopak odlatuje, uderza plecami o przeciwległą ścianę i osuwa się po niej powoli.
- Shiro!
Ale on już wstaje.
A jego twarz... odmieniona... oczy błyszczące gniewem. Widzę jak rośnie... I już rozumiem.
Już wiem, jak wysoko postawionym jest kami.
Zamiast błękitnookiego chłopaka, widzę pięknego, lśniącego bielą, japońskiego smoka.
Ryu.
Shiro jest ryu. Jest smokiem.

czwartek, 27 sierpnia 2015

XXIV - Mission One pt I

Pisane oczami Kuro

   Pustka. To wszystko czułam w ostatnich dniach. Nie było już tej złości, ciągle płonącej gdzieś wewnątrz mnie. Była jedynie wielka próżnia, której nie byłam w stanie niczym zapełnić.
No dobrze, prawie niczym.
Bardzo pomagała mi obecność Rin. Albo jak wolała się nazywać, Fatum. Gdy wymawiałam jej prawdziwe imię, nagle stawała się przygnębiona. Pewnie to nim zwracał się do niej...
Shiro.
Gdy tylko wymawiałam jego imię, do oczu cisnęły się łzy.
Potrząsnęłam głową, odsuwając od siebie wspomnienie mojego brata. Może i było to... okrutne, ale nie byłam w stanie teraz ze spokojem o nim myśleć. Sprawiało mi to zbyt wielki ból.
   Fatum uparła się, żebym z nią zamieszkała. Byłam szczęśliwa, bo nie siedziałam już sama w tym pustym mieszkaniu, całą siłą woli odpędzając widmo białowłosego sprzed oczu.
Któregoś dnia przyszedł do mnie list z Rady Bogów. Usiadłam na łóżku obok Fatum i rozpieczętowałam pismo, zamknięte piękną woskową pieczęcią. Zaczęłam czytać na głos.
- Z zadowoleniem zawiadamiamy, iż zostało Pani przydzielone zadanie. Należy stawić się na miejscu rozpoczęcia misji o zachodzie słońca w Bramie Nocy. Życzymy powodzenia.
Spojrzałam na przyjaciółkę nie do końca rozumiejąc. Jak mogli mnie wysyłać na misję, skoro do niedawna nie ufali mi na tyle, bym została wypuszczona do miasta? Zielonooka wzruszyła ramionami, uśmiechnęła się i poklepała mnie po plecach zapewniając, że pewnie nie będzie to jakaś naprawdę ciężka misja, skoro wyruszam po raz pierwszy.
- Na pewno przydzielą ci kogoś bardziej doświadczonego, żebyś nabrała na początku pewności siebie i, jako nowicjusza, w razie czego cię ochraniał
Była taka pewna tego, co mówiła, że nie byłam w stanie dalej się martwić.
   O zachodzie słońca stawiłam się w umówionym miejscu. Brama Nocy była piękna - przypominała ogromny łuk tryumfalny pomalowany na złoto i granatowo. W jej wnętrzu, nad skrzydłami ogromnych drzwi połyskiwały namalowane metaliczną farbą gwiazdy. Nic dziwnego, że została tak nazwana. Tak jak poinstruowała mnie Rin, podałam pismo stojącemu w wejściu strażnikowi.
- Dobrze, wszystko się zgadza. Poczekaj tu na swojego partnera.
Więc miała rację, pomyślałam.
Nie musiałam długo czekać. Po jakichś pięciu minutach do Bramy przyszedł jakiś chłopak. Miał na sobie skórzaną zbroję w barwach Mesmera - szkarłatu i czerni, a twarz schowaną miał w cieniu kaptura. Tak jak ja wcześniej, podał strażnikowi pismo. Zamienili parę słów, po czym ruszyliśmy. Nie powiem, żeby mój partner był zbyt rozmowny. Szedł szybkim krokiem, niespecjalnie się mną przejmując. Musiałam wręcz biec, żeby iść z nim w miarę równo.
- Więc... - zaczęłam - Jak ci na imię?
Milczał, ale się nie zraziłam.
- Jestem Kuro, miło cię poznać. Mam nadzieję, że uda nam w się w pełni wykonać tę misję.
