czwartek, 17 września 2015

XXXIX - Fight!

   Obserwowałem ruchy stojącego przede mną starego kami. Mimo tak sędziwego wieku, poruszał się z ogromną gracją i oszczędnością. Był bardzo wymagającym przeciwnikiem.
Zasypywał mnie gradem ciosów, markując je, odwracając i wykorzystując odbicie miecza, by nadać pędu kolejnemu uderzeniu.
Nie mogłem przegrać.
Zacisnąłem mocniej palce na rękojeści zabranego któremuś strażnikowi miecza. Nie przegram. Mogę nawet uciec, ale nie przegram. Nie dam się znowu złapać temu idiocie.
Zerknąłem na skryte w kącie dwie dziewczyny.
Dwie najbliższe mi osoby, które przeze mnie już tyle wycierpiały. Nie poniosę tu klęski, bo muszę je stąd wyprowadzić. Gdziekolwiek. Wszędzie, byle nie tu...
Cofam się powoli, z wyciągniętym mieczem tak, że jestem tuż koło dziewczyn.
- Rin, jak dam ci znak, weź Kuro i biegnijcie na górę.
Była tak przerażona, że nawet się już ze mną nie wykłócała. Natarłem na Mesmera frontalnie tak, że musiał unieść miecz i zblokować. Siłowaliśmy się tak, sprawdzając, kto wytrzyma dłużej. A ja krzyknąłem do Rin, żeby uciekały. Gdy wykonała polecenie, ja mogłem skupić się już całkowicie na walce z moim przeciwnikiem.
- Co się stało? - zakpił, uśmiechając się nieprzyjemnie - Czyżbyś obawiał się, że z nimi u boku sobie nie poradzisz?
Pochyliłem głowę, ukrywając uśmiech. On tak bardzo nic nie rozumiał. Nie chodziło o to, że one ujmowały mi mocy. Po prostu nie chciałem, żeby widziały mnie podczas walki na serio.
W towarzystwie Zennyo Ryuo nauczyłem się, jak uwolnić cały swój potencjał. Całą tą siłę, którą podarował mi Eriel, gdy jeszcze tworzył moje ciało.
Spośród naszej dwójki, to ja byłem silniejszy fizycznie.
Jak na ironię, Kuro czerpała swą siłę z genomu ludzkiego. Ja - z elementu chaosu, co omal nie doprowadziło mnie do zguby.
Spojrzałem znów na mojego przeciwnika. Teraz widziałem jego strach. Zauważył.
Uśmiech rozświetlił moją twarz, a on dostał furii.
Skoro jestem synem Pana Cieni - myślałem - powinienem móc wykorzystać chociaż element jego mocy.
W korytarzu panował półmrok, co znacznie zwiększało moje szanse na przywołanie do siebie mroku, który niewątpliwie by mi się teraz przydał. Stanąłem znów w pozycji do ataku, przysuwając ostrze bliżej twarzy.
Czas to zakończyć.
Zrobiłem krok, drugi, trzeci... czas zwolnił, a Mesmer, który już zamierzał się do ciosu, ruszał się jak mucha w smole. Błyskawicznie znalazłem się za nim, szykując się do uderzenia. Ale on się obronił. Nie wiem, jak zdołał odczytać moje zamierzenia, skoro poruszałem się tak szybko?
Uśmiechnął się szeroko, a w jego oczach odczytać można było chciwość.
- Cieszę się, że opanowałeś swój element chaosu - powiedział, odtrącając na bok mój miecz i natarł - Dzięki temu łatwiej wykonasz swoje zadanie.
Warknąłem gniewnie i zacząłem uderzać z furią. Pozwoliłem, aby krew Devonanta zaczęła płynąć szybciej w moich żyłach, lecz nie pozwalałem, by przejęła nade mną kontrolę. Zadawałem cios za ciosem z prędkością większą, niż mrugnięcie oka, popychając swoje ciało do granic możliwości i wytrzymałości. Ale on wciąż jakimś cudem był w stanie odpierać moje ataki, a niekiedy je oddawać. Wiedział jednak, że nie ma sensu uderzać w osłonięte przez strój części ciała. Dlatego celował w twarz i szyję, a na mych policzkach było co raz więcej zadrapań od jego miecza. On sam nie wychodził z tej potyczki bez szwanku. Prawe oko zalewała krew, co dawało mi odrobinę przewagi.
Usłyszałem kroki. I krzyk.
W klatce schodowej prowadzącej z gmachu do lochów stanęła Adel.
Już miałem zadać Mesmerowi ostatni, śmiertelny cios.
Ale musiała.
Musiała wejść mi w drogę, ochronić tego dupka.
Przyjąć na siebie uderzenie.
Spojrzałem w jej brązowe, rozszerzone od bólu i zdziwienia oczy, które chwilę później stały się puste, niczym bezkres kosmosu.
Martwe.
Zabiłem...
Zabiłem Adel...
Usłyszałem wrzask Mesmera. Nie byłem pewien, dlaczego właściwie krzyknął, bo przecież to była tylko jego służąca.
Ale po jego policzkach pociekły łzy, chwycił martwą dziewczynę... i ją przytulił.
Nie rozumiałem, co tu się właściwie działo, ale nie miałem zamiaru teraz tego roztrząsać. Cała ta walka zajęła zbyt wiele czasu. Postanowiłem zostawić tutaj mojego największego wroga, dopóki był na tyle skołowany, że nie podąży moim śladem i dołączyć do moich przyjaciółek.

2 komentarze: