sobota, 26 września 2015

UWAGA

Całe opowiadanie od tej pory znajdować się będzie tutaj :)
https://www.wattpad.com/story/50292325-fatum%27s-humanity-i-triron

Dzięki wielkie :)

XLVIII - United

Pisane oczami Rin

   Nie mam pojęcia, kiedy zasnęłam. Ostatnie co sobie jestem w stanie przypomnień to to, jak siedziałam przy tym gigantycznym słoju, w którym był Shiro... i jak z nim rozmawiałam. Nie byłam nawet do końca pewna, czy mnie słyszał, ale po prostu miałam potrzebę mówienia do niego. Przesiedziałam tak całą noc. A przynajmniej jej większość, bo zmęczona i zestresowana, wkrótce zasnęłam.
Gdy się obudziłam, słój był pusty. Poderwałam się na równe nogi, przerażona. Zaczęłam biegać po pomieszczeniu, szukając Eriela, ale nigdzie go nie mogłam znaleźć. Wyszłam więc korytarzem prowadzącym na pewno do wyjścia z całego kompleksu, a przy najbliższym rozgałęzieniu skręciłam w prawo. Nie myślałam wtedy o tym, co będzie, jeśli się zgubię. Liczyło się to, że musiałam wiedzieć, co z Shiro. Gdzie jest. Nie patrzyłam kompletnie pod nogi. Byle przed siebie. Do Shiro, albo do Eriela. Bo on mnie do niego zaprowadzi.
Wpadłam na coś. A raczej na kogoś, bo gdy już miałam uderzyć tyłkiem o ziemię, zostałam złapana przez Hachibiego, który wyrósł na mojej drodze jak spod ziemi.
- Dokąd ci się tak śpieszy, że nie patrzysz, gdzie biegniesz? - spytał, przekrzywiając głowę.
- Ja... - speszona starałam się złapać równowagę i stanąć samej - Szukam Eriela. Bo obudziłam się, a Shiro nie było w tym... czymś.
Mężczyzna wydawał się rozbawiony moim brakiem ogarnięcia, ale nie przejmowałam się tym w tamtej chwili. Musiałam wiedzieć, gdzie on jest.
- Twój przyjaciel się obudził - zaczął, a mi zabiło mocniej serce - Wraz z Erielem przenieśliśmy go do pokoju, gdzie już do końca dojdzie do siebie. Zaprowadzę cię do niego.
Skinęłam głową, niezdolna nic powiedzieć. Byłam taka szczęśliwa, że mu się udało! Że poradził sobie. Zostałam wprowadzona do małego przedpokoju, w którym było wejście do łaźni i do pokoju Shiro. Hachibi kazał mi wejść najpierw, umyć się i przebrać, żeby nie wnieść żadnych zarazków. Nie musiałam na szczęście zakładać tego cholernego fartucha, ale dostałam białe ciuchy pod postacią przylegających spodni i golfa. Nie mam pojęcia, skąd wiedzieli, jaki mam rozmiar...
Gdy byłam gotowa, drzwi do jego pokoju otworzyły się przede mną, rażąc oczy sterylną bielą. Na środku stało duże łóżko, a przy nim dwie maszyny - monitorująca pracę serca i wspomagająca oddychanie. Wśród nich leżał, jak mi się wtedy zdawało, strasznie kruchy i bezbronny Shiro. Mój kochany Shiro. Żywy. Wciąż z maską tlenową, ale co z tego, skoro był tu, obok, a jego życiu, jak przekazał mi Hachibi, już nic nie zagrażało. Ujęłam delikatnie jego dłoń, która nie była tak zimna, jak wcześniej i splotłam z nim palce.
- Jestem tu, Shiro - wyszeptałam, przyciągając jego dłoń do swojej twarzy tak, aby poczuł dotyk mojej skóry - Cały czas tu będę przy tobie.
Mijały dni, a Shiro się nie budził. Eriel wspominał, że odzyskał na chwilę przytomność, przez co zdecydowali się zabrać go z tego całego zbiornika.
Codziennie pomagałam przy zmienianiu opatrunku i pielęgnowaniu go, ale mimo woli traciłam już nadzieję. To trwało tak długo... a on nie dawał żadnego znaku, że nas słyszy... Któregoś dnia postanowiłam złamać zakaz Eriela i położyłam się w łóżku przy nim, kładąc sobie jego głowę na piersi tak, aby słyszał bicie mojego serca. Przeczesywałam palcami jego włosy, które teraz były matowe i łatwo wypadały. Niewiele myśląc, zaczęłam cicho śpiewać piosenkę, którą usłyszałam, kiedy byliśmy jeszcze w szmaragdowym pałacu. Pamiętam jak dziś, gdy siedział na jednym z głazów w ogrodzie zen Zannyo, wpatrując się w zamyśleniu w gwiazdy.
- Przemija magia, chociaż wielkie moce
jak były są. W sierpniowe noce
nie wiesz, czy gwiazda spada, czy rzecz inna.
I nie wiesz, czy to właśnie rzecz, co spaść powinna.
I nie wiesz, czy przystoi bawić się w życzenia,
wróżyć? Z gwiezdnego nieporozumienia?*
Patrzyłam cały czas na jego twarz, która pozostawała cały czas tak samo nieruchoma, jak wcześniej, a podkrążone i naznaczone cieniem oczy nie zamierzały się uchylić. Zaczęłam łkać. Bo mimo, że był tak blisko, cały czas był tak samo odległy jak w chwili, gdy stał na granicy życia i śmierci. Przytuliłam mocniej jego głowę do serca płacząc strasznie. Sama nie wiem, kiedy usnęłam.

Było ciemno. Taki mrok widziałam kiedyś, dawno temu, tylko w jednym momencie mojego życia. W chwili, gdy Shiro odwiedził mnie we śnie, gdy jeszcze byłam człowiekiem. Wtedy znałam go pod imieniem Sudba, nie mając pojęcia, jak nieszczęśliwą jest istotą.
Rozglądałam się mając nadzieję, że go ujrzę.
"Przemija magia, chociaż wielkie moce jak były są"
Słyszę znajome strofy wypowiadane przez głos, który poznałabym na krańcu świata.
"W sierpniowe noce nie wiesz, czy gwiazda spada, czy rzecz inna"
Obracam się wokół własnej osi mając nadzieję, że już zaraz, za sekundę on wyłoni się z mroku i zapełni pustkę w moim sercu.
"I nie wiesz, czy to właśnie rzecz, co spaść powinna"
Słyszę kroki, które niosą się echem wokół mnie, przez co nie jestem w stanie określić, skąd dochodzą.
"I nie wiesz, czy przystoi bawić się w życzenia, wróżyć?"
Czuję dotyk na ramieniu.
- Z gwiezdnego nieporozumienia... - szepczę, odwracając się i widzę jedyną osobę, jaką chcę teraz ujrzeć. Patrzę w te piękne, pełne głębi, błękitne oczy, które zawsze mnie hipnotyzują - Shiro.
Czuję, że znów płaczę. Że znów nie jestem w stanie powstrzymać potoku łez, których on tak bardzo nie lubi oglądać. Zasłaniam się rękami, starając się przed nim to ukryć. Ale on ujmuje moje dłonie w swoje i przyciąga mnie do siebie, po chwili zamykając w pełnym czułości uścisku, który tak uwielbiam.
- Dziękuję, Rin - szepcze, a mnie bombardują złe przeczucia - Dziękuję, że przy mnie jesteś, że czuwasz. Nie masz pojęcia, ile to dla mnie znaczy.
- Czemu... czemu czuję, że się ze mną żegnasz?
Napotykam jego wzrok. Teraz wyjątkowo odległy... smutny.
- Nie - szepczę znowu - Nie mogę cię stracić... Nie w ten sposób, kiedy jesteśmy tam, na jawie, razem, blisko siebie...! Nie możesz odejść...
- Rin...
- Nie możesz, nie zgadzam się!
Widzę w jego oczach cierpienie i zmęczenie. Dokładnie tak samo, jak wtedy. Ten umęczony wzrok... On ma już dość.
- Wiesz... - szepczę, spuszczając głowę i opierając czoło o jego pierś - Pamiętam, jak spotkałam cię po raz pierwszy. Wtedy, we śnie, gdy dałeś mi wybór. Powiedziałeś wtedy, że zaczyna się moja wewnętrzna walka dobra ze złem... że zachowam człowieczeństwo, bądź stanę się ayakashi... pamiętasz?
- Tak...
- Wiesz, czemu się na to zgodziłam?
- Powiedz.
- Zgodziłam się, bo byłeś przy mnie - szepczę jeszcze ciszej, bo nie ufam swojemu głosowi - Przyrzekłeś, że będziesz przy mnie na zawsze. Dziwiłeś się parę razy, że nie męczą mnie żadne pokusy, nie mam myśli autodestrukcyjnych... Teraz już wiem, czemu. Wiem już, co zachowuje moje człowieczeństwo... nie... KTO je zachowuje. To dzięki tobie jestem tym, kim jestem. Gdy Mesmer powiedział nam, że nie żyjesz, straciłam nad sobą kontrolę. Pragnęłam zmieść wszystko i wszystkich z powierzchni ziemi, a potem zabić siebie, by do ciebie dołączyć. Zrobiłabym to. Gdyby nie Kuro. Wiesz czemu?! - podniosłam głowę, patrząc w jego pełne w tej chwili przerażenia oczy - Bo cię kocham, do jasnej cholery! Kocham cię nad życie, ponad wszystko, co kiedykolwiek miałam! Dla ciebie stałam się kami. Dla ciebie podjęłam decyzję... Bo ty jesteś tym jedynym...
Spuścił głowę, a ja poczułam, jakby ktoś mi wpychał sztylet w serce. Nie potrafiłam zinterpretować jego gestu... czyżby mnie odtrącał?
Zauważyłam, że jego ramiona drżą, jakby od powstrzymywanego szlochu... a potem byłam już w jego objęciach. Czułam, jak wciska twarz w zagłębienie mojej szyi, jakby szukając schronienia. Co się właśnie działo...?
Gdy odsunął się trochę, ujął w dłonie moją twarz i pocałował. Tak jak przeddzień ataku Mesmera... tak jak wtedy... był to pocałunek pełen miłości. To była obietnica.
Gdy oderwał się ode mnie, przytknął czoło do mego czoła i spojrzał mi głęboko w oczy.
- Dajcie mi kilka dni. Muszę coś zrobić - wyszeptał, a gdy miałam otworzyć usta, by coś powiedzieć, on mi przerwał - Nie pozwól Erielowi mnie odłączyć. Wrócę, najdroższa.
Przesunął delikatnie kciukiem po moim policzku, ścierając samotną łzę, która zaplątała się jakimś cudem na mojej twarzy i znów delikatnie pocałował.

Otworzyłam oczy i usiadłam, rozglądając się na wpół przytomnie po pomieszczeniu. Siedziałam na łóżku wciąż śpiącego Shiro, nie będąc do końca pewną, co się właściwie stało. Gdy spojrzałam na swoją rękę dostrzegłam, że chłopak odwzajemnia uścisk. Znów przygarnęłam go do siebie tak, by słyszał bicie mojego serca i zaczęłam raz za razem powtarzać słowa pieśni.
- Przemija magia, chociaż wielkie moce jak były są. W sierpniowe noce...


* - "Spadające z nieba" Wisława Szymborska

piątek, 25 września 2015

XLVII - Help

Pisane oczami Eriela

   Wyglądało to bardzo źle. Obawiałem się najgorszego, czyli przebicia serca. Widziałem w tej sytuacji tylko jedno wyjście, choć nie wiedziałem, czy mój plan na pewno się powiedzie.
Wraz z Hachibim przenieśliśmy Shiro do mojej ukrytej pracowni. To tu wszystko się zaczęło. W tym właśnie miejscu na świat przyszedł on i Kuro. Mimo, że "Arma Viventem" zostało odkryte i zamknięte, to nie pozwoliłem, aby kiedykolwiek odnaleziono moje laboratorium.
- Trzeba go rozebrać. Do samej bielizny - powiedziałem stanowczo, a ryu jedynie pokiwał głową. Po kilku minutach Shiro z założonym aparatem tlenowym leżał w zbiorniku 01S. Dokładnie w tym samym, w którym komórka po komórce powstało jego ciało. Gdy szczelnie je zamknąłem, do środka zaczął napływać zielonkawy płyn. Widziałem niepewność na twarzy Hachibiego.
- Nie utopi się?
- Nie - odparłem, podchodząc bliżej zbiornika - Ta ciecz jest utleniona w 40%. Tak naprawdę ten aparat tlenowy jest zbędny, ale wolę nie ryzykować, że przestanie oddychać. Mam nadzieję, że zawarte w tym płynie substancje będą w stanie wyleczyć jego rany.
  Następnego dnia przyszła Kuro w towarzystwie Ghose, z czego nie byłem zbyt zadowolony. Całonocna warta podczas której pilnowałem, by nie ustała akcja serca, bardzo mnie wyczerpała. Dziewczyna podeszła do zbiornika, w którym zanurzony był Shiro, położyła dłonie do szyby i przytknęła do niej czoło.
- Cześć, braciszku - wyszeptała myśląc, że jej nie słyszę - Trzymaj się. Masz się nie poddawać, bo Rin będzie chciała iść za tobą, jeśli umrzesz. Ona cały czas płacze, bo boi się, że już cię nie zobaczy. Doskonale ją rozumiem, wiesz? Zwłaszcza, że to mnie broniłeś. Uratowałeś mi życie. Dziękuję ci.
Uśmiechnąłem się pod nosem. Cieszyłem się, że miedzy nimi zawiązała się tak potężna więź. Miałem nadzieję, że obecność Kuro doda Shiro choć odrobinę sił, by walczyć o własne życie.
Ghose stanął obok mnie, także się uśmiechając.
- Aż miło na nich popatrzeć, prawda? - spojrzał na mnie, a ja skinąłem głową - Jaki jest jego stan?
- Wciąż krytyczny, ale już stabilny. Czuwałem całą noc.
- I co?
- Trzy razy musiałem go ratować. Miecz może i nie przeszył serca, ale dość poważnie je uszkodził. Potrzebuję kogoś na dzisiaj. Nie dam rady zarwać drugiej nocy z rzędu.
- Weź Rin.
Skrzywiłem się lekko, spoglądając w stronę zbiornika. Nie byłem pewien, jak ona zareaguje na sposób, w jaki leczony jest Shiro. Ale ostatecznie się zgodziłem, gdyż nie miałem już sił na sprzeczki i wymyślanie odpowiedniego zastępcy. A byłem pewien, że Fatum przyjmie na siebie całą odpowiedzialność za chłopaka. W końcu go kochała...
- Idź po nią. Poinstruuję ją, żeby potem sobie poradziła.
Ghose skinął głową i poszedł. A ja obserwowałem, jak Kuro siedzi przy białowłosym. Cały czas do niego mówiła, nie odrywając dłoni od szyby. Martwiła się. Szczerze, nie byłem w stanie powiedzieć, czy on ją w ogóle słyszał, ale wiedziałem, że nawet jeśli nie, to ona  i tak nie przestanie z nim rozmawiać. Pewnie chciała, by czuł jej obecność. I dobrze.

Ghose przyprowadził Fatum pół godziny później. Zamarła widząc Shiro zamkniętego w, jak to nazwała, tym ogromnym słoju. Otrząsnęła się jednak szybko i nie poruszała tego tematu. Widać ufała mi bezgranicznie pod względem opieki medycznej nad nim.
- Jak on się czuje? - spytała, nie odrywając od niego wzroku.
- Lepiej. Nieznacznie, ale jednak. Niestety wciąż trzeba go monitorować. Dlatego tu jesteś. Nie należę już do młodych kami, przez co nieprzespana noc jest sporym obciążeniem dla mojego organizmu. A co dopiero dwie. Chodź ze mną, abym mógł pokazać ci, co zrobić w razie sytuacji awaryjnej.
- Awaryjnej, to znaczy jakiej?
- Zatrzymanie akcji serca.
Zauważyłem, jak pobladła. Skinęła jednak głową, a na jej twarzy widziałem determinację. Zuch dziewczyna. Widać, że jest w stanie zrobić dla niego wszystko. Że go kocha.
Wierzyłem, że to dzięki niej Shiro był w stanie kontrolować swą mroczną część, która wyjątkowo lubiła wyrywać się na wolność. Potrzebował jej.

Cały instruktarz zajął nam około dwie godziny. Fatum słuchała uważnie, jedynie co jakiś czas rzucając ukradkowe spojrzenia w stronę chłopaka. Nie beształem jej za to bo wiedziałem, jak bardzo przejmuje się jego losem.

Gdy skończyliśmy, od razu podeszła do zbiornika i przyłożyła dłoń na wysokości jego twarzy, jakby chciała dotknąć jego policzka. I w tym momencie wszystkie maszyny podtrzymujące życie i kontrolujące bicie jego serca podniosły rumor. Dziewczyna podskoczyła wystraszona i spanikowana spojrzała na mnie.
- Nie gap się, działaj! - krzyknąłem do niej - Masz okazję przećwiczyć to, co ci tłumaczyłem, dopóki tu jestem. Ruchy!
Otrząsnęła się i zaczęła działać.
Błyskawicznie podeszła do konsoli odpowiadającej za podawanie leków, by po chwili do krwiobiegu Shiro dostała się całkiem spora dawka adrenaliny, mająca pobudzić serce do pompowania krwi. Minęły cztery minuty, a pisk wciąż się utrzymywał. Tak, jak jej mówiłem, podała kolejną dawkę, która zadziałała niemal natychmiast, wprowadzając mięsień serca w odpowiedni rytm. Fatum stała jeszcze chwilę przy konsoli ze wstrzymanym oddechem, a gdy uświadomiła sobie, że się udało, po prostu się rozpłakała. Była bardzo wrażliwa, ale w sytuacji kryzysowej, radziła sobie świetnie.
Podszedłem do niej i położyłem jej rękę na ramieniu.
- Brawo mała - uśmiechnąłem się i przygarnąłem ją do siebie, starając się uspokoić - Dałaś radę. Uratowałaś go.
Ona pokiwała jedynie głową, po czym otarła oczy i nos. Spojrzała w stronę Shiro, śpiącego i oddychającego powoli i spokojnie. Podeszła do niego ponownie i uśmiechnęła się. Oto prawdziwa miłość. A ja postanowiłem ich zostawić i wreszcie odpocząć.

   Wróciłem rano, a to, co zobaczyłem, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Rin drzemała u podstawy pojemnika, a Shiro patrzył na nią, przyciskając dłonie do ścianki naczynia.
Podszedłem do konsoli i nakazałem maszynom wypompować zawartość. Po jakichś dziesięciu minutach chłopak oddychał już tym samym powietrzem co my, choć nie był jeszcze w stanie nawet usiąść. Leżał na boku, oddychając ciężko, ale samodzielnie. Musiał się po prostu przyzwyczaić.
- Poczekaj chwilę, przystosuj się do powietrza, a ja wezwę Hachibiego, żeby pomógł ci przejść do łóżka, gdzie założymy opatrunek.
Skinął głową, choć musiało go kosztować to wiele sił, których teraz musiał oszczędzać. Wkrótce przybył ryu i pomógł stanąć Shiro na nogi.
- Nic nie mów - odezwał się, gdy chłopak próbował mu podziękować - Nie jesteś mi nic winien. Żadnych podziękowań. Spłacam dług wdzięczności za uratowanie mi życia podczas ataku na szmaragdowy pałac. Nie zawracaj więc sobie głowy takimi błahostkami, jak głupie formułki grzecznościowe, tylko odzyskuj siły.
Skinął głową i wsparł się bardziej na podtrzymującym go ryu. A ja już byłem spokojny o jego życie.

XLVI - On The Edge

Pisane oczami Rin

   To się nie działo.
Najzwyczajniej to nie ma prawa się dziać!
Patrzę na stojącego tuż obok mnie Shiro. I nie wierzę w to, co widzę.
Wepchnięta w jego pierś klinga sterczy z pleców, a po tym doskonałym ostrzu ścieka niespiesznie szkarłatna krew.
- To było nierozważne chłopcze, żeby zasłaniać ją własnym ciałem - odezwał się przysłany przez Mesmera wojownik. Shiro uniósł zwieszoną dotąd głowę i uśmiechnął się.
- Być może - powiedział cicho, a ja zauważyłam, że zacisnął mocniej palce na rękojeści swojego miecza - Rzeczywiście, po chwili zastanowienia, mogłem to rozegrać nieco inaczej, ale przynajmniej mam cię dokładnie tu, gdzie chciałem.
Najemnik zrobił wielkie oczy i wyrwawszy miecz z piersi białowłosego, szykował się do odskoczenia. Nie zdążył, bo jego głowa już toczyła się po ziemi, oddzielona od ciała jednym, błyskawicznym cięciem.
Siedziałam zszokowana, jak dosłownie chwilę później Shiro pada na kolana, a z jego ust wylewa się spora ilość krwi. Obejrzał się na Kuro, uśmiechając słabo.
- Jest... remis... siostrzyczko - wyszeptał, po czym osunął się na bok. Dopiero wtedy opuścił mnie paraliż i podbiegłam do niego. Przekręciłam go na plecy i ułożyłam sobie jego głowę na kolanach. Miał zamknięte oczy, a oddech do najlżejszych nie należał. Dotknęłam delikatnie jego policzka. Spojrzałam na Kuro i kazałam jej biec po sanitariusza. Skinęła głową i pognała szukać medyka.
Ja zostałam z nim. Udało mi się go przekonać, aby na mnie spojrzał.
- Nie umieraj mi tu - szepnęłam, przeczesując jego włosy. Nie teraz, kiedy wreszcie jesteśmy razem...
Uśmiechnął się słabo, wiedziałam, że starał się pokazać, że się nie podda, ale byłam także świadoma, że z każ∂ą chwilą opuszczały go siły. Starałam się nie dopuścić do tego, żeby zamknął oczy, albo zasnął, bo wtedy to byłby już jego koniec. Dlatego mimo łamiącego się głosu i łez cisnących się do oczu, cały czas z nim rozmawiałam, starając się go zmusić do tego, by mi odpowiadał.
Aż w końcu zawiesił głos w połowie słowa, a ja spostrzegłam, że jego spojrzenie stało się bardziej odległe, nieobecne. Zaczęłam klepać go po policzku z nadzieją, że odzyska choć odrobinę przytomności.
Udało się.
Ale moja radość nie trwała długo.
- Rin... - wychrypiał z trudem - Muszę chwilę odpocząć... Naprawdę, tylko sekundkę... Zaraz się obudzę...
Nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, on już spał. W jednym momencie... Mimo moich starań, nie zdołałam go już obudzić. Co gorsze, tuż po tym jak zasnął, zaczął zanikać jego oddech.
Niewiele myśląc przytknęłam usta do jego ust i zaczęłam dzielić się z nim oddechem mając jedynie nadzieję, że uda mi się przedłużyć jego życie na tyle, by dotrwał do przybycia medyka.
Gdzie do cholery była ta Kuro?!
Moje łzy spływały na twarz Shiro, mieszając się z powoli zasychającą na brodzie krwią. Sięgnęłam do jego lodowatej dłoni i splotłam z nim palce modląc się w duchu, by jego serce nie przestało bić. Bo co ja bez niego zrobię?
Zaczęłam trząść się ze strachu przed tym, co mogło się stać. Że Shiro zabraknie. Co wtedy? Jak pokonamy Mesmera?
Jak... ja będę mogła żyć bez niego?
Moje przemyślenia przerwał trzask otwieranych drzwi.
- Puść mnie, Fatum - odezwał się przybysz, a po głosie poznałam, że to Eriel. Oderwałam się od chłopaka, który teraz oddychał jako tako o własnych siłach - Spisałaś się, dziewczyno.
Pokiwałam głową, ocierając łzy. Staruszek rozpiął kaftan rannego, odklejając delikatnie materiał od ciała. Moim oczom ukazała się okropna rana, która dokładnie przepołowiła pieczęć chłopaka, znajdującą się na lewej piersi.
- Muszę go stąd jak najszybciej zabrać - mruknął były przewodniczący Rady Bogów - Nie jestem w stanie mu tutaj pomóc.
- Pomogę ci - odezwał się kami o dwóch różnych oczach, którego imię brzmiało chyba Hachibi - Dzieciak uratował mi tyłek. Jestem mu to winien.
- Ja też idę! - powiedziałam, wstając na równe nogi - Nie mogę go zostawić!
Eriel się nie zgodził twierdząc, że to dla mojego dobra. 
Dosłownie minutę później zostałam sama, ubabarana krwią ukochanej osoby nie wiedząc, co ze sobą zrobić.
Nie będąc pewną, czy kiedykolwiek jeszcze zobaczę Shiro, zaczęłam się modlić, aby przeżył. Byśmy mogli znów się spotkać.