Stanął jak wmurowany i obrócił się w moją stronę, lecz wciąż nie mogłam dojrzeć jego twarzy.
- Nie jesteśmy tutaj na pogaduszkach, czy na przyjacielskim spotkaniu. Mamy do wykonania misję.
- No wiem, ale... - poczułam się zbesztana, jak jakiś szczeniak. A przecież on nie mógł być wiele starszy ode mnie! Był o pół głowy wyższy, a i głos miał jeszcze młody. - To, że mamy zadanie, nie oznacza, że nie możemy ze sobą współpracować, zapoznać się...
- Nie chcę się z tobą zapoznawać.
I wtedy zrozumiałam. Zawadzałam. On musiał być jednym z wyższych kami, którzy poniewierali takimi jak ja, zajmującymi niższe stopnie na drabinie hierarchii. Zgrzytnęłam zębami.
Już miałam coś odszczeknąć, ale on już ruszył.
Dobra.
Chcesz, żeby było niemiło? Nie ma problemu. Dopiero teraz zobaczysz, co to znaczy, jak ktoś ci zawadza.
   Na postój zatrzymaliśmy się na skraju lasu. On rozpalił ogień, a ja siedziałam i patrzyłam. Nie zamierzałam mu pomagać. Co to to nie! Gdy ognisko już wesoło strzelało, tańcząc na suchych patykach chrustu, on usadowił się dokładnie po drugiej stronie ogniska.
Zauważyłam delikatne, wciąż chłopięce rysy twarzy. Szeroka szczęka, wciąż mało męska, dodawała mu zadziornego charakteru. Jakim cudem tak młody kami wspiął się na tyle wysoko, by obracać się w towarzystwie samego Mesmera? Nie musiałam o to pytać. Wystarczyło, że spojrzałam na klamrę płaszcza, na której wykuta została jego pieczęć.
- Powiesz mi chociaż, jak masz na imię? - nie wytrzymałam. Uniósł głowę, ukazując trochę więcej twarzy. Szlachetny, prosty nos, wysokie, wydatne kości policzkowe. Ale cień wciąż przysłaniał oczy.
- Hikari - burknął, wyraźnie niezadowolony, że miałam czelność się odezwać.
Och ty szujo, warknęłam w myślach czując, że z chęcią bym go rozszarpała.
A on poderwał głowę. Nasłuchiwał. Wstał błyskawicznie, wygasił ognisko i dobył miecza. A to wszystko zrobił z prędkością, którą widziałam tylko u jednej osoby. Potrząsnęłam głową. Wciąż jestem w szoku, dlatego wydaje mi się, że on jest do niego podobny. Stanęłam plecami do niego, dobywając swój miecz. Ciężki, nieporęczny, zabójczy. Surrexit. Moja Róża. W takim szyku obydwoje nasłuchiwaliśmy.
- Czterech od północy - szepnął.
- Wiem. Słyszę.
Poczułam na sobie jego spojrzenie. Czyżby był zdziwiony, że taki nowicjusz jak ja, jednak coś potrafi?
Uśmiechnęłam się do siebie obiecując sobie, że pokażę mu, na co mnie stać.
I się zaczęło. Czterech rosłych ayakashi zaatakowało z czterech stron. Tuż przed wejściem w obozowisko, rozdzielili się i nas otoczyli. Mało myśląc, zaczęłam siec. Rozpruwać, rozcinać, zabijać, mordować. Cieszył mnie dźwięk rozszarpywanego ciała, mlask wylewających się z brzuchów ofiar flaków.
I mój wzrok padł na niego.
Na jarzące się w ciemności, błękitne oczy.
Furię, jaka w nich lśniła. Gniew, pragnienie zniszczenia.
I ta prędkość.
- Shiro - szepczę, zanim udaje mi się powstrzymać. Jego wzrok pada na mnie. Sięga do przyczepionego do nogi pokrowca ze sztyletami i rzuca jeden w moją stronę. I widzę, jak ostrze powoli zbliża się w moją stronę. Jakby świat zamarzł.
W ostatniej chwili robię unik, a pocisk uderza prosto w głowę ayakashi, którego nie udało mi się zabić.
A ja stoję i patrzę.
Bo zobaczyłam ducha.

