środa, 16 września 2015

XXXVII - This Is War

Pisane oczami Shiro

   Noc była koszmarna. Naprawdę.
Nie dość, że wszystko mnie bolało, to jeszcze nie mogłem położyć się na lewym boku, na którym zwykłem był spać. A wszystko przez tę cholerną złamaną rękę.
Pewnie nie przespałbym nawet godziny, gdyby nie Kuro. Przyszła do mnie w nocy, położyła się ze mną i tak spaliśmy. Razem.
Byłem o niebo spokojniejszy, gdy była obok.
Rin tak samo, ale z nią dzieli mnie trochę inny rodzaj relacji.
No właśnie. Jaki?
Nie do końca byłem pewien tego, co do niej czuję. Wiedziałem, że to miłość, ale nie byłem pewien, jakiego rodzaju. Czy to braterskie uczucie, takie, jakim darzę Kuro, czy już coś większego? Przewróciłem się na drugi bok i spojrzałem na uśniętą dziewczynę. Jak zwykle na noc, związywała swoje długie włosy w warkocz, albo koński ogon. Było jej tak bardzo ładnie.
Westchnąłem i wstałem, przeciągając się. Oczywiście zapomniałem o poobijanych bokach i plecach, więc nie obyło się bez syknięcia z bólu.
Kuro usiadła na łóżku i ziewnęła przeciągle, czym mnie rozbroiła. Wyglądała teraz tak niewinnie, że nikt by nie pomyślał, jaką tak naprawdę jest buntowniczką.
- Jak się spało? - uśmiechnąłem się do niej, na co ona pokiwała głową i odwzajemniła uśmiech. Zdjąłem rękę z temblaka, żeby móc normalnie się ubrać. Cały czas czułem na sobie jej spojrzenie.
- Shirooo? - ziewnęła, a ja spojrzałem na nią. W przeciwieństwie do większości mężczyzn, miałem nawyk utrzymywania kontaktu wzrokowego z osobą, z którą akurat rozmawiam - A gdzie jest twoja pieczęć? Bo nigdy jej nie widziałam.
Zdziwiłem się, bo byłem pewien, że Kuro miała okazję, i to nie jedną, żeby widzieć mnie bez koszulki. Uśmiechnąłem się i zdjąłem T-shirt, w którym spałem i odwróciłem się przodem do niej, pokazując ulokowaną na lewej piersi pieczęć. Wstała, podeszła i zaczęła się przyglądać, mrucząc coś pod nosem, po czym stwierdziła, że ma bardzo podobny wzór. Musiałem przyznać jej rację. Wiele razy widziałem jej symbol, który w jej przypadku znajdował się na mostku.
Otworzyłem drzwi od szafy, wyciągnąłem koszulkę i zacząłem się ubierać, ciągle czując na plecach wzrok Kuro.
- O co chodzi? - spytałem, spoglądając znów na nią. Jej twarz wyrażała niepokój - Coś się stało?
- Mam złe przeczucia... Mesmer znowu coś kombinuje.
Skinąłem głową. To to ja wiedziałem... a gdy chciałem je chronić, wszystko poszło nie tak, jak powinno. Podszedłem do niej i ją przytuliłem obiecując, że nie pozwolę ich skrzywdzić.
   Musiałem ćwiczyć, jeśli chciałem mieć jakiekolwiek szanse w ewentualnej potyczce z Mesmerem, a przynajmniej z jego poplecznikami. Co z tego, że bolało? Myślę, że ból mi nawet pomagał, hartował moje ciało i umysł, przyzwyczajając do siebie.
Po upływie kilku dni mogłem już zdjąć gips z lewego przedramienia. Oto dowiedzieliśmy się o kolejnej zalecie bycia hybrydą - rany, a przynajmniej złamania, goiły się szybciej. 
Któregoś dnia Zennyo przyprowadziła do nas Eriela. Niezbyt wiedziałem, jak mam się wobec niego zachować. W końcu podczas naszego ostatniego spotkania, omal go nie zabiłem.
On jednak sprawiał wrażenie, jakby nie pamiętał tego zajścia.
Siedzieliśmy więc w piątkę, Eriel, Kuro, Rin, Zannyo i ja, i rozmawialiśmy na temat tego, jak wygląda sytuacja w mieście. W końcu nie wychodziliśmy poza mury szmaragdowego pałacu. Zwłaszcza ja.
- Mesmer chyba oszalał na twoim punkcie - zwrócił się do mnie staruszek - Wystosował za tobą list gończy, z niemałą nagrodą. Przy każdej bramie przy starym mieście ustawione są punkty kontrolne, tak samo przy wylotówkach z Trironu. Godzina policyjna, patrole na ulicach... jak podczas okupacji. Ale mam zaufaną grupkę kami, która w razie czego będzie ci służyła schronieniem i pomocą. Więc jeśli chciałbyś opuścić szmaragdowy pałac, to wiedz, że masz się gdzie udać.
- Czy ta oferta obejmuje również Kuro i Rin? - spytałem cicho, nie patrząc na dwie siedzące obok mnie dziewczyny, które już nabierały powietrza, żeby mnie zrugać - Boję się, że Mesmerowi nie zajmie wiele czasu odnalezienie mnie tutaj. Zwłaszcza, że jego łowcy już raz mnie tu złapali. Co jak co, ale nie mam zamiaru ryzykować, że którejś z nich coś się stanie z mojego powodu. Nie wybaczyłbym sobie. Jestem pewien, że nasz kochany przewodniczący zdaje sobie z tego sprawę i nie wątpię, aby był w stanie je wykorzystać, by mnie wyciągnąć stąd siłą.