środa, 23 września 2015

XLV - Attack

   Shiro siedział pod ścianą po turecku. Miał zamknięte oczy, więc nie byłam pewna czy medytuje, czy może już zasnął. Przysiadłam się do niego i oparłam głowę o jego ramię. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się.
- Jak się czujesz? - spytał, obejmując mnie lekko.
- Jest dobrze. Nic już nie boli, więc możesz przestać się martwić.
Pokiwał głową z jeszcze szerszym uśmiechem i przygarnął mnie mocniej do siebie.
A ja zrozumiałam, jak bardzo moja obecność mu pomaga.
   Był środek nocy. Ktoś zaczął mną szarpać.
Gdy otworzyłam oczy, ujrzałam bladą, ściągniętą strachem twarz Rin. Usiadłam i rozejrzałam się, kompletnie nie rozumiejąc, dlaczego jestem budzona o tak chorej porze. I wtedy usłyszałam pełen żałości i bólu smoczy ryk.
- Mesmer zaatakował szmaragdowy pałac - szepnęła moja towarzyszka, a ja zorientowałam się, że w pokoju nie ma z nami Shiro.
Poderwałam się na równe nogi z zamiarem odnalezienia chłopaka. Wypadłam do ogrodu zen, gdzie leżało parę ciał. Obejrzałam je naprędce by upewnić się, że żadne nie należy do mojego brata.
Nie było go tu.
Odetchnęłam z ulgą i pobiegłam szukać go dalej, mimo nawoływań Rin błagającej mnie, bym została. Ale nie chciałam. Nie mogłam. Biegłam przez kolejne komnaty, mijając walczących ze sobą kami. Już przy samym wyjściu zostałam złapana przez rosłego wojownika z opaską na oku. Uśmiechnął się ohydnie łapiąc mnie wpół. Zaczęłam się drzeć co sił w płucach, ale wszycy byli zbyt zajęci sobą i swoimi walkami, żeby przejmować się jeszcze mną. Szarpałam się najmocniej jak mogłam, usiłując wyrwać się z uścisku tego przerośniętego gnoja. Rzucił mnie w jakiś kąt w jedym z kolejnych pokoi i przyparł mnie do ściany. Czułam jego cuchnący gorzałą oddech, gdy przysunął się bliżej i zaczął mnie obmacywać. Zacisnęłam mocno powieki, starając się go odepchnąć, uderzyć, cokolwiek, byleby przetał, ale nic nie pomagało.
Lecz już chwilę później, która dla mnie trwała całe wieki, nie czułam jego oddechu ani dotyku.
- Jesteś cała? - usłyszałam łagodny głos, którego tak wyczekiwałam.
- Shiro... - załkałam i rzuciłam mu się na szyję. Odskoczyłam jak poparzona, gdy usłyszałam, że syknął. Dopiero wtedy zauważyłam, że jest ranny. Lewe oko zalewała jucha, a na prawym boku kwitła szkarłatna róża krwi.
- Nie powinno cię tu być - powiedział, chwytając mnie za ramiona - Jest zbyt niebezpiecznie. Odprowadzę cię do pokoju.
- Nie - odparłan stanowczo - Jesteś ranny. Nie zostawię cię tu.
Przyglądał mi się chwilę, mierząc mnie wzrokiem od góry do dołu.
- Jesteś nieuzbrojona i bez pancerza.
- Tobie jakoś pancerz nie pomógł - burknęłam wskazując jego bok. Już otwierał usta, ale zrezygnował. Skinął głową i poprosił tylko, bym trzymała się blisko niego.
Wyrwałam miecz przytroczony do boku mojego niedoszłego oprawcy. W momencie, w którym wyszliśmy na pole walki, zaczęłam się modlić, żeby nic mu się nie stało. Chrzanić mnie. On musi żyć dla Rin.
Przypomniałam sobie to, co widziałam dzisiaj wieczorem. Shiro przeczuwał, że niedługo Mesmer może przypuścić atak nie zważając już na to, że podnosi rękę na sojuszniczkę Amaterasu. Chłopak podejrzewał, że złoty kami będzie chciał pomścić Adel. Rin się bała. Bała się, że zginie osoba, którą kochała. Bo chyba każdy już zauważył, że darzyła go wielkim uczuciem. A z tego co wiem, moj brat to uczucie w pełni odwzajemniał. Wtedy, w pokoju, widziałam, jak się do siebie tulili. Jak ona przytulała jego głowę do serca, szepcząc cicho. A potem... podniósł się, ujął jej twarz w dłonie i... pocałował. Całowali się długo i czule, a gdy już się od siebie odsunęli, w jego oczach dojrzałam bezkresne szczęście, którego dotąd nigdy u nikogo innego nie dostrzegałam.
Teraz stał przede mną jako wojownik. Obserwowałam każdy jego krok i ruch, gdy walczył ze swoimi przeciwnikami. Zauważyłam, jak bardzo zmienił się jego styl walki, od kiedy zaczął trenować pod okiem Zannyo. Byłam z niego dumna.
Obejrzał się na mnie z kpiącym uśmiechem.
- Co powiesz na małą zabawę? - krzyknął do mnie - Kto zabije więcej tych ścierw?
Wyszczerzyłam się radośnie i ścięłam głowę nacierającego na mnie mężczyznę.
- Tak jakby nie masz ze mną szans, braciszku!
Odpowiedział mi jego radosny śmiech, któremu zawtórował wrzask umierającego od jego miecza napastnika.
   Nie miałam pojęcia, ilu wrogów przedarło się na teren szmaragdowego pałacu, ale wkrótce musięliśmy przeszukiwać komnaty, żeby kogokolwiek znaleźć.
- Ilu załatwiłaś? - zagadał do mnie Shiro, gdy kierowaliśmy się w stronę naszego pokoju.
- Hm... - mruknęłam pocierając koniec nosa - Piętnastu.
- Ej, niemożliwe! - stanął i wziął się pod boki, chichocząc - Ja mam czternastu! Oszukujesz!
Zaczełam się śmiać. Bawił mnie sposób, w jaki udawał, że się gniewa i buldwersuje.
Otworzył drzwi do pokoju i zamarł z kamienną twarzą. Gdy zajrzałam do środka, zobaczyłam mężczyznę stojącego nad związaną i zakneblowaną Rin. Celował w nią trzymaną w dłoni kataną.
- Shiro, z woli Mesmera, przewodniczącego Rady Bogów, zabieram cię stąd jako mojego więźnia. Jeśli będziesz stawiał opór, Fatum zginie.
Widziałam jak mój brat zaciska pięści i zęby. Zamknął oczy i spuścił głowę. Rin patrzyła na niego wielkimi z przerażenia oczami, ale potrząsała głową jakby prosząc, by tego nie robił.
Lecz on już rzucił swój miecz pod nogi wojownika i zbliżył się się na odległość trzech kroków.
- Kuro - odezwał się, nie spuszczając wzroku z mężczyzny - Nie ma mowy, żebyś wygrała. Zaraz nasza zabawa skończy się remisem.
Po czym rzucił się pod jego nogi, chwytając miecz i odbijając wrogą klingę od Rin. Rozpętało się piekło, dzięki któremu mogłam zakraść się do skrępowanej dziewczyny i ją oswobodzić. Upewniwszy się że jest cała, zaczęłam obserwować toczącą się obok nas walkę.
Nie wyglądało to dobrze. Shiro był ranny i wyczerpany, co dawało sporą przewagę, jego przeciwnikowi, będącemu tak na prawdę w pełni sił. Białowłosy ledwie unikał i parował jego technicznie idealne ciosy. Rin siedziała zakrywając dłońmi usta, by nie rozproszyć skupionego do granic możliwości chłopaka, którego przeciwnin wykonał szybki zwód i wyminięcie, dosłownie w przeciągu sekundy znajdując się obok nas.
Widzę jak klinga mknie w moją stronę i posłuszna ręce swojego pana, wykonuje pchnięcie.
Ale cios nie dociera.
Zamiast salwy bólu, czuję na twarzy ciepłą i lepką ciecz.
A chwilę później wrzask Rin.
- SHIRO!!!

wtorek, 22 września 2015

XLIV - Live Your Life

   Obserwowałam jego zmagania w walce. Parowanie, cios, unik. I tak w kółko, raz za razem, co raz szybciej. Nie rozumiałam, dlaczego ryu odpowiadający za jego szkolenie, tak go męczył i strofował.
- Za szeroko robisz to zbicie! - krzyczał, a ja miałam ochotę podejść i trzasnąć gościa w łeb. Ale powtrzymało mnie stanowcze spojrzenie, które skutecznie przygasiło mój zapał do bójki. Nie zmieniło to jednak faktu, że denerwowało mnie, jak mój brat był traktowany. Ale obserwowałam dalej.
   Shiro był ponury. Strasznie rzadko się uśmiechał, ale przynajmniej się od nas nie izolował.
Domyślałam się, że męczyły go nadal wyrzuty sumienia związane z tą całą Adel. Któregoś razu Rin wytłumaczyła mi, że chłopaka łączyła z nią bardzo mocna przyjaźń.
- Nie mówił o niej zbyt dużo... - zauważyłam, a ona tylko spochmurniała.
- Sytuacja wyglądała tak, że ważniejsza była dla niej pozycja, niż los przyjaciela - odparła, spoglądając na podziwiającego niebo Shiro upewniając się, że nas nie słyszy - Nie potrafiła poświęcić stanowiska u boku Mesmera, aby go uratować. To nie tak, że nie wiedziała, co mu grozi. Była tego doskonale świadoma.
Przeniosłam wzrok na niego. Siedział zasępiony, poruszając ustami.
Modlił się.
A potem z jego ust wyczytałam słowa, które zmroziły mi krew w żyłach.
Bo przepraszał, że żyje.
Poderwałam się na równe nogi i podbiegłam do niego.
- Nie wolno ci! - krzyknęłam pełna trwogi - Nie pozwalam ci tak mówić! Nikt nie może przepraszać za to, że stąpa po ziemi... bo każdy jego krok sprawia radość tym, którzy wraz z nim idą przez życie! - czułam, jak po policzkach ciekną mi łzy. A jego oczy były co raz większe - Twoja obecność sprawia, że Rin i ja jesteśmy szczęśliwe, wiesz?
On tylko objął mnie i podziękował cicho, że jestem.
Że obie jesteśmy.
Zawsze będziemy przy nim, wspierając go, pocieszając go. A on jedynie pokiwał głową i wyszeptał podziękowania.
   Kolejne dni wypełniał marazm i bezczynność. Zannyo, widząc w jak złym stanie psychicznym jest Shiro, darowała mu karę zaznaczając jednak, że nie zaakceptuje, opuszczenia się w treningach, na co on jedynie zasalutował.
Siedzieliśmy teraz we trójkę w jego pokoju. Czekaliśmy na sprawozdanie Eriusa, który badał dzisiaj mnie i Shiro.
To akurat rozumiem. Chciał sprawdzić, jak po tylu latach wygląda nasz rozwój fizyczny. W moim przypadku stwierdził, że jak na warunki, w których dojrzewałam, moj stan jest doskonały. Ciekawa byłam, co powie po zbadaniu mojego brata.
Wątpiłam, aby źle ocenił jego sprawność fizyczną, ale zmartwiłam się, gdy staruszek poprosił go, żeby zostawił nas samych. Skinął jedynie głową i wyszedł, zamykając za sobą drzwi.
- Coś z nim nie tak? - wypaliła natychmiast Rin, która widocznie przejęła się tym nawet bardziej ode mnie. Eriel spojrzał po nas i westchnął.
- Fizycznie jest okazem zdrowia - zaczął powoli - Ba. Wielu kami chciałoby być tak sprawnym i pełnym energii. Jego ciało zdolne jest do naprawdę wielu rzeczy, o których on sam pewnie jeszcze nie wie.
- Ale? - ponagliłam go, gdy milczał zbyt długo.
- Psychicznie jest z nim źle. Stracił wewnętrzną równowagę i niepewni potrafi sobie z tym poradzić. Nie znaczy to jednak, że się nie stara. Sam po prostu nie ma szans tego przezwyciężyć.
- Dlatego poprosiłeś, aby wyszedł? - wtrąciła Rin zakładając ręce na piersi - Czy i on nie powinien tego usłyszeć? W końcu to jego dotyczy ta rozmowa.
Eriel uniósł rękę do góry prosząc, aby pozwoliła mu dokończyć mówić.
Z tego co zrozumiałam, staruszek chciał poinformować najpierw nas, abyśmy nie zareagowały przy nim zbyt impulsywnie w jego obecności. Na przykład strachem wobec niego.
Miał w tym sporo racji. To musiałam przyznać.
Gdy go zawołaliśmy, przyszedł od razu, przywołując na twarz uśmiech. Mimo jego starań wiedziałam, jak wieki był to dla niego wysiłek.
Eriel powiedział mu dokładnie to samo, co nam. Shiro siedział i słuchał uważnie, nie odrywając od niego wzroku. Gdy staruszek skończył, zapanowała kompletna cisza.
- Mam nadzieję, że jesteś świadom, że cię nie zostawimy. - odezwałam się cicho - Możesz na nas liczyć.
Jego błękitne oczy były we mnie ustawione, a potem przeniosły się na twarz Rin. Badał jej reakcję, zdanie i stosunek do tego, co przed chwilą było powiedziane.
Doskonale wiedziałam czemu.
Bal się, że znów go porzuci. Tak jak wtedy, gdy dowiedział się kim jest.
Ale potem uśmiechnął się szczerze i polował głową, dzięki czemu wszyscy odetchnęliśmy z ulga.
Bo to znaczy, że pozwoli sobie pomoc.

niedziela, 20 września 2015

XLIII - Remorse

Pisane oczami Kuro

   Shiro był ostatnimi dniami bardzo zajęty. Rin, która odwiedzała mnie codziennie opowiadała, że całymi dniami ćwiczył z którymś z pozostałych ryu, potem miał dyżur w kuchni. Po tym wszystkim nie nadawał się do niczego innego, niż wzięcia gorącej kąpieli i położenia się spać. Martwiłam się o niego, ale byłam pewna, że sobie poradzi.
To w końcu Shiro, nie?
W dniu, w którym wychodziłam z tego pieprzonego ambulatorium, Rin zdradziła mi swój plan. Z braku pokoi, chociaż dla mnie to była czysta niechęć innych ryu, Zannyo Ryuo kazała przenieść nasze rzeczy do pokoju Shiro, który będzie z nami dzielił. Znając życie będzie już tak padnięty, że będzie spał.
- Wgramolisz mu się do łóżka - uśmiechnęła się, a ja poczułam, jak robię się czerwona - Rano będzie miał niespodziankę, a pewnie się ucieszy.
Pokiwałam tylko głową modląc się, żeby Rin nie zobaczyła moich rumieńców.
   Wieczór był rześki. Zakradłyśmy się do pokoju, w którym byłyśmy zakwaterowane wraz z chłopakiem. Tak, jak Rin przewidziała, Shiro już spał. Nawet w tak słabym świetle, jakie było w pokoju widziałam, jaki był wyczerpany.
Podeszłam na paluszkach do jego materaca, ułożonego na podłodze - dziewczynie oddał swój futon - odkryłam go lekko i położyłam się obok niego. Nie wiem nawet, kiedy zasnęłam, tuląc brata do serca.
W środku nocy obudził mnie czyjś gwałtowny ruch. Otworzyłam oczy i zauważyłam, że Shiro siedzi na materacu. Cały drżał, a twarz, oświetlona przez wpadające przez okno światło księżyca w pełni, błyszczała się od potu. Nie wiedziałam, co się stało, ale również usiadłam i położyłam mu dłoń na plecach. Podskoczył i spojrzał na mnie.
Mogłabym przysiąc, że dojrzałam w jego oczach... łzy...
- Co się stało? - szepnęłam, a on tylko porwał mnie w ramiona i przytulił mocno. Był cały zgrzany, drżał - To był tylko sen, Shiro. Wszystko jest dobrze.
- To nie był tylko sen - wychrypiał. A potem się rozgadał. Powiedział mi, co zaszło w gmachu Rady Bogów. Podczas starcia z Mesmerem, między nich wpadła niejaka Adel. Jego przyjaciółka, której nie zdążyłam poznać. - Zabiłem ją, Kuro - załkał cicho. A ja zrozumiałam. Shiro wiele razy zabił ayakashi, ale nigdy nawet nie zranił kami. A co dopiero odebrać jednemu życie. Spojrzałam na Rin, która też się obudziła i siedziała na futonie wpatrując się w chłopaka. Widać nie wiedziała o śmierci tamtej dziewczyny.
Wstała i podeszła do nas. Uklękła i również objęła Shiro. Trwaliśmy tak, dopóki zmęczony chłopak nie usnął.
Dlatego tę noc przespaliśmy we trójkę.