sobota, 15 sierpnia 2015

XII - Myself

   Shiro wciąż mało się odzywał. Wyglądał tak, jakby go coś trapiło. Nie dziwiłam mu się do końca. To musiało być dość szokujące, dowiedzieć się, że nie jesteś tym, za kogo się uważasz. U mnie wyglądało to inaczej. Od początku wiedziałam, czym jestem. Zawsze byłam traktowana przez moich "opiekunów" jak ktoś gorszy od nich, ohydztwo, zarazę. Nie rozumiałam tego, przecież wyglądałam, żyłam, czułam jak oni.
Byłam bita czasem bez wyraźnego powodu, a w snach nie zaznawałam spokoju bojąc się, że w nocy też nie dadzą mi odpocząć.
Szłam powoli za Shiro, patrząc na jego plecy. Był dobrze zbudowany, jak przystało na chłopaka w jego wieku. Mięśnie szerokich barków wybijały się lekko spod koszulki. Mówił coś do mnie, ale nie słuchałam. Musiał to zauważyć, bo zatrzymał się, obrócił do mnie i zapytał, co mówił.
- N...nie słuchałam - mruknęłam, zakłopotana. Zaraz... czemu byłam taka speszona? Westchnął i zaczął jeszcze raz.
- Zadaniem pomniejszych kami, jak my, jest wykonywanie zadań przydzielonych przez Radę Bogów, instytucję sprawującą zwierzchnictwo nad wszystkimi bóstwami. Czasami, gdy wyżej postawieni w hierarchii nie mogą wykonać z jakichś przyczyn swojego przydziału, spada to na nas.
- Czyli jesteśmy od wykonywania brudnej roboty...? - obruszyłam się - Czy nie powinno panować równouprawnienie bez względu na zajmowany szczebel drabiny...
On tylko wzruszył ramionami. Widać pogodzony był z tym, że jest wyzyskiwany przez wyżej postawionych od niego. Dlaczego się nie postawi? Gdy go o to spytałam, odpowiedział, że właśnie to uwarunkowało jego możliwość życia wśród innych. On był tym spokojnym, podporządkowanym, wykonującym każde zadanie bez słowa sprzeciwu.
- W innych wypadkach jesteśmy wysyłani do walki ze zjawami - kontynuował - Nie jesteśmy co prawda traktowani zbyt dobrze, ale stanowimy coś na kształt straży przedniej, chroniącej to miasto.
Rozejrzałam się uważnie. To prawda. Miasto było piękne - małe, ściśnięte budyneczki z pięknymi krużgankami, balkonami, tarasikami, pełne kwiatów. Urocze miejsce do zamieszkania.
- Gdzie my właściwie idziemy? - mruknęłam. On się tylko uśmiechnął i wszedł w jedną z bram pobliskiej kamieniczki. Gdy weszłam za nim, moim oczom ukazało się całkiem ładnie wykończone podwórze. Ściany otynkowane w jasnym beżu powiększały optycznie ten ciasny skrawek miejsca. Przy wejściu do każdej klatki schodowej stały rabaty z niezapominajkami. Nieco zbyt jasno dla mnie, gdyż preferuję ciemne kolory jak czerń, fiolety, granaty... Weszliśmy do jednej z klatek schodowych, potem na trzecie piętro, drzwi na lewo z numerem 60. Gdy Shiro otworzył drzwi z klucza wyjętego z kieszeni, ukazało nam się małe, lecz przestronne mieszanko. Na wprost był jeden pokój, po prawej kuchnia, a po lewej łazienka.
