Biel przecinająca noc.
Blask w ciemności, niczym sen rozświetla przeszłość.
Ważne, co ty z tym zrobisz, duchu rzeki.
Pisane oczami Shiro
Noc była piękna, a deszcz uderzający o me łuski przynosił ukojenie galopującym myślom. Czemu ta dziewczyna mnie tak nazwała? Nie znam żadnego Shiro...
Jestem oszołomiony, zagubiony... Jak tylko wrócę, musze spotkać się z moim panem. Może on będzie coś wiedział?
Moje kroki było słychać bardzo wyraźnie. Nie żebym starał się zachowywać cicho... Jednak w tym miejscu, w prywatnym skrzydle przewodniczącego Rady Bogów czułem się nieswojo. Jak w klatce. Szedłem tym ciemnym korytarzem, ze ścianami wyłożonymi czarnym granitem. Jedynie podłoga była z białego marmuru. Aż wreszcie stanąłem przed pięknie rzeźbionymi drzwiami.
Ale gdy już podnosiłem dłoń do klamki, coś mnie zatrzymało. Jakaś myśl.
Twarz tej dziewczyny.
Tej fioletowookiej kami, która była wtedy ze mną na misji.
Ale dlaczego?
Przecież jej nie znam...!
- Kuro... - wyrwało mi się, zanim się zorientowałem, że w ogóle poruszam ustami, że w ogóle coś mówię. Przez sekundę zastanawiałem się, skąd znam jej imię, ale przypomniałem sobie, że przecież mi je powiedziała, gdy rozbiliśmy obozowisko na skraju lasu.
- Kuro... - wyrwało mi się, zanim się zorientowałem, że w ogóle poruszam ustami, że w ogóle coś mówię. Przez sekundę zastanawiałem się, skąd znam jej imię, ale przypomniałem sobie, że przecież mi je powiedziała, gdy rozbiliśmy obozowisko na skraju lasu.
W końcu wszedłem do gabinetu przewodniczącego. Ukłoniłem się głęboko i czekałem, aż pozwoli mi się wyprostować.
- Witaj, Hikari - odezwał się, a ja stanąłem niemal na baczność - Co cię do mnie przyprowadza, chłopcze?
- Panie - szepnąłem - Od ostatniej misji, której celem było pokonanie Orochi, męczą mnie pytania... Ta dziewczyna, z którą podróżowałem... Przede wszystkim wydaje mi się bardzo znajoma. Jakbym ją już gdzieś spotkał. A poza tym... nazwała mnie innym imieniem. Imieniem, którego wcześniej nie słyszałem, ale czuję z nim jakąś dziwną więź.
- Jak cię nazwała? - jego szkarłatne oczy, do tej pory skupione na papierach przeniosły się na mnie. Po plecach przeszedł dreszcz.
- Shiro... panie.
Na moich oczach jego twarz zrobiła się biała. Wstał zamaszyście od biurka przy którym stał i wezwał straże.
- Zabrać go - rozkazał zimnym tonem - Lochy. Tam, gdzie wtedy.
Nie rozumiałem, co się dzieje.
Co takiego zrobiłem, co powiedziałem, że chcieli mnie znów wepchnąć do zatęchłej klitki w podziemiach Rady Bogów?
Szarpałem się, błagałem, krzyczałem. Nie chciałem tam wracać.
Bałem się tego miejsca, gdyż jedyne, co przychodziło mi na myśl gdy je wspominałem, to ból. Potworny ból i ciemność.
W przypływie rozpaczy przyjąłem swą smoczą postać i odepchnąłem trzymających mnie strażników. Wypadłem przez okno, przy okazji drapiąc Mesmera szponem w twarz. Nie miałem czasu by się zastanawiać, czy nie wyrządziłem mu zbyt wielkiej krzywdy.
I znów ona.
Kuro.
Czemu mój umysł wciąż przywoływał wspomnienie jej twarzy? Dlaczego?
Shiro.
Dlaczego mój pan chciał mnie uwięzić przez imię, którym mnie nazwała?
Nie wiedziałem tego.
Bałem się.
Wylądowałem przy rzece ciągnącej się przez błonie okalające Triron.
I zobaczyłem ją.
Siedzącą na wzgórku przy rzece, trzymającą na kolanach szkicownik. Uniosła głowę i spojrzała prosto na mnie. Widziałem jak jej oczy się rozszerzają, zamieniając w dwa fioletowe spodki. Chciałem uciekać, ale opuściły mnie siły. Poczułem, jak się zmieniam, a po chwili klęczałem już na mokrej trawie, trzęsąc się z zimna i osłabienia. Usłyszałem szelest kroków, by za moment poczuć delikatne, ciepłe dłonie na ramionach.
- Shiro...