XLII - Loss

Pisane oczami Mesmera

   Przesiadywałem w swoim gabinecie już długo. Od kiedy Shiro przybył uratować swoje dwie przyjaciółeczki, nie przedsięwziąłem żadnej akcji poszukiwawczej, żadnego pościgu ani pogoni...
Nie potrafiłem dojść do siebie.
Wielu moich popleczników zastanawiało się, co też takiego się stało, że ja, Mesmer, przewodniczący Rady Bogów opłakuję niższą kami, która będąc u mnie na służbie, wykonała swoje zadanie, broniąc mojego życia, oddając w zamian swoje.
Adel.
Wstałem chwiejnie z fotela, czując na sobie ciężar tych wszystkich lat, podczas których chodziłem po ziemi. Ruszyłem do katakumb umieszczonych pod wschodnią wieżą Rady. Tam chowani byli wszyscy radni, urzędnicy. Tam rozkazałem umieścić ciało mojej służącej.
Pilnowałem, aby tak wszyscy ją postrzegali.
Bo nie chciałem, by poznali prawdę.
W zawirowaniach mojej młodości, spotkałem pewną kobietę. Oczywiście kami. Niższą stanem, zajmującą jedną z najniższych szczebli drabiny hierarchii. Była bożkiem opiekunem.
Ale ją pokochałem.
Miała na imię Iro, a jej szczupłą, jasną twarz okalała burza czarnych fal. Była piękna. Przez nią, przez jej cudowną urodę, łagodność i wdzięk, którego nie powstydziłaby się sama Amaterasu, popełniłem jedno z niewybaczalnych wykroczeń. Związałem się z nią, ona mi się oddała i...
Tak narodziła się ona.
Piękna, mała dziewczynka, o której pochodzeniu wiedziała poza nami tylko Amaterasu. Nawet nasza córka nie wiedziała, kim są jej rodzice. Jedyna informacja, jaką posiadała to to, że nie była nigdy człowiekiem.
Wkrótce po porodzie Iro zmarła, zostawiając mnie samego, a nasza córeczka trafiła do ośrodka, w którym zajmowano się wychowywaniem młodych kami. Najwyższa bogini jednak nie pozwoliła, aby mała dołączyła do najwyższych kami, przydzielając ją do kasty bożków pogody.
A ja straciłem z nią kontakt.
Po wielu, wielu latach odnalazłem ją w dziale księgowości u jednego z pomniejszych urzędników miasta Triron. Od razu ją poznałem i, wtedy już będąc przewodniczącym Rady Bogów, zażądałem, aby trafiła do mnie. Tak oto moja własna córka stała się moim sługą. Nie chciałem tego, ale jedynie tak mogłem mieć ją przy sobie.
A teraz... teraz jej nie ma. Jestem całkowicie sam.
Przez niego.
Shiro.
Wszedłem do krypty, w której pochowana była Adel. Odsunąłem ciężką płytę zakrywającą sarkofag i usiadłem na jego skraju, przyglądając się tak dobrze znanej mi twarzy.
Rysom, które odziedziczyła po matce.
- Dziękuję ci - szepnąłem, dotykając jej policzka - Dziękuję, że tyle czasu byłaś przy mnie...
Córeczko.

XLI - Peaceful Moments

Pisane oczami Rin

   Siedziałam sama w pokoju. W środku nocy, wystraszona. Wiedziałam, że Shiro nas uratował, mnie i Kuro, ale wciąż bałam się zostawać sama. Co, jeśli ktoś się zakradnie i znów będzie chciał nas porwać tylko po to, żeby ściągnąć do siebie Shiro?
Dlatego dzieliliśmy jeden pokój. Żebym mogła w spokoju zasnąć.
Ale obudziłam się, a jego nie było, czego omal nie przypłaciłam zawałem serca. Otworzyłam przesuwane drzwi pokoju, którego wejście prowadziło do ogrodu zen. Tam odnalazłam zgubę.
Shiro siedział na głazie i spoglądał w gwiazdy. Spokojny, wyciszony.
Jak ja dawno go takim nie widziałam… W tej chwili nie rozmyślał o starciu z Mesmerem, który chciał go wykorzystać jako żywą broń, ale podziwiał i kontemplował piękno nocy, które rzeczywiście zapierało dech w piersiach. I wtedy usłyszałam jego głos. Jak zaczął cicho śpiewać, nie do końca zdając sobie sprawę z mojej obecności. Melodia była spokojna, piękna, a historia opowiadała o parze zakochanych kami, których miłość okazała się zakazanym owocem. Kiedyś słyszałam już tę pieśń, ale nigdy w istach białowłosego. Jego głos nadawał melodii cudowny, romantyczny klimat.
Mogłabym słuchać tego cały czas…
Otworzyłam usta, a z nich wydobył się śpiew. Drugi głos do tej pięknej ballady. Mimo, że spojrzał na mnie, nie przerwał opowieści. Uśmiechnął się do mnie i wyciągnął rękę zapraszając do siebie.
Przeszłam kilka kroków po kamyczkach i usiadłam tuż obok niego.
I siedzieliśmy tak jakiś czas, śpiewając kolejne zwrotki. A słuchała nas tylko noc.
   Obudziłam się wcześnie rano, w łóżku, w ramionach najbliższej mi osoby. Shiro wyglądał tak spokojnie, że nikt nie powiedziałby, że zaledwie wczoraj ryzykował życie, by nas ratować. Dotknęłam jego policzka, ale spał tak głęboko, że nawet nie zareagował. I tak znów zasnęłam.
Gdy przebudziłam się po raz kolejny, jego już nie było. Na jego miejscu, na poduszce leżała karteczka.
Jestem w kuchni
No tak. Poprzedniego dnia mówił mi, że Zennyo zadecydowała, że w ramach kary za niesubordynację, będzie pomagał przy przygotowywaniu posiłków.
Dlatego siedziałam teraz w samotności zastanawiając się, jak to wszystko będzie dalej wyglądało. Czy nadejdą spokojniejsze czasy... takie, jak wtedy, zanim Shiro dowiedział się, czym jest...
Usłyszałam kroi, przez co momentalnie powróciłam ze świata fantazji i rozmyślań, spinając się w jednej sekundzie, gotowa do ucieczki. Drzwi rozchyliły się lekko, a w nich stanął białowłosy chłopak z tacą w dłoniach.
- O, wstałaś już - ucieszył się i wszedł, zamykając za sobą - Przyniosłem dla ciebie śniadanie.
A ze mnie wylał się cały strach. Po prostu się rozpłakałam. A Shiro siedział i patrzył na mnie zdziwiony, nie rozumiejąc, co się stało. Ale postawił tacę na stoliku, podszedł i mnie przytulił. Łkałam, głupia, jakby umarła mi cała rodzina.
   Shiro przesiadywał u Kuro. Nie mogłam go za to winić, bo w końcu była dla niego jak siostra. Siedziałam przy oknie i patrzyłam, jak ją pielęgnuje. Mimo, że nie należało to do jego obowiązków, czesał ją, przebierał, czasem nawet mył. Poprawiał poduszkę, żeby było jej jak najwygodniej.
- Przestań głupku - burknęła którymś razem, wyraźnie zawstydzona tym, jak koło niej skacze - Nie musisz tego robić. To przecież zajęcie dla pielęgniarek i sanitariuszek.
On tylko pokręcił głową i kontynuował.
Teraz to widziałam. Dlaczego Eriel pozwolił Shiro żyć wśród innych, naturalnie zrodzonych kami. Jego serce było tak wielkie, że nie było możliwości, aby stanowił dla kogokolwiek choćby najmniejsze zagrożenie. Kochał.
Wszystko i wszystkich.
I to go uwarunkowała.
Osobę, którą kocham i ja.

piątek, 18 września 2015

XL - Night

   Patrzyłem z troską na nieprzytomną Kuro. Bardzo dużo wycierpiała, a na domiar złego, zaczynała gorączkować. Rin zdawała się nie zauważać tego, że mam pionowe źrenice.
- Chodźmy stąd - szepnąłem, biorąc w ramiona ranną dziewczynę, po czym wyszliśmy na korytarz na górze. A wtedy otworzyła oczy. Dotknęła mojej twarzy i uśmiechnęła się promiennie.
- Jesteś tu - powiedziała zachrypniętym głosem, a gdy na nią spojrzałem, wystraszyła się - Shiro, twoje oczy...
- Jest dobrze. Kontroluję to. Odpoczywaj.
Skinęła słabo głową i oparła ją o moją pierś.
Jakimś cudem niezauważeni wyszliśmy z gmachu. Na podwórzu, gdzie zgromadzona była duża ilość straży, szybko zmieniłem się w smoka i wziąłem obydwie uratowane na grzbiet.
W powietrzu byliśmy już bezpieczni, a ja skierowałem się ku szmaragdowemu pałacowi.
   Siedziałem przed Zannyo Ryuo. Była zła.
Nie dziwiłem się zbytnio - w końcu złamałem jej zakaz. Ale nie żałowałem. Uratowałem dwie najbliższe mi osoby.
Trwaliśmy tak w ciszy, ja wlepiając wzrok w podłogę, na której siedzieliśmy, a ona patrząc na mnie gniewnie, wręcz z wyrzutem.
- Naraziłeś się na ogromne niebezpieczeństwo, Shiro - zaczęła, prostując się, unosząc głowę i wypychając pierś do przodu - Gdyby Mesmer cię dorwał, wszystkie nasze starania poszłyby na marne, jesteś tego świadom?
- Tak, pani.
- Tylko tyle masz mi do powiedzenia?
- Pragnę tylko dodać, że nie zamierzałem pozwolić, aby z mojego powodu niewinne kami cierpiały. W tym osoba, która ma niemal tak wielką moc jak moja.
Bogini zerwała się na równe nogi i zaczęła krążyć po niewielkim pomieszczeniu, wyraźnie starając się zebrać myśli. Byłem świadom, że czeka mnie kara, ale nie bałem się tego. Zennyo przystanęła i spojrzała na mnie. Nie mogłem nic jednak wyczytać z jej oczu.
- Przez miesiąc będziesz pomagał w kuchni - powiedziała cicho, a ja czułem, że potraktowała mnie ulgowo.
- Proszę o taką karę, jaką uważasz za słuszną. Nie chcę żadnych forów, względów. Chcę być potraktowany tak, jak każdy inny ryu znajdujący się pod twoją jurysdykcją.
Na jej twarzy dostrzegłem zdziwienie, ale i aprobatę. W efekcie końcowym moją karę stanowiło pół roku w kuchni. Nie sprzeciwiałem się. Od zawsze to ja gotowałem, a kuchnia była moim zakątkiem.
Gdy moja wizyta u matki smoków dobiegła końca, skierowałem swe kroki w stronę ambulatorium, gdzie leżała ranna Kuro.
Umieszczona była na łóżku na samym końcu - żeby miała spokój i ciszę. Odsunąłem kotarę, która oddzielała ją od przejścia i sąsiedniego łóżka. Leżała sobie drzemiąc, z twarzą skierowaną w stronę okna po swojej prawej stronie. Wyglądała na strasznie bladą mimo, że przyzwyczaiłem się już do jej jasnej karnacji. Usiadłem na krześle obok i czuwałem przy niej. Nie musiała być przytomna, żebym czuł się dobrze w jej obecności. A zależało mi, by spędzić choć chwilę przy jej łóżku, aby czuła, że jestem obok.
Ująłem delikatnie jej dłoń i splotłem z nią palce. Nie wiem, czy zrobiła to świadomie, czy to był odruch, ale uścisnęła lekko moją dłoń, co wywołało uśmiech na mojej twarzy. Cieszyłem się, że zdążyłem ją uratować, nim Mesmer ją trwale okaleczył, a może i zabił.
Moje rozmyślania przerwało ciche mruknięcie. Obudziła się. Uśmiechnąłem się do niej szeroko, gdy spojrzała na mnie zaspana.
- Jesteś tu - powiedziała cicho - A już myślałam, że mi się tylko przyśniło.
- Nie, głuptasku - zaśmiałem się, odgarniając z oczu włosy, które były już na tyle długie, że zaczynały mi przeszkadzać - Jesteś tu. Ty i Rin. Wyrwałem was z łap Mesmera. Jesteście już bezpieczne.
Widziałem, że moje słowa przyniosły jej ulgę. Wyciągnęła do mnie ręce, jakby prosząc bym ją przytulił, a ja nie byłem w stanie odmówić. Przycupnąłem więc na skraju jej łóżka i przygarnąłem tę biedną, ranną dziewczynę do serca. Moją siostrę. Istotę podobną do mnie. Jedną z nielicznych przyjaznych mi osób w tych czasach.
- Pamiętam... - usłyszałem jej stłumiony głos - Że jak uciekaliśmy, miałeś oczy zjawy... Naprawdę to kontrolujesz?
Skinąłem głową. Nie wybaczyłbym sobie, gdybym w tym newralgicznym momencie pozwolił abym i ja stanowił dla nich zagrożenie.
- Zostanę, dopóki nie zaśniesz - obiecałem, układając się obok niej i tuląc do siebie - Masz moje słowo, siostrzyczko.
   Noc była piękna. Bezchmurne niebo obdarowywało chodzących po tej skorupie kami widokiem migoczących gwiazd, niekiedy przecinających nieboskłon gromady perseidów, zwanych spadającymi gwiazdami. Nie mogłem się powstrzymać. Wzleciałem ku nim, tańcząc wokół pojedynczych obłoków, ciesząc się chwilową wolnością od zmartwień. Ulgą, niesioną przez chłodny, nocny wiatr. Pragnąłem być tam zawsze. Gdy wylądowałem, znów usiadłem na głazie stojącym na środku ogrodu zen. Oparłem się z tyłu rękami i podziwiałem piękną noc. Panią najmroczniejszych kami i zjaw. Dom tych, którzy obawiają się światła słonecznego.
Kontemplowałem tak w ciszy i spokoju nieświadom tego, jak ciężkie czasy nadchodziły.
Obyśmy tylko to wszystko przetrwali.

