niedziela, 6 września 2015

XXV - Mission One pt II

   Gniew mnie zaślepiał.
Zostałyśmy oszukane. Ja i Rin.
On wcale nie umarł. Przecież widzę go przede mną - mojego brata w cierpieniach i bólu stworzenia hybryd. Tego popapranego eksperymentu bogów nad sztucznym życiem.
To był on, ale jakby nie on. Widzę tę białą czuprynę, bystre, błękitne oczy, łagodne, a zarazem ostre i szlachetne rysy twarzy. Prosty, ładny i kształtny nos. Ale zachowuje się zupełnie inaczej, niż chłopak, którego znam.
Shiro był łagodny i przyjazny. Ciągle się uśmiechał, choć potrafił być bardzo tajemniczy i małomówny. A on... "Hikari", jak kazał się nazywać, był oschły, nieprzyjemny, wywyższał się.
Pieprzony egocentryk.
Widać, że gardził niższymi kami, do których sam tak naprawdę należał. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby Mesmer, ta podła szuja, wykorzystał dawno zapomniany punkt w prawie kami mówiący, że każde bóstwo może wspiąć się po szczeblach drabiny hierarchii. Chciał go odsunąć od nas najbardziej, jak się da.
Dlaczego więc pozwolił, byśmy wykonywali jedną misję? Przewodniczący Rady Bogów był zbyt mądry, aby dopuścić się takiego niedopatrzenia, błędu, omyłki. A może jest po prostu zbyt pewny siebie i swojego planu? Jakikolwiek on jest...
Obserwowałam, jak z wdziękiem i gracją walczy, siekając i tnąc wrogów, jakby to nie były żywe istoty z krwi i kości, tylko wycinane z papieru postaci, przedzierane tępym nożem do listów... Ale wciąż jego spojrzenie było chłodne i opanowane. Nie było śladu tego zatracenia, które miałam możliwość obserwować, gdy próbował zabić Mesmera... Wywoływał we mnie strach... Wydobywał to wcześniej nieznane mi uczucie zgłębi mej piersi.
Danse Macabre.
Ten taniec śmierci rozgrywający się na mych oczach przytłaczał.
A zanim się zorientowałam, było po wszystkim. Przeniósł na mnie spojrzenie błękitnych oczu, wwiercających się w centrum mego istnienia. Ale na sekundę złagodniało, stało się wręcz... czułe.
O co tu chodzi do cholery? Czy on darzył czułością swoich pokonanych wrogów?!
Przeszedł mnie dreszcz, bo miałam przed sobą potwora, którego nigdy bym nie chciała spotkać. Na szczęście chwilę później jego wzrok znów był surowy, beznamiętny...
Naciągnął kaptur na głowę i ruszył przed siebie, nie odzywając się do mnie słowem, nie dając żadnego znaku, że mam za nim podążyć. Ale poszłam. Bo tego wymagała misja, której nie zamierzałam zawalić.
   Dotarliśmy do jakichś starych, podmokłych ruin.
- A więc to tu się ukrywasz, stary gadzie - usłyszałam głos Hikariego, wspinającego się po rozlatujących się już schodach - Masz tu zostać.
- Nie ma mowy. To także moja misja.
- Skoro chcesz zginąć, proszę bardzo - wzruszył ramionami - Ale ja nie zamierzam nosić twoich zakrwawionych resztek z powrotem do Trironu.
Zazgrzytałam zębami. Nienawidziłam, gdy ktoś traktował mnie jak dziecko, a on to ewidentnie robił. Mimo tak dosadnego dania mi do zrozumienia, że jestem słaba, poszłam w ślad za nim.
Schody prowadziły do ogromnego pomieszczenia z tronem na środku. A na nim siedział stary, mocno podsuszony ayakashi. Uniósł głowę, błyskając jadowicie zielonymi oczami, uśmiechnął się, wyszczerzając kły i przemówił.
- Witajcie w moim sanktuarium, robaczki - jego głos ranił uszy, wibrując i odbijając się od ścian - Czyżbyście przyszli odwiedzić starego Orochi?
Słyszałam o nim. Orochi był niegdyś wysoko postawionym kami, należącym do ryu - bogów mogących przyjmować postać smoka... ale zatracił się w poszukiwaniu potęgi i popadł w ciemność. Widać Rada Bogów sobie o nim przypomniała. Ale dlaczego wysłali nas? Co prawda mój towarzysz był wyższym kami, choć wciąż nie wiedziałam, do której kasty należy. A ja? Niski bożek nieszczęścia.
Tak bardzo jesteśmy martwi...
Orochi może i był stary, ale na pewno nie był słaby.
Wstał chwiejnie ze swego tronu, zamiatając szmaragdowym materiałem podłogę. Uniósł swój kostur i uśmiechnął się szeroko.
- Które z was chce się pierwsze ze mną zmierzyć?
Wyprostowałam się dumnie i podeszłam krok bliżej, dobywając miecza. Zanim białowłosy zdążył cokolwiek powiedzieć, ruszyłam pędem w stronę staruszka, dźgając prosto w serce. Nie łudziłam się że to zadziała, ale także nie sądziłam, że zostanę w jednym momencie odepchnięta z taką siłą, że ledwie się utrzymałam na nogach. Mimo woli warknęłam cicho, ponownie unosząc miecz.
Stoję i patrzę w oczy mego przeciwnika. A on patrzy w moje i uśmiecha się.
Z litością.
A mnie zalewa krew.
Trzęsę się cała ze złości, która wybucha we mnie z całą swoją mocą.
Biegnę na tego starca, atakuję markując ciosy, ale to na nic. On i tak wszystko przewiduje.
Znów odlatuję kilka metrów, tym razem boleśnie uderzając plecami o ścianę, a w ustach czuję metaliczny posmak krwi.
- Daruj sobie - słyszę lodowaty głos Hikariego - Nie masz z nim szans.
- A ty masz?!
- Większe od ciebie, laleczko.
Zrzuca płaszcz, który z szelestem opada na ziemię tuż obok mnie. Wyciąga przytroczony do pleców miecz i naciera.
Z tą samą gracją co wcześniej. Tym pięknym, tanecznym krokiem.
Bo to po tym poznaje się doskonałego szermierza - że jego walka wygląda jak taniec. Taniec śmierci.
Patrzę jak obydwaj odgrywają swoje role, każdy podąża za krokami przeciwnika, zadając precyzyjne uderzenia i równie precyzyjnie ich unikając.
Obserwuję z niemym zachwytem tę feerię barw towarzyszącą zderzaniu się ich kling.
A chwilę potem... zamiast staruszka widzę wielkiego smoka. Jaszczur o ośmiu głowach atakuje zajadle mojego towarzysza... Hikariego... Shiro. Widzę jak chłopak odlatuje, uderza plecami o przeciwległą ścianę i osuwa się po niej powoli.
- Shiro!
Ale on już wstaje.
A jego twarz... odmieniona... oczy błyszczące gniewem. Widzę jak rośnie... I już rozumiem.
Już wiem, jak wysoko postawionym jest kami.
Zamiast błękitnookiego chłopaka, widzę pięknego, lśniącego bielą, japońskiego smoka.
Ryu.
Shiro jest ryu. Jest smokiem.

2 komentarze:

  1. Myślałam, że Kuro będzie bardziej zdziwiona i przerażona odkryciem, że hikari to tak na prawdę shiro, i że to będzie stanowiło główny trzon tego rozdziału no ale akcje jest w tej powieści nieprzewidywalna. Ciekwawa jestem jak na te wiadomości, że shiro stracił pamięć i jest ryu, zareaguje Rin :)

    OdpowiedzUsuń