- Nie mów tak do mnie! - krzyknąłem, chociaż sam nie wiedziałem, czemu. Ona jednak się nie wystraszyła. Uklękła przede mną, biorąc w dłonie moją twarz. Przytknęła czoło do mojego czoła i patrzyła mi prosto w oczy.
- Nie wiem, co Mesmer ci zrobił, Shiro... dlaczego nas nie pamiętasz, ale musisz sobie przypomnieć. Potrzebujemy cię... nie... ja cię potrzebuję...
Lewą dłonią ujęła moją dłoń, splotła palce... a ja zauważyłem pierścionek. Piękny, z drobnym kamieniem w kształcie róży. A potem czuję, jak moja twarz zderza się z jej ramieniem. Upadłem.
Kuro biegnie przede mną, przyklejając się do każdej napotkanej witryny sklepowej. Jest rozbrajająca jak małe dziecko. Uśmiecham się widząc jej radość. W końcu po tak długim uwięzieniu to wszystko jest dla niej nowe, nieznane.
- Wpadniesz zaraz na kogoś, gapo - śmieję się do niej, ale ona nie słucha. Jest zbyt zaaferowana tym, co widzi na wystawie. Podchodzę do niej i patrzę, co ją tak zachwyciło.
W sumie się nie dziwię. Jubiler. Dziewczyny uwielbiają świecidełka.
- Co to takie ładne? - pyta, a ja ledwie tłumię chichot.
- Biżuteria. Kobiety noszą ją przy jakichś okazjach jak przyjęcia, śluby i tak dalej. Chociaż są też takie świecidełka, które można nosić na co dzień. Takie jak te.
Pukam lekko w szybę, pokazując prosty pierścionek. Obok siebie słyszę głębokie westchnięcie. Już wiem, ze jej się podoba, więc postanawiam jej go kupić.
Przychodzę po nią rano, żeby zaprowadzić do biblioteki. Uczę ją czytać i pisać, więc książki są potrzebne, lecz nie chcę brać tych, które są w domu. Stanowią zbyt duże wyzwanie dla osoby, która wciąż nie do końca rozróżnia litery.
Pukam kilka razy, ale odpowiada mi cisza. Naciskam klamkę. Zamknięte.
Wzdycham i wychodzę z kamieniczki.
Już mam wracać do domu, gdy spoglądam w stronę jubilera. Stoi tam. Wpatruje się. Ale wygląda na przygnębioną. Podchodzę więc do niej, pukam lekko w ramię, a gdy podskakuje wystraszona, śmieję się czule.
- Nie chciałem cię wystraszyć - uśmiecham się i głaszczę ją uspokajająco po głowie.
- Kto powiedział, że się wystraszyłam!? - wydyma policzki - Nie łatwo mnie wystraszyć!
Nie kłócę się. Chce zrobić na mnie wrażenie. Pokazać, że jest dzielna.
Ale widzę, że ten świat ją przytłacza. Martwię się o nią.
Potrząsam głową, by odgonić te nieprzyjemne myśli i pytam, dlaczego tu tak stoi. Znów spogląda na wystawę sklepową. Na puste miejsce, gdzie jeszcze wczoraj leżał pierścionek, który tak jej się podobał. I widzę ten szczery żal. Smutek. Uśmiecham się szeroko i wyciągam z kieszeni pudełeczko.
- Kuro - mówię, by przyciągnąć jej uwagę - Mam coś dla ciebie.
Widzę jak fioletowe oczy rozświetlają się widząc prezent. Ona już wie, co to jest. Rzuca mi się na szyję, a ja czuję, jak za kołnierz spływają mi łzy szczęścia. Płacze z radości mimo, że to jest tak mały gest. Tak nic nieznaczący symbol, jakim jest prezent.
Nie rozumiem tego.
Ale to nieważne. Najważniejsze jest to, że się cieszy.
Otwieram oczy, ale nie widzę zasnutego chmurami nieba, tylko biały sufit, po którym żwawo harcują światła z ulicy. Nie wiem, gdzie jestem, ani skąd się tu wziąłem. Rozglądam się i to, co widzę, przyprawia mnie o zawał serca.
Dwie dziewczyny leżące na podłodze, przytulone do siebie. W jednej z nich rozpoznaję Kuro, a w drugiej tę, którą spotkałem w deszczu na błoniach.
Ale uspokajam się. Nie są martwe, ranne, ani nic. Po prostu śpią.
Usiadłem na łóżku i ukryłem twarz w dłoniach.
- Co to było... - szepczę sam do siebie, ale już znam odpowiedź. To były moje wspomnienia. Wspomnienia, które nie wiem czemu, utraciłem. Wiedziałem jednak, kto mi może pomóc. I to do tej osoby właśnie musiałem się udać.
Zennyo Ryuo. Matki Smoków.
Wreszcie :D
OdpowiedzUsuń