czwartek, 17 września 2015

XXXIX - Fight!

   Obserwowałem ruchy stojącego przede mną starego kami. Mimo tak sędziwego wieku, poruszał się z ogromną gracją i oszczędnością. Był bardzo wymagającym przeciwnikiem.
Zasypywał mnie gradem ciosów, markując je, odwracając i wykorzystując odbicie miecza, by nadać pędu kolejnemu uderzeniu.
Nie mogłem przegrać.
Zacisnąłem mocniej palce na rękojeści zabranego któremuś strażnikowi miecza. Nie przegram. Mogę nawet uciec, ale nie przegram. Nie dam się znowu złapać temu idiocie.
Zerknąłem na skryte w kącie dwie dziewczyny.
Dwie najbliższe mi osoby, które przeze mnie już tyle wycierpiały. Nie poniosę tu klęski, bo muszę je stąd wyprowadzić. Gdziekolwiek. Wszędzie, byle nie tu...
Cofam się powoli, z wyciągniętym mieczem tak, że jestem tuż koło dziewczyn.
- Rin, jak dam ci znak, weź Kuro i biegnijcie na górę.
Była tak przerażona, że nawet się już ze mną nie wykłócała. Natarłem na Mesmera frontalnie tak, że musiał unieść miecz i zblokować. Siłowaliśmy się tak, sprawdzając, kto wytrzyma dłużej. A ja krzyknąłem do Rin, żeby uciekały. Gdy wykonała polecenie, ja mogłem skupić się już całkowicie na walce z moim przeciwnikiem.
- Co się stało? - zakpił, uśmiechając się nieprzyjemnie - Czyżbyś obawiał się, że z nimi u boku sobie nie poradzisz?
Pochyliłem głowę, ukrywając uśmiech. On tak bardzo nic nie rozumiał. Nie chodziło o to, że one ujmowały mi mocy. Po prostu nie chciałem, żeby widziały mnie podczas walki na serio.
W towarzystwie Zennyo Ryuo nauczyłem się, jak uwolnić cały swój potencjał. Całą tą siłę, którą podarował mi Eriel, gdy jeszcze tworzył moje ciało.
Spośród naszej dwójki, to ja byłem silniejszy fizycznie.
Jak na ironię, Kuro czerpała swą siłę z genomu ludzkiego. Ja - z elementu chaosu, co omal nie doprowadziło mnie do zguby.
Spojrzałem znów na mojego przeciwnika. Teraz widziałem jego strach. Zauważył.
Uśmiech rozświetlił moją twarz, a on dostał furii.
Skoro jestem synem Pana Cieni - myślałem - powinienem móc wykorzystać chociaż element jego mocy.
W korytarzu panował półmrok, co znacznie zwiększało moje szanse na przywołanie do siebie mroku, który niewątpliwie by mi się teraz przydał. Stanąłem znów w pozycji do ataku, przysuwając ostrze bliżej twarzy.
Czas to zakończyć.
Zrobiłem krok, drugi, trzeci... czas zwolnił, a Mesmer, który już zamierzał się do ciosu, ruszał się jak mucha w smole. Błyskawicznie znalazłem się za nim, szykując się do uderzenia. Ale on się obronił. Nie wiem, jak zdołał odczytać moje zamierzenia, skoro poruszałem się tak szybko?
Uśmiechnął się szeroko, a w jego oczach odczytać można było chciwość.
- Cieszę się, że opanowałeś swój element chaosu - powiedział, odtrącając na bok mój miecz i natarł - Dzięki temu łatwiej wykonasz swoje zadanie.
Warknąłem gniewnie i zacząłem uderzać z furią. Pozwoliłem, aby krew Devonanta zaczęła płynąć szybciej w moich żyłach, lecz nie pozwalałem, by przejęła nade mną kontrolę. Zadawałem cios za ciosem z prędkością większą, niż mrugnięcie oka, popychając swoje ciało do granic możliwości i wytrzymałości. Ale on wciąż jakimś cudem był w stanie odpierać moje ataki, a niekiedy je oddawać. Wiedział jednak, że nie ma sensu uderzać w osłonięte przez strój części ciała. Dlatego celował w twarz i szyję, a na mych policzkach było co raz więcej zadrapań od jego miecza. On sam nie wychodził z tej potyczki bez szwanku. Prawe oko zalewała krew, co dawało mi odrobinę przewagi.
Usłyszałem kroki. I krzyk.
W klatce schodowej prowadzącej z gmachu do lochów stanęła Adel.
Już miałem zadać Mesmerowi ostatni, śmiertelny cios.
Ale musiała.
Musiała wejść mi w drogę, ochronić tego dupka.
Przyjąć na siebie uderzenie.
Spojrzałem w jej brązowe, rozszerzone od bólu i zdziwienia oczy, które chwilę później stały się puste, niczym bezkres kosmosu.
Martwe.
Zabiłem...
Zabiłem Adel...
Usłyszałem wrzask Mesmera. Nie byłem pewien, dlaczego właściwie krzyknął, bo przecież to była tylko jego służąca.
Ale po jego policzkach pociekły łzy, chwycił martwą dziewczynę... i ją przytulił.
Nie rozumiałem, co tu się właściwie działo, ale nie miałem zamiaru teraz tego roztrząsać. Cała ta walka zajęła zbyt wiele czasu. Postanowiłem zostawić tutaj mojego największego wroga, dopóki był na tyle skołowany, że nie podąży moim śladem i dołączyć do moich przyjaciółek.

środa, 16 września 2015

XXXVIII - To The Rescue

   Musiałem działać najszybciej, jak się da. Nie wiadomo, co Mesmer wymyśli, jakie tortury wykorzysta, żeby dziewczyny mu powiedziały, gdzie się znajduję.
Spojrzałem na Ghose.
- Muszę odzyskać moje rzeczy - powiedziałem twardo, tonem nieznoszącym sprzeciwu. On jednak stwierdził, że będzie miał dla mnie coś lepszego. Poprowadził mnie do pomieszczenia, które już znałem.
- Miałem kiedyś znajomego ryu. Był w twoim wieku - zaczął snuć swoją opowieść, przekopując rzeczy w jednym z kufrów ustawionych pod ścianą - Niestety biedaka już nie ma z nami, ale dał mi swój osprzęt. Kazał go przekazać godnemu smokowi. Uważam, że właśnie takiego spotkałem.
Wyciągnął czarny strój przypominający kombinezon na motor. Cały czarny, skórzany. Na plecach, wzdłuż kręgosłupa poprzyszywane były metalowe płytki. Ochraniacze na ramionach i łokciach, mocne, ale nie ograniczające ruchów rękawiczki. Oprócz tego wręczył mi szkatułkę z mahoniu. To co w niej zobaczyłem, spowodowało, że zabiło mi mocniej serce. Pełna była medalionów przystosowanych specjalnie dla ryu.
- Nie mogę tego przyjąć, Ghose - speszyłem się, a on niemal siłą przycisnął do mnie trzymaną przeze mnie szkatułkę dając znać, że nie zgadza się, bym mu to oddał. Westchnąłem i poszedłem się przebrać.
   Przekradałem się korytarzami w stronę wejścia do lochów, bo byłem przekonany, że to tam ten dupek trzymał Rin i Kuro. Pech chciał, że wejścia pilnowali strażnicy.
Heh, to by było na tyle z elementu zaskoczenia.
Wyszedłem przed nich. Ci od razu się spięli i wyciągnęli na mnie miecze.
Szybki skok i już jestem między nimi. Jednego uderzam w potylicę, ogłuszając, drugiemu wyrywam miecz i przytykając mu go do gardła żądam, by otworzył mi drzwi do lochów. On pośpiesznie wyciąga klucze zza pazuchy i otwiera. Podziękowałem mu, a potem tępą częścią ostrza uderzam go w bok szyi. Nie za mocno, żeby nie zrobić mu zbyt dużej krzywdy, ale wystarczająco, żeby stracił przytomność. Rzuciłem obok niego to niewygodne żelastwo, które nazywał mieczem i zbiegłem po schodach, przeskakując co trzeci, czwarty stopień. A potem już po cichutku skradałem się do kolejnych straży.
Pierwszego z brzegu złapałem od tyłu i zaciągnąłem go na bok. Jak się okazało, był to mój dobry przyjaciel. Miałem tylko nadzieję, że nie odwaliło mu tak, jak Adel...
- Sh...shiro...! - jęknął, a ja zatkałem mu usta, bo obok przechodził jeden z jego kolegów po fachu - Nie możesz tu być! Mesmer cię szuka...!
- Wiem to, ale zabrał Kuro i Rin. Muszę je uwolnić. Nie wiem, co może im zrobić, byle wyciągnąć informacje o mnie.
Skinął głową.
On pozostał wierny przyjaciołom. Chociaż tyle.
Widać nie każdemu zależy na zajmowanym stanowisku. Chociaż on mógł to przypłacić nawet życiem. Gdy spytałem czy wie, gdzie są dziewczyny, on pokiwał głową i poinstruował mnie, jak tam dotrzeć. Podziękowałem mu i pognałem czym prędzej we wskazaną stronę.
Wkrótce usłyszałem krzyki. Od razu poznałem głos należący do Kuro.
Zawładnął mną gniew. Wparowałem w swej smoczej postaci do celi, z której dobiegały te odgłosy bólu i zacisnąłem z całej siły szczęki na gościu, który bił moją leżącą na ziemi siostrę. Cisnąłem nim o przeciwległą ścianę i przyjąłem swą ludzką postać. Podbiegłem do niej i podłożyłem rękę pod jej głowę.
- Jestem tu, siostrzyczko - szepnąłem, uśmiechając się do niej - Już ci nic nie zrobią.
Odwzajemniła słabo uśmiech i straciła przytomność. W sąsiedniej celi zamknięta była Rin. Ułożyłem delikatnie Kuro tak, aby w razie czego się nie udusiła, a potem poszedłem uwolnić przyjaciółkę.
Ręce miała przykute łańcuchami do ściany, uniesione nad głowę, która zwisała tak, jakby dziewczyna wpatrywała się w podłogę.
- Rin..?
Uniosła wzrok, a gdy uświadomiła sobie, że jestem tu na prawdę, po jej policzkach pociekły łzy ulgi. Rozkułem ją najprędzej jak mogłem, a gdy tylko była wolna, rzuciła mi się na szyję i rozszlochała.
- Musimy się stąd zbierać, Rin - szepnąłem - Trzeba zabrać Kuro... Nie jest z nią najlepiej...
Skinęła głową i wzięła się w garść, na co uśmiechnąłem się z dumą. Dzielna dziewczyna.
Wyjrzałem na korytarz upewniając się, czy nikt nie idzie i przekradłem się szybko z powrotem do Kuro. Wziąłem ją na ręce i oparłszy sobie jej głowę o pierś, dałem znać Rin, że ruszamy. Miałem tylko nadzieję, że nie spotkamy już żadnych strażników...
Biegniemy co sił w nogach, a ja czuję dreszcze przechodzące mi po plecach.
Mam złe przeczucia.
Obejrzałem się na biegnącą za mną dziewczynę. Była zmęczona, ale trzymała się bardzo dzielnie.
Już widziałem drzwi do gabinetu Ghose, który obiecał zająć się rannymi.
I widzę jego.
Szkarłatnookiego kami. Chciwego jak nikt inny.
Mesmer.
Zatrzymuję się.
- Rin, weź Kuro i biegnij do Ghose najszybciej, jak tylko dasz radę.
- Nie - załkała.
- Powiedziałem, Rin! Weź ją! Nie dam rady z nim walczyć, jeśli będziecie nadal w niebezpieczeństwie. Błagam cię.
Po jej policzkach ciekną łzy, ale kiwa głową i przejmuje ode mnie nieprzytomną dziewczynę. A ja staję naprzeciw złotego kami. Mierzymy się wzrokiem próbując odczytać, co zrobi przeciwnik.
Cofam lekko nogę w tył, żeby w razie czego móc zrobić szybki unik.
- Cieszę się, że wpadłeś, Shiro - uśmiechnął się szeroko, a mnie zalewała krew - Miło, że postanowiłeś jednak do mnie wrócić.
- Nie jestem jakimś cholernym pudelkiem, żeby przybiegać do twojej nogi na każde gwizdnięcie.
- A jednak to zrobiłeś.
- Nie. Ja po prostu przyszedłem po moje przyjaciółki, które uprowadziłeś.
Wyszczerzył szeroko zęby i wyciągnął swój miecz. Piękny, prosty, o złoconej rękojeści.
No tak.
Złoty kami musi mieć złoty miecz. Jakże oryginalnie.
- Chcesz się bić? - warknąłem - Dobrze. Dostaniesz to, czego chcesz.

XXXVII - This Is War

Pisane oczami Shiro

   Noc była koszmarna. Naprawdę.
Nie dość, że wszystko mnie bolało, to jeszcze nie mogłem położyć się na lewym boku, na którym zwykłem był spać. A wszystko przez tę cholerną złamaną rękę.
Pewnie nie przespałbym nawet godziny, gdyby nie Kuro. Przyszła do mnie w nocy, położyła się ze mną i tak spaliśmy. Razem.
Byłem o niebo spokojniejszy, gdy była obok.
Rin tak samo, ale z nią dzieli mnie trochę inny rodzaj relacji.
No właśnie. Jaki?
Nie do końca byłem pewien tego, co do niej czuję. Wiedziałem, że to miłość, ale nie byłem pewien, jakiego rodzaju. Czy to braterskie uczucie, takie, jakim darzę Kuro, czy już coś większego? Przewróciłem się na drugi bok i spojrzałem na uśniętą dziewczynę. Jak zwykle na noc, związywała swoje długie włosy w warkocz, albo koński ogon. Było jej tak bardzo ładnie.
Westchnąłem i wstałem, przeciągając się. Oczywiście zapomniałem o poobijanych bokach i plecach, więc nie obyło się bez syknięcia z bólu.
Kuro usiadła na łóżku i ziewnęła przeciągle, czym mnie rozbroiła. Wyglądała teraz tak niewinnie, że nikt by nie pomyślał, jaką tak naprawdę jest buntowniczką.
- Jak się spało? - uśmiechnąłem się do niej, na co ona pokiwała głową i odwzajemniła uśmiech. Zdjąłem rękę z temblaka, żeby móc normalnie się ubrać. Cały czas czułem na sobie jej spojrzenie.
- Shirooo? - ziewnęła, a ja spojrzałem na nią. W przeciwieństwie do większości mężczyzn, miałem nawyk utrzymywania kontaktu wzrokowego z osobą, z którą akurat rozmawiam - A gdzie jest twoja pieczęć? Bo nigdy jej nie widziałam.
Zdziwiłem się, bo byłem pewien, że Kuro miała okazję, i to nie jedną, żeby widzieć mnie bez koszulki. Uśmiechnąłem się i zdjąłem T-shirt, w którym spałem i odwróciłem się przodem do niej, pokazując ulokowaną na lewej piersi pieczęć. Wstała, podeszła i zaczęła się przyglądać, mrucząc coś pod nosem, po czym stwierdziła, że ma bardzo podobny wzór. Musiałem przyznać jej rację. Wiele razy widziałem jej symbol, który w jej przypadku znajdował się na mostku.
Otworzyłem drzwi od szafy, wyciągnąłem koszulkę i zacząłem się ubierać, ciągle czując na plecach wzrok Kuro.
- O co chodzi? - spytałem, spoglądając znów na nią. Jej twarz wyrażała niepokój - Coś się stało?
- Mam złe przeczucia... Mesmer znowu coś kombinuje.
Skinąłem głową. To to ja wiedziałem... a gdy chciałem je chronić, wszystko poszło nie tak, jak powinno. Podszedłem do niej i ją przytuliłem obiecując, że nie pozwolę ich skrzywdzić.
   Musiałem ćwiczyć, jeśli chciałem mieć jakiekolwiek szanse w ewentualnej potyczce z Mesmerem, a przynajmniej z jego poplecznikami. Co z tego, że bolało? Myślę, że ból mi nawet pomagał, hartował moje ciało i umysł, przyzwyczajając do siebie.
Po upływie kilku dni mogłem już zdjąć gips z lewego przedramienia. Oto dowiedzieliśmy się o kolejnej zalecie bycia hybrydą - rany, a przynajmniej złamania, goiły się szybciej. 
Któregoś dnia Zennyo przyprowadziła do nas Eriela. Niezbyt wiedziałem, jak mam się wobec niego zachować. W końcu podczas naszego ostatniego spotkania, omal go nie zabiłem.
On jednak sprawiał wrażenie, jakby nie pamiętał tego zajścia.
Siedzieliśmy więc w piątkę, Eriel, Kuro, Rin, Zannyo i ja, i rozmawialiśmy na temat tego, jak wygląda sytuacja w mieście. W końcu nie wychodziliśmy poza mury szmaragdowego pałacu. Zwłaszcza ja.
- Mesmer chyba oszalał na twoim punkcie - zwrócił się do mnie staruszek - Wystosował za tobą list gończy, z niemałą nagrodą. Przy każdej bramie przy starym mieście ustawione są punkty kontrolne, tak samo przy wylotówkach z Trironu. Godzina policyjna, patrole na ulicach... jak podczas okupacji. Ale mam zaufaną grupkę kami, która w razie czego będzie ci służyła schronieniem i pomocą. Więc jeśli chciałbyś opuścić szmaragdowy pałac, to wiedz, że masz się gdzie udać.
- Czy ta oferta obejmuje również Kuro i Rin? - spytałem cicho, nie patrząc na dwie siedzące obok mnie dziewczyny, które już nabierały powietrza, żeby mnie zrugać - Boję się, że Mesmerowi nie zajmie wiele czasu odnalezienie mnie tutaj. Zwłaszcza, że jego łowcy już raz mnie tu złapali. Co jak co, ale nie mam zamiaru ryzykować, że którejś z nich coś się stanie z mojego powodu. Nie wybaczyłbym sobie. Jestem pewien, że nasz kochany przewodniczący zdaje sobie z tego sprawę i nie wątpię, aby był w stanie je wykorzystać, by mnie wyciągnąć stąd siłą.
Zannyo i Eriel przyznali mi rację, ale moje przyjaciółki nie zamierzały tego zrobić. Upierały się, że przyrzekły mnie chronić, być przy mnie. To bardzo szlachetne z ich strony, ale nie rozumiały, w jak wielkim niebezpieczeństwie mogły się znaleźć z tego powodu. Poprosiłem Eriela, żeby upewił się, że dziewczyny mogą zatrzymać się u któregoś z jego znajomych. Obydwoje stwierdziliśmy, że Ghose będzie najlepszy. Staruszek mieszkał w Radzie Bogów, a jak powszechnie wiadomo, najciemniej zawsze pod latarnią. Mesmer przecież nie przeszuka kwater swoich sług, bo nie przyjdzie mu do głowy, żeby tam szukać.
Usiadłem sobie wygodnie na deptaku okalającym ogród zen, napawając się ostatnimi promieniami słońca przed zimą. Muszę jednak przyznać, że od kiedy stałem się ryu, polubiłem pochmurną pogodę, deszcz... ogólnie chłód i wilgoć.
Zamknąłem oczy i zacząłem się powoli wyciszać, uspokajać. Potrzebowałem tego, bo w ostatnich dniach moje nerwy były w strzępach. Od wizyty Eriela minęły dwa dni, a wciąż nie dostaliśmy wiadomości, czy uda się ukryć dziewczyny poza szmaragdowym pałacem.
Rozchyliłem powieki, słysząc kroki.
Rin przysiadła się obok mnie, spuszczając nogi z podwyższenia, na którym znajdował się deptak.
- Jesteś na mnie zła? - spytałem, przyglądając się jej twarzy, starając się cokolwiek odczytać z jej oczu i mimiki. Nie odzywała się do mnie od kiedy staruszek wyszedł. Byłem świadom, że jest rozgoryczona i rozżalona. W końcu wraz z Kuro chciały mi towarzyszyć.
- A jak myślisz? - burknęła - Myślałam, że ustaliliśmy, że zostajemy z tobą. A ty wyskakujesz z czymś takim! Jak mogłeś, nie pytając nas o zdanie?
- Mogłem, bo doskonale je znałem. Rin, nie było cię wtedy z nami, w lesie, gdy ścigało nas pół miasta. Gdy przyszedł ten pieprzony kleryk, od razu rzucając mantrami uśmiercającymi. A ja nie mogłem nic zrobić! Nie mogłem stanąć między nim i Kuro, żeby w razie czego ją ochronić! Wiesz, jak się czułem? Jak okropna była ta bezsilność? Nie chcę się czuć tak nigdy więcej. Nie zamierzam dopuścić do sytuacji, w której tobie albo jej coś grozi tylko dlatego, że szurnięty kami na mnie poluje! - odetchnąłem głęboko, próbując ponownie odzyskać spokój - Spróbuj mnie zrozumieć, Rin... Nie wiem, co bym ze sobą robił, gdybym stracił którąś z was.
Spojrzałem na nią błagalnie, próbując wyczytać z tych zielonych, bezkresnych oczu, o czym myśli. Jaką decyzję podejmie? Czy wysłucha moich argumentów?
Westchnęła szepcząc, że nie da się ze mną wygrać na argumenty, po czym zgodziła się pójść z Erielem.
A mi spadł kamień z serca. Ogromny i ciężki. A dzięki tym kilku słowom odzyskałem spokój, którego tak szukałem.
   Trzy dni temu były przewodniczący Rady Bogów zabrał ze sobą Rin i Kuro. Przygotowania zajęły mu tak dużo czasu, ponieważ chciał się upewnić, że nikt nie znajdzie ich kryjówki.
Dziewczyny obiecały, że będą się ze mną kontaktować. Mimo to, od kiedy odeszły ze szmaragdowego pałacu, nie miałem od nich żadnych wieści. Martwiłem się.
Ruszyłem żwawym krokiem ku gabinetowi Zennyo Ryuo. Zapukałem do drzwi i wszedłem, gdy usłyszałem zaproszenie.
- Pani, przychodzę do ciebie z prośbą o zezwolenie na wyjście - powiedziałem twardo, kłaniając się jej. Usłyszałem, jak gwałtownie wciąga powietrze.
- Odmawiam - szepnęła - Nie po to obmyślaliśmy, jak cię ukryć, byś teraz od tak wyszedł na ulicę i dał się złapać pierwszemu lepszemu patrolowi!
- Obawiam się o moich przyjaciół, matko! Spróbuj to zrozumieć.
Jej oczy o barwie rzeki patrzyły twardo, nieustępliwie. Nie zgodzi się. Wiedziałem to.
- Powiedziałam już swoje zdanie, Shiro. Nie zmienię go.
Po czym mnie odprawiła. Od tak.
Czyżby wysokie bóstwa nie były w stanie pojąć czegoś tak fundamentalnego, jak miłość? A może nie potrafią kochać, tylko miłować?
Ukłoniłem się i wyszedłem. Czyli będę musiał się wymknąć. Nie chciałem tego robić, pragnąłem wyjść poza mury szmaragdowego pałacu za pozwoleniem Zannyo, ale skoro tak...
Zapadła noc. Bezksiężycowa.
Idealnie.
Wiedziałem, że nieopodal głównego wejścia do domu smoków, znajdowało się wejście do kanałów, łączące się z łaźniami w Radzie Bogów. Wślizgnąłem się przez nie w swojej mniejszej smoczej wersji i najszybciej jak mogłem przedostałem się do gmachu.
Już po raz kolejny cieszyłem się, że nauczyłem się na pamięć planów budynku, bo dzięki temu, bez przeszkód mogłem przekraść się do gabinetu Ghose, wykorzystując wentylację.
Staruszek siedział w fotelu, przy kominku, w którym wesoło buzował ogień. Wyglądał na strapionego. Siedział zgarbiony, co jakiś czas poprawiając zsuwający się z nosa okular. Wspiąłem się na oparcie fotela, uprzednio rozglądając się przez szparę w drzwiach, czy korytarzem nikt nie zmierza na spotkanie się z przedstawicielem niższych kami.
- Witaj, Ghose - przywitałem się, przyjmując swoją ludzką postać. Staruszek podskoczył na fotelu i obejrzał się na mnie.
- Och, Shiro, jak dobrze, że jesteś. Eriel przyszedł do mnie w zeszłym tygodniu. Miał przyprowadzić dziewczynki, ale potem już się z nim nie widziałem. Masz od niego jakieś wieści?
Czułem, jak robię się biały, niczym ściana. Zakręciło mi się w głowie, zaszumiało w uszach. Przecież Eriel po nie przyszedł... zabrał je, miał odprowadzić.
Ale jak się okazało, nie dotarli.
Czyli ten dupek ich przechwycił. Albo ten kami, który przyszedł do nas trzy dni temu, nie był naszym staruszkiem.
Poczułem, jak zalewa mnie gniew.
Tak się bawisz, przewodniczący Rady Bogów?
Dobrze.
W takim razie będziesz miał wojnę, której tak bardzo chcesz.

wtorek, 15 września 2015

XXXVI - Healing Your Wounds

Pisane oczami Kuro

   Szłam niepewnie przez ten wydrążony w ziemi tunel. Widziałam, że Shiro już nie wytrzymywał, więc przyspieszyłam kroku. Wyszliśmy w jakimś zaułku, w części miasta, której nie kojarzyłam. Ujrzałam jednak Wieżę Acila, która stanowiła charakterystyczny punkt miasta. Teraz już wiedziałam, gdzie jestem.
Spojrzałam na leżącego w szklanym pudełku smoka. Nie zauważyłam, że stracił przytomność. Czyżby aż tak się poobijał...?
Ruszyłam w stronę centrum miasta, bo z tego co wywnioskowałam, znajdowaliśmy się na obrzeżach Trironu. Biegłam ulicami, a gdy zobaczyłam jakiś patrol, umykałam w zaułki.
- Jeszcze chwila, Shiro - szeptałam - Zaraz będziemy na miejscu...
Spojrzałam na leżące smoczę. Był tak bezbronny... nie mogłam zawieść! Nie mogłam pozwolić, żeby ten starzec pozbawiony skrupułów znów położył na nim swoje łapska.
   Udało się. Dotarliśmy do szmaragdowego pałacu, w którym byliśmy bezpieczni. Dwóch rosłych mężczyzn zaprowadziło mnie do Zannyo Ryuo. Białowłosa bogini podbiegła do nas i ujęła w dłonie zamknięte pudełko. Wyszeptała parę słów i bez problemów otworzyła wieczko klatki.
- Jesteś wolny, mój mały - powiedziała, wyciągając delikatnie nieprzytomnego smoczka - Hachibi, przynieś proszę jedzenie, wodę i apteczkę.
Ryu o dwóch różnych oczach skrzywił się, ale ukłonił się i odszedł, by wykonać jej polecenie. Nie miałam odwagi, by podejść i chociaż dotknąć Shiro... ale chyba matka smoków zrozumiała moje intencje i to, jak bardzo się o niego martwiłam, bo mi go podała. Nakazała mi pilnowanie rannego, dopóki Hachibi nie wróci.
W tym czasie posłała po Rin.
A ja trzymałam tego bezwładnego malucha, starając się go obudzić, spowodować by dał mi jakikolwiek znak, że mnie słyszy. Cokolwiek.
Zannyo położyła mi dłoń na ramieniu.
- Nie wierzę, aby Mesmer nie założył również zaklęcia osłabiającego - powiedziała, przesuwając palcem po łebku, między rogami - Shiro nie doszedł jeszcze do siebie po przywracaniu wspomnień, więc daj mu trochę czasu.
Pokiwałam głową i zaczęłam głaskać delikatnie jego poobijany grzbiet. Chwilę potem wszedł Hachibi w towarzystwie wystraszonej Rin, która od razu zaczęła wypytywać, co takiego się wydarzyło, że plan nie wypalił. W czasie gdy opowiadałam, Zennyo opatrywała Shiro. Oprócz paru sińców miał złamaną przednią lewą łapę. Ale go nie dostali.
   Przed zachodem słońca Shiro przyjął ludzką postać. Odpoczywał już w swoim pokoju w szmaragdowym pałacu, leżąc na wygodnym futonie, okryty kocem.
Ale widać było, że mu źle. Wiercił się ciągle, nie mógł zasnąć.
Usiadłam na swoim posłaniu i obserwowałam go, jak biedny zmaga się ze znalezieniem odpowiedniej pozycji do spania.
- Bardzo cie boli? - szepnęłam siadając obok niego.
- No trochę...
Podniósł się, krzywiąc lekko i kładąc rękę na lewym boku.
- Następnym razem, jak będę chciał zrobić taki numer z rzuceniem się razem z klatką, to wybij mi to z głowy, dobrze? - zaśmiał się cicho, a ja tylko go przytuliłam. Położyłam się razem z nim tak, że głowę miał na mojej piersi. Głaskałam go delikatnie po głowie, ciągle do niego mówiąc, będąc pewną, że cały czas mnie słyszy.
- Potem pójdziemy razem do tej cukierni, o której mi opowiadałeś, hmm?
Ale już nie odpowiedział. Usnął, zmęczony wydarzeniami z poprzedniego dnia i osłabiony czarami Mesmera.
- Odpoczywaj, braciszku - szepnęłam, całując go w czoło.

XXXV - Escape

   Kuro siedziała tuż obok mnie. Tak blisko, że spokojnie mogłem dojrzeć strach w jej oczach. Co jakiś czas znów próbowała otworzyć więżącą mnie klatkę, ale bezskutecznie. Po którejś już próbie zaczęła płakać.
- Co ja mam robić, Shiro? Wszędzie słychać tych cholernych strażników Mesmera... Nie mam możliwości, by bezpiecznie cię przenieść do szmaragdowego pałacu... Wiem, że Rin miała cię zabrać... ale sam widziałeś, jak to wyglądało. Nie miałam czasu. Ale na pewno nas znajdzie. Na pewno. W końcu to Rin...
Skinąłem głową i oparłem się przednimi łapkami o szklaną ścianę, a Kuro położyła dłoń na ich wysokości.
Ale miała rację. Wszędzie wokół chodzili wysłannicy przewodniczącego Rady Bogów, niewątpliwie nas szukając.
Nie mogłem powstrzymać chichotu na myśl o tym, że mimo faktu, że jestem uwięziony i tak znów zostałem wyrwany z jego łap. Jaka szkoda.
Z zarośli wyłonił się rosły mężczyzna o roztrzepanych włosach w kolorze zgniły blond. Na szyi miał jeden z talizmanów charakteryzujących wojowników walczących jedynie za pomocą sutr, modlitw i zaklęć. Kuro niemal natychmiast poderwała się, porywając w ramiona klatkę i zaczęła się cofać.
- Ochronię cię... - szepnęła, ale czułem, jak jej ramiona trzęsą się ze strachu. Mężczyzna zbliżał się do nas z szerokim uśmiechem, który ani trochę mi się nie podobał.
Uniósł prawą dłoń, na której miał pieczęć kami i zaczął inkantować słowa, które tak dobrze znałem i z których sam często korzystałem.
Sutra Umarłych.
Jedna z siedmiu śmiertelnych sutr, na tyle potężnych, że zabija w jednym momencie, nie pozostawiając na ciele ani śladu...
- Wiej, Kuro! - jak na komendę, dziewczyna zerwała się do biegu. Ale nie mogła rozwinąć pełnej prędkości przez trzymaną w rękach klatkę. Musiałem coś wymyślić, inaczej ten drań ją zabije...! Wiedziałem, że nie ma sensu jej przekonywać, by mnie zostawiła, bo tego nie zrobi. Bezsensowna strata czasu.
Przycisnąłem się więc do jednej ze ścianek pudełka i z największą siłą, jaką udało mi się tu osiągnąć, uderzyłem w przeciwległą szybę, równocześnie wytrącając dziewczynie moje więzienie z rąk. Nie zdążyła złapać.
Klatka spadła na korzenie drzew, przeturlała się kilka razy, przez co boleśnie poobijałem się o ściany. Piszczało mi w uszach, nie mogłem poruszyć jedną z przednich łap. Nie było to mądre posunięcie... ale miałem nadzieję, że Kuro nie będzie na tyle głupia, żeby się zatrzymać i po mnie wrócić...
Była.
Chwyciła znów klatkę i zaczęła uciekać.
- Zostaw! - krzyknąłem, ale nie reagowała - Chcą mnie, przez co jesteś w niebezpieczeństwie! Zostaw klatkę, głupia!
- Nie.
Nie powiedziała tego głośno, nie warknęła... ale słyszałem w jej głosie pewność siebie i moc, z którą nie byłem w stanie walczyć.
Ona już podjęła decyzję. Co z tego, że mogła przez to stracić życie?
   Udało nam się uciec. Nie mam pojęcia, jakim cudem.
Wiedziałem tyko, że znacznie oddaliliśmy się od miasta, co miało zarówno pozytywy, jak i negatywy. Bo z jednej strony zgubiliśmy pościg, ale znaleźliśmy się przez to daleko od sprzymierzeńców i wsparcia.
Łapa bolała. Najpewniej była złamana, ale nie tym trzeba było się teraz przejmować. Kuro siedziała pod drzewem i dyszała. Była na mnie zła, ale w sumie jej się nie dziwiłem. Gdyby była na moim miejscu i coś takiego zrobiła, też bym się na nią gniewał.
- Co robimy...? - spytałem, podpełzając do ściany, która była bliżej niej.
- Nie wiem... - szepnęła - Musimy obejść pościg i jakoś dostać się do szmaragdowego pałacu... Albo spotkać się z Rin. A ty na razie odpocznij.
Skinąłem głową i zwinąłem się w kłębek, opierając łeb o zdrową łapę i ogon. Patrzyłem na Kuro. Była bardzo dzielna choć wiedziałem, że się bała.
W międzyczasie zapadła noc. Kolejna. Cały dzień uciekaliśmy. I zaczął doskwierać nam głód. Musieliśmy czym prędzej znaleźć się w Triron... Odnaleźć Zennyo albo Amaterasu, co nie było łatwym zadaniem.
Ale przyszedł mi do głowy pomysł.
W trakcie pierwszej wojny z amaterasu, zjawy wykopały tunele dookoła miasta, które łączyły się z kanałami. Jeżeli moja orientacja w terenie nie zawiodła, powinniśmy być blisko jednego z wejść do takiego tunelu.
Podzieliłem się przemyśleniami z moją siostrą, która od razu skierowała się we wskazany przeze mnie kierunek. Tak jak myślałem, znaleźliśmy zrujnowaną chatynkę, która służyła za przykrywkę dla tunelu.
Weszliśmy do środka. Pełnego pajęczyn, robali, grzybów i pleśni.
Zaprawdę, ohydne miejsce.
- Gdzieś tu powinna być klapa w podłodze - szepnąłem czując, jak opuszczają mnie powoli siły. Moje ciało domagało się jedzenia. Ale nawet, jeśli by udało się coś dla mnie znaleźć, nie miałbym jak tego zjeść. W końcu byłem uwięziony.
Byłem świadom, że Kuro widziała, jak jestem wyczerpany. Dlatego zaczęła się tak spieszyć. Odnalazła klapę i uniosła ją, otwierając zatęchły tunel. A potem weszliśmy.
Zastanawiałem się, jak długo zajęło zjawom wybudowanie tego przejścia - wysokie na metr osiemdziesiąt, szerokie na metr... A co parę metrów drewniane wsporniki. Naprawdę porządna robota.
Udało nam się wyjść, ale obydwoje nie byliśmy do końca pewni, w którym miejscu miasta. A ja już nie miałem sił.

poniedziałek, 14 września 2015

XXXIV - Caught Again

   Rozgwierzdżone niebo wisiało nade mną, niczym kat nad grzeszną duszą. Wpatrywałem się w jeden z jaśniejących na nim punktów, błyszczących lekko zielonkawym kolorem.
Przeniosłem wzrok na bramę wyjściową z prywatnego ogrodu zen Zennyo i już wiedziałem, kto tam jest.
- Nadchodzą - szepnąłem do siebie i zmieniłem się w smoka w wersji mini. Miałem do wyboru trzy działania - stanąć naprzeciw nim i ich zaatakować, pognać do matki smoków i jej zameldować o włamaniu obcych, bądź uciec, ściągając na siebie pościg łowców.
Nie chciałem narażać pozostałych mieszkańców szmaragdowego pałacu, więc wybrałem ostatnią możliwość. Przemknąłem pod bramą pilnując, by sługusy Mesmera mnie zauważyły, po czym uciekłem w stronę błoni miasta, nad rzekę Kohaku. Nie przewidziałem jednego.
Klatki.
Mimo moich niewielkich rozmiarów, udało im się zatrzasnąć mnie w tym cholernym pudełku... Oczywiście starałem się uwolnić, uderzając od ściany do ściany, ale nic to nie dało. Najstarszy, jak mi się wydawało, będący chyba również dowódcą tej zgrai liczącej pięciu osobników, uniósł szklaną klatkę na wysokość oczu i uśmiechnął się szkaradnie, ukazując spiłowane w trójkąty zęby, typowe dla polimorfów.
- Nie uwolnisz się, smoku - odezwał się zachrypniętym głosem - Nasz pan zadbał, by ta cela była dla ciebie nie do zniszczenia. Możesz drapać, obijać się, jeśli potrafisz, nawet ziać ogniem. Ale to na nic. Strzegące ją zaklęcia są tak silne, że energia żadnego z kami niższych od niego, nie da rady ich złamać.
Wyszczerzyłem zęby i zawarczałem na niego najgłośniej i najgroźniej jak mogłem, czym najwyraźniej bardzo ich rozśmieszyłem, bo chichotali jeszcze pod bramami gmachu Rady Bogów.
Zostałem wniesiony do gabinetu Mesmera niczym jakieś trofeum, a moją klatkę postawiono na jego biurku.
- Spisaliście się, łowcy - ucieszył się złoty kami - Nikt przed wami nie dał rady złapać tego zbiega.
Patrzyłem mu w oczy bez lęku. Chciałem by widział, że się go nie boję. Jest dla mnie nikim.
Gdy łowcy już wyszli, przewodniczący Rady Bogów rozsiadł się na swoim miejscu i patrzył na mnie z dziką satysfakcją jakby sam mnie złapał. Adel, siedząca nieopodal, wpatrywała się we mnie, jakby zauważyła ducha. Tylko ona mogła mi pomóc.
Pytanie, czy będzie gotowa poświęcić swój status...
- No i zobacz, Shiro - odezwał się Mesmer, a w jego głosie pobrzmiewa duma - Na co ci było to uciekanie? Teraz będziesz miał przez to tylko problemy. A mogłeś ładnie i grzecznie ze mną współpracować.
- I co, jak posłuszny psiak wykonywać brudną robotę?
Zdenerwowałem go tym. Uderzył z całej siły w szklane pudełko, w którym byłem zamknięty, a wstrząs, który przeszedł po ścianach sprawił, że zadźwięczało mi w uszach. Potrząsnąłem głową, by pozbyć się resztek oszołomienia, a na twarzy złotego kami zauważyłem radość, że sprawił mi ból. Potem po prostu sobie poszedł.
Spojrzałem na Adel, która udawała całkowicie pochłoniętą swoją pracą. Nie byłem pewien, czy kojarzyła, że ja to ja.
- Adel - zawołałem ją, a ona podskoczyła jak oparzona. Na jej twarzy zauważyłem zdziwienie, jakby nie rozumiała, skąd znam jej imię. - Wiesz, kim jestem? - pokręciła głową, ale po jej oczach widziałem, że coś może kojarzyć. Ale zanim zdołałem powiedzieć kolejne zdanie, ona z powrotem zagłębiła się w papierach Mesmera.
Westchnąłem i zwinąłem się w kłębek bo widziałem, że nic więcej teraz nie zdziałam.
   W środku nocy obudził mnie szmer. Uniosłem głowę i spojrzałem w stroję okna, gdzie zdawało mi się, że było źródło dźwięku.
Na zewnątrz zauważyłem ciemny kształt, który siłował się z zamkiem okna. Gdy się dostała, dostrzegłem oczy, które wszędzie bym poznał.
- Kuro! - ucieszyłem się, a dziewczyna przytknęła palec do ust.
- Zabiorę cię stąd - wyszeptała, biorąc pudełko - Na zewnątrz jest Rin, ona cię zabierze do Zannyo Ryuo.
Skinąłem głową, a ona podeszła do okna.
- Uważaj!
W stronę dziewczyny poleciała igła. Gdybym jej nie ostrzegł, niechybnie zostałaby trafiona, może nawet zabita, bo cios wybitnie był wyprowadzony na wysokości krtani.
Myślałem, że to będzie któryś ze strażników... ale nie. W drzwiach stała Adel, mierząc w Kuro kolejną igłą.
- Odłóż klatkę - wyszeptała, a jej głos drżał. Walczyła ze sobą. Z jednej strony świadomość, że jeśli dopuści do zabrania mnie, straci zaufanie Mesmera, a tym samym spowije się hańbą. Z drugiej wierność do istot swojego pokroju, należących do niższych stanem...
- Adel, nie wiem, czy jesteś świadoma tego, co robisz - zaczęła moja siostra - ale jeśli nie zabierzemy go stąd, twój szef wykorzysta go jako broń, narażając jego życie tylko po to, żeby upodobać się Amaterasu. Należysz do niższych kami... czy pozycja jest dla ciebie wszystkim? Zapomniałaś o solidarności z innymi istotami ze swojej kasty? Czy dla statusu społecznego jesteś w stanie poświęcić przyjaciela?!
- Nie znam tego kami... - szepnęła, choć widziałem, że nie jest pewna tego, co mówi. Gdybym tylko mógł się uwolnić i przyjąć ludzką postać... jestem pewien, że wtedy zrozumiałaby powagę sytuacji...
Kuro warknęła i nie wypowiadając już żadnego słowa, wyskoczyła ze mną pod pachą przez okno. Adel wypuściła salwę igieł w naszą stronę, ale byliśmy już daleko.
Nie mam pojęcia, kiedy moja siostra zrobiła się tak sprawna fizycznie, ale przeskoczyła przez mur oddzielający stare miasto od reszty Trironu i pognała czym prędzej ku błoniom, a z nich prosto w las. Gdy upewniła się, że nikt nas nie ściga, postawiła pudełko na ziemi i usiadła przede mną, by otworzyć klatkę.
Bezskutecznie.
- Z tego co mówili łowcy, Mesmer otoczył tę celę jakimiś zaklęciami, których nie złamie nikt o mniejszej mocy niż on sam...
Zaklęła szpetnie i położyła dłoń na jednej ze ścian. Nie wiem, co planowała... o ile miała w ogóle jakikolwiek plan, ale musieliśmy siedzieć i czekać. Albo jakimś cudem przedostać się do Zennyo. Zennyo, albo Amaterasu, bo tylko one mogły mnie uwolnić z tego więzienia.

niedziela, 13 września 2015

XXXIII - Hunters

Pisane oczami Mesmera

   Wszystkie moje starania szły na nic, jakby ten smarkacz zapadł się pod ziemię. W akcie desperacji poustawiałem punkty kontrolne wokół całego starego miasta. To na jego obszarze dzieciak najczęściej się poruszał. To tu mieszkały Rin i Kuro, które najprawdopodobniej zabrały go do domu po tym, jak odzyskał pamięć.
Jeśli będzie chciał się spotkać z Zannyo bądź z Amaterasu, których siedziby znajdują się poza tą dzielnicą. Musiał wpaść. Nie było innej opcji.
Pozostawało więc czekać.
   Od ustawienia punktów kontrolnych minęły dwa tygodnie.
A po chłopaku ani śladu. Nie wierzyłem, że nie ruszał się poza stare miasto. Musiał więc jakoś obejść moich strażników.
Uderzyłem z całej siły pięścią w stół, na co Adel podskoczyła, wystraszona.
- Wezwij łowców - warknąłem, na co dziewczyna natychmiast się zerwała i wybiegła z mojego gabinetu. Pierwszy raz od objęcia stanowiska przewodniczącego Rady Bogów byłem zmuszony wezwać tę elitarną jednostkę ścigającą. Nie miałem wyboru. Zwykła straż nie zdawała egzaminu, a ja nie mogłem sobie pozwolić na najmniejszy błąd.
Shiro już najpewniej poszedł do jednej z dwóch najwyższych bogiń... a to nie wróżyło nic dobrego.
Po niecałych trzydziestu minutach do mojego gabinetu weszła piątka elitarnych łowców. Każdy specjalizował się w osobnej sztuce walki. Od strzelania z łuku, przez walkę wręcz, władanie mieczem, włócznią, sai. Oni wszyscy, doskonale wyszkoleni wojownicy, prócz mistrzostwa w tych dziedzinach, nie mieli sobie równych w tropieniu kami.
- Panie - odezwał się najstarszy z nich, będący równocześnie przywódcą, klękając przede mną na jedno kolano, okazując odpowiedni szacunek - Wzywałeś nas. Kogo mamy dla ciebie wyśledzić?
- Shiranui - uśmiechnąłem się szeroko - Potrzebuję waszych umiejętności, by odnaleźć pewnego zbiegłego kami, który znacznie zagraża mej pozycji. Jego imię brzmi Shiro, należy do kasty ryu. Czego potrzebujecie, abyście byli w stanie go złapać?
- Jakiegoś przedmiotu, który do niego należał i pozostał na nim zapach zbiega.
Nic prostszego. Podszedłem do ustawionej obok drzwi szafki i wyciągnąłem pakunek z rzeczami zabranymi z domu Fatum po tym, jak ukartowaliśmy śmierć tego szczeniaka. To, co podoba mi się w tej grupie to to, że nie zwlekają i od razu biorą się do roboty. Dlatego, gdy tylko dostali rzeczy swojego celu, natychmiast ruszyli na poszukiwania.
Teraz tylko czekać. Bo nieważne, jak silnych chłopak ma sprzymierzeńców, z łowcami sobie nie poradzi.

Pisane oczami Shiro

   Miałem bardzo złe przeczucia. Byłem pewien, że Mesmer coś kombinuje, bo nie należy do tego typu osób, które łatwo dają uciec swoim sługom... A niewątpliwie do takich osób ja się zaliczałem. Co z tego, że nie z własnej woli...
Od kilku dni przebywałem w smoczym domu, szmaragdowym pałacu. Musiałem oddzielić się od Rin i Kuro, bo przeze mnie znajdowały się w ciągłym niebezpieczeństwie. A jako, że nie były ryu, nie miały prawa tu przebywać bez zezwolenia Zennyo Ryuo. Matka byłaby skłonna wydać takie zezwolenie, ale groziłoby to sprzeciwem pozostałych smoków zamieszkujących pałac. A tego nie chciałem. Pragnąłem choć odrobinę zasymilować się z pozostałymi członkami mojej nowej kasty, chociaż nie powiem, żeby przyjęli mnie szczególnie ciepło.
W końcu byłem awansowanym bożkiem losu...
Spędzałem więc większość czasu w swoim pokoju, kontemplując i obmyślając kolejne kroki przeciwko Mesmerowi.
Usiłując odgadnąć, co też ten stary grzyb może zrobić, by mnie złapać.
Zennyo się martwiła. Widziałem to jako jeden z nielicznych, który mógł jej towarzyszyć w trakcie dnia.
Akurat przechadzała się po ogrodzie zen, gdy przyszły te wieści... Siedziałem na jej ramieniu, więc wszystko dokładnie słyszałem.
Przewodniczący Rady Bogów wysłał za mną łowców. TYCH łowców. Elitarną jednostkę ścigającą kami, będącą na osobistych usługach Mesmera...
- Wydal go, pani - warknął ryu, który przyniósł te straszne wieści - Stanowi dla nas wszystkich zagrożenie. Łowcy nie zawahają się zabić tych, którzy staną im na drodze do ich celu. Wiesz to przecież!
- Nie mogę go wydalić, Hachibi - powiedziała łagodnie białowłosa bogini - Jest jednym z nas, jak bardzo by wam się to nie podobało. Pamiętaj o naszym kodeksie, synu. Przede wszystkim nie porzucać swoich.
- Tak, ale...!
- Żadnych "ale"! - warknęła matka, a jej oczy rozbłysły groźnym blaskiem - Mesmer go potrzebuje, bo ma w sobie potężną moc. Jeśli dzieciak wpadnie w jego łapy, znów zrobi z niego swoją bezwolną marionetkę. A wtedy może nas zmieść z powierzchni ziemi. Nieważne, jak silnych ryu byśmy nie sprowadzili do Trironu. O ile byśmy w ogóle zdążyli wydać taki rozkaz.
Chłopak prychnął i zmierzył mnie nieprzyjemnym spojrzeniem złowrogich, oczu - jednego szkarłatnego, drugiego złotego... Wydawało mi się, że gdzieś już go widziałem... ale gdzie?
Gdy odszedł, zeskoczyłem z ramienia Zennyo i przyjąłem swoją ludzką postać. Patrzyłem z niepokojem za odchodzącym Hachibi...
- Coś cię trapi, Shiro.
- Nie, matko, ale... mam wrażenie, jakbym gdzieś go już widział. Ale nie mogę sobie przypomnieć, skąd... - bogini uśmiechnęła się z czułością i dotknęła mojej twarzy.
- Hachibi miał brata bliźniaka - zaczęła Zennyo - Niskiego rangą kami, bożka szczęścia, Marunae.
- Tak, pamiętam go...! Był w straży bram miasta podczas ataku ayakashi przed wieloma laty... Spotkałem go kilka razy... uratował mi życie, sam oddając swoje...
I zrozumiałem, dlaczego Hachibi mnie tak traktował. Obwiniał mnie o śmierć brata, czego nie mogłem mieć mu za złe. Poczułem żal i współczucie dla osamotnionego ryu...
- Masz dobre serce, synku - szepnęła białowłosa, przygarniając mnie do serca - Żałujesz losu tych, których spotykasz. Jesteś tworem niemal doskonałym... zazdroszczę ci.
Spojrzałem na nią zdziwiony, ale nie odezwałem się.
- Świat potrzebuje takich jak ty. Więc nie waż mi się umierać...
- Dobrze, matko.
Po tych słowach obdarowała mnie jednym z najpiękniejszych uśmiechów, jaki kiedykolwiek widziałem. Nie umywał się jednak do tych, które dawała mi Rin.
Nie wiedziałem jednak, co teraz mam robić. Zamierzałem się wykraść ze szmaragdowego pałacu, ale teraz...
Teraz nie byłbym w stanie tego zrobić...
Jak mam się zachować...? Jakie czyny przedsięwziąć...?
Pomocy...