- Co to ma znaczyć...? - patrzyłam bez zrozumienia.
- Od teraz to jest twoje mieszkanie - powiedział, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.
- No dobrze, ale... mam tu mieszkać sama?
- No. Jeśli wyjrzysz przez okno, widzisz ulicę i podobny budynek na przeciwko - wskazał palcem - Tam mieszkam ja z moją przyjaciółką. Tamto okno.
Jeżeli myślał, że uda mu się mi wcisnąć kit, że to tylko jego przyjaciółka, to się grubo mylił. Widziałam, jak zaiskrzyły mu oczy, gdy tylko o niej wspomniał. Gdy o nią spytałam, nagle posmutniał i szybko zmienił temat.
Shiro... co się dzieje w twojej głowie?
Nie wiedziałam czemu, ale zapragnęłam, aby zwierzył mi się ze wszystkiego. Pragnęłam, aby otworzył się na mnie, zaufał mi. Chciałam... chciałam...
Właśnie... Czego ja właściwie chciałam?
Chyba tak bardzo pragnęłam... nie, potrzebowałam jego uwagi, akceptacji. Potrzebowałam, aby ktoś wreszcie chciał się mną zaopiekować, a nie tylko...
Nie zauważyłam, jak po moich policzkach spływały łzy. Słone krople kapały na podłogę. Shiro spojrzał na mnie, a jego błękitne oczy rozszerzyły się w zdziwieniu. Nie rozumiał, dlaczego płaczę. Ale nie pytał.
Podszedł i mnie objął...
Bez słowa.
   Kilka dni zajęło mi zaaklimatyzowanie się w nowym miejscu. Mimo święcących mi w nocy prosto w okna latarni ulicznych, mieszkało się przytulnie i wygodnie. Łóżko miękkie, duże, łazienka mała, ale urządzona tak, że nie czuło się tego kompletnie, kuchnia doskonale wyposażona, dająca wiele możliwości do eksperymentowania z różnymi potrawami.
Któregoś dnia, gdy Shiro przyszedł mnie odwiedzić, zapytałam go, skąd mogę znaleźć przepisy. Zaprowadził mnie więc do księgarni(wcześniej pilnując bym zamknęła drzwi). Przeglądałam najróżniejsze książki, różnych autorów z różnymi składnikami. Sałatki, zupy, desery, dania obiadowe, uroczyste kolacje. Patrząc na zdjęcia ślinka sama leciała z ust. Ze sklepu wyszłam z czterema książkami, a po powrocie zaczęłam pichcić. Mój przybrany brat, bo do takich chyba już stosunków należy to sprowadzać, pomagał mi kroić i obierać warzywa. Po około dwóch godzinach zmagania się z tępymi nożami, udało się wywalczyć całkiem jadalną sałatkę. A Shiro postanowił zanieść trochę swojej przyjaciółce.

Pisane oczami Shiro

   Wszedłem do domu, niosąc pudełko z sałatką. Rin siedziała i czytała jakąś książkę. Wciąż się nie odzywała, a ja czułem, jakby cała radość mojego życia znikała.
Jakbym ja znikał.
Ignorowała mnie, nie odpowiadała na zadane pytania, robiła zakupy tylko dla siebie. Jakby mnie nie było. Tylko przy Kuro czułem, że istnieję.
- Zrobiliśmy z Kuro sałatkę - powiedziałem cicho lecz tak, by na pewno usłyszała. Nie było jednak żadnego odzewu. Serce zapiekło smutkiem, do gardła podjechała gula, a ja poczułem jak coś we mnie pęka. Wszystkie emocje wyparowały, smutek, żal, uczucie samotności... wszystko.
Wyparowało, zniknęło, przestało istnieć.
Pozostała tylko pusta skorupa o imieniu Shiro.

czwartek, 13 sierpnia 2015

XI - Kuro

Pisane oczami Kuro

   Nienawidziłam tej klitki. Mokre, pełne grzybów i pleśni ściany nie dodawały temu miejsca uroku. Wyglądałam przez małe, zakratowane okienko, obserwując księżyc w pełni, wędrujący po firmamencie.
Od kiedy pamiętam, jestem sama. Jedyne osoby, jakie widuję to staruszek Ghose, zadufany w sobie Sablo i ta stara prukwa Aalild, głowa żeńskiej części Rady... Ale najgorszy z nich jest Kilian... Zadufany w sobie profesorek, który traktuje mnie gorzej niż trędowatego służącego. Traktuje mnie jak dziecko, nie szanuje...
Usłyszałam, jak pilnujący mnie strażnicy rozmawiają ze sobą. Jutro miał ktoś przyjść. Ktoś ważny, jakiś chłopak, pomniejsze bóstwo. Pewnie kolejny wysłany przez Radę, mający mnie "okiełznać". Miałam już tego dosyć.
   Przyszedł rano. Był to kami mniej więcej w moim wieku, krótkie, białe włosy, bystre, błękitne oczy. Od razu go znielubiłam. Był taki... dobry. Szczerość, przyjaźń, miłość i inne takie wartości to pewnie dla niego normalka. Bleh... rzygać się chce. I ten jego łagodny uśmiech, który przyprawiłby o cukrzycę człowieka niejedzącego słodyczy...
- Witaj, Kuro - powiedział, a mnie zdziwił fakt, że mimo całej tej dobroci w oczach, jego głos wyprany był z emocji - Jestem Shiro. Chciałbym pomóc ci wyjść do świata.
- Ale ja nie chcę - burknęłam - Dobrze mi tu.
Jedna z jego brwi powędrowała do góry.
- Wiem, czym jesteś - powiedział wciąż tym bezbarwnym głosem - Jesteś efektem zmieszania genu ludzkiego z genem ayakashi, a wszyscy, z którymi miałaś kontakt traktują cię przedmiotowo, trzymają w zamknięciu. A ty nie rozumiesz dlaczego, prawda?
Patrzyłam na niego, nie rozumiejąc. Kim on do diabła był, że to wiedział? Jego błękitne oczy, wciąż wyrażające bezgraniczną dobroć, nie pozwalały wyczytać nic innego.
Wyciągnął do mnie rękę. Patrzyłam na niego jakiś czas i w końcu zdecydowałam się podać mu swoją. Pomógł mi wstać i wyprowadził mnie z mojej klitki.
   Pierwszy raz byłam w mieście, a Shiro zdecydował że pierwszym miejscem jakie odwiedzimy będzie sklep z ubraniami. Musiałam mu przyznać rację - moja obecna garderoba pozostawiała wiele do życzenia. Przeglądałam więc wszystkie wieszaki i półki z ubraniami damskimi. Nie mogłam jednak znaleźć nic dla siebie. Wszystkie ciuchy były w jaskrawych kolorach, których nienawidzę, bądź miały nieodpowiedni krój. Towarzyszący mi chłopak obserwował mnie uważnie.
- Może ci pomogę - zaoferował - Powiedz mi, czego szukasz.
Puściłam jego propozycję mimo uszu bo co jak co, ale potrafię znaleźć sobie ubranie. Z nową siłą zaczęłam przeglądać wieszaki.
I znalazłam.
Fioletowa koszula na guziki i czarne rurki. Pognałam do przebieralni i założyłam znalezione przeze mnie ciuszki. Zachwycił mnie łańcuch zwisający przy lewym biodrze, na którym wesoło kołysały się srebrne czaszeczki, szczerząc swoje metalowe zęby. Gdy wyszłam, zauważyłam niezbyt tęgą minę Shiro. Widać nie podobał mu się mój styl bycia, ale nie zamierzałam ze względu na niego zmieniać mojego wizerunku.
Następny był sklep obuwniczy. I pierwsze co zauważyłam, to cudowne, sięgające połowy łydki, pełne klamerek glany. Zakochałam się. Rzuciłam się do półki i zaczęłam przymierzać, szukać swojego rozmiaru. I znalazłam. Wyszłam więc z kolejnego sklepu z jedną cudowną rzeczą więcej. Spojrzałam na towarzyszącego mi chłopaka. Wciąż był ponury i jakby nieobecny.
- Dlaczego przyszedłeś do mnie - zagadnęłam. Uniósł na mnie spojrzenie swoich błękitnych oczu, a na ustach zamajaczył uśmiech.
- Rozmawiałem z Ghose - powiedział cicho, zrównując się ze mną - Miałem do niego kilka pytań i dowiedziałem się o tobie. Zostałem poproszony, by ci pomóc.
- Co się stało, że zgodziłeś się sprawować opiekę nad hybrydą człowieka i ayakashi? Bo jestem pewna, że o tym doskonale wiesz.
- Wiem. I powiem więcej. Ja też jestem hybrydą. Mam za zadanie pokazać ci, że mamy możliwość życia wśród innych kami.
Zdziwiłam się. Nie spodziewałam się, że jest jeszcze ktoś taki jak ja. Był tak inny, tak różny ode mnie... Byliśmy swoimi przeciwieństwami, lustrzanymi odbiciami...
Myślę, że może jednak uda mi się go polubić...