Zannyo i Eriel przyznali mi rację, ale moje przyjaciółki nie zamierzały tego zrobić. Upierały się, że przyrzekły mnie chronić, być przy mnie. To bardzo szlachetne z ich strony, ale nie rozumiały, w jak wielkim niebezpieczeństwie mogły się znaleźć z tego powodu. Poprosiłem Eriela, żeby upewił się, że dziewczyny mogą zatrzymać się u któregoś z jego znajomych. Obydwoje stwierdziliśmy, że Ghose będzie najlepszy. Staruszek mieszkał w Radzie Bogów, a jak powszechnie wiadomo, najciemniej zawsze pod latarnią. Mesmer przecież nie przeszuka kwater swoich sług, bo nie przyjdzie mu do głowy, żeby tam szukać.
Usiadłem sobie wygodnie na deptaku okalającym ogród zen, napawając się ostatnimi promieniami słońca przed zimą. Muszę jednak przyznać, że od kiedy stałem się ryu, polubiłem pochmurną pogodę, deszcz... ogólnie chłód i wilgoć.
Zamknąłem oczy i zacząłem się powoli wyciszać, uspokajać. Potrzebowałem tego, bo w ostatnich dniach moje nerwy były w strzępach. Od wizyty Eriela minęły dwa dni, a wciąż nie dostaliśmy wiadomości, czy uda się ukryć dziewczyny poza szmaragdowym pałacem.
Rozchyliłem powieki, słysząc kroki.
Rin przysiadła się obok mnie, spuszczając nogi z podwyższenia, na którym znajdował się deptak.
- Jesteś na mnie zła? - spytałem, przyglądając się jej twarzy, starając się cokolwiek odczytać z jej oczu i mimiki. Nie odzywała się do mnie od kiedy staruszek wyszedł. Byłem świadom, że jest rozgoryczona i rozżalona. W końcu wraz z Kuro chciały mi towarzyszyć.
- A jak myślisz? - burknęła - Myślałam, że ustaliliśmy, że zostajemy z tobą. A ty wyskakujesz z czymś takim! Jak mogłeś, nie pytając nas o zdanie?
- Mogłem, bo doskonale je znałem. Rin, nie było cię wtedy z nami, w lesie, gdy ścigało nas pół miasta. Gdy przyszedł ten pieprzony kleryk, od razu rzucając mantrami uśmiercającymi. A ja nie mogłem nic zrobić! Nie mogłem stanąć między nim i Kuro, żeby w razie czego ją ochronić! Wiesz, jak się czułem? Jak okropna była ta bezsilność? Nie chcę się czuć tak nigdy więcej. Nie zamierzam dopuścić do sytuacji, w której tobie albo jej coś grozi tylko dlatego, że szurnięty kami na mnie poluje! - odetchnąłem głęboko, próbując ponownie odzyskać spokój - Spróbuj mnie zrozumieć, Rin... Nie wiem, co bym ze sobą robił, gdybym stracił którąś z was.
Spojrzałem na nią błagalnie, próbując wyczytać z tych zielonych, bezkresnych oczu, o czym myśli. Jaką decyzję podejmie? Czy wysłucha moich argumentów?
Westchnęła szepcząc, że nie da się ze mną wygrać na argumenty, po czym zgodziła się pójść z Erielem.
A mi spadł kamień z serca. Ogromny i ciężki. A dzięki tym kilku słowom odzyskałem spokój, którego tak szukałem.
   Trzy dni temu były przewodniczący Rady Bogów zabrał ze sobą Rin i Kuro. Przygotowania zajęły mu tak dużo czasu, ponieważ chciał się upewnić, że nikt nie znajdzie ich kryjówki.
Dziewczyny obiecały, że będą się ze mną kontaktować. Mimo to, od kiedy odeszły ze szmaragdowego pałacu, nie miałem od nich żadnych wieści. Martwiłem się.
Ruszyłem żwawym krokiem ku gabinetowi Zennyo Ryuo. Zapukałem do drzwi i wszedłem, gdy usłyszałem zaproszenie.
- Pani, przychodzę do ciebie z prośbą o zezwolenie na wyjście - powiedziałem twardo, kłaniając się jej. Usłyszałem, jak gwałtownie wciąga powietrze.
- Odmawiam - szepnęła - Nie po to obmyślaliśmy, jak cię ukryć, byś teraz od tak wyszedł na ulicę i dał się złapać pierwszemu lepszemu patrolowi!
- Obawiam się o moich przyjaciół, matko! Spróbuj to zrozumieć.
Jej oczy o barwie rzeki patrzyły twardo, nieustępliwie. Nie zgodzi się. Wiedziałem to.
- Powiedziałam już swoje zdanie, Shiro. Nie zmienię go.
Po czym mnie odprawiła. Od tak.
Czyżby wysokie bóstwa nie były w stanie pojąć czegoś tak fundamentalnego, jak miłość? A może nie potrafią kochać, tylko miłować?
Ukłoniłem się i wyszedłem. Czyli będę musiał się wymknąć. Nie chciałem tego robić, pragnąłem wyjść poza mury szmaragdowego pałacu za pozwoleniem Zannyo, ale skoro tak...
Zapadła noc. Bezksiężycowa.
Idealnie.
Wiedziałem, że nieopodal głównego wejścia do domu smoków, znajdowało się wejście do kanałów, łączące się z łaźniami w Radzie Bogów. Wślizgnąłem się przez nie w swojej mniejszej smoczej wersji i najszybciej jak mogłem przedostałem się do gmachu.
Już po raz kolejny cieszyłem się, że nauczyłem się na pamięć planów budynku, bo dzięki temu, bez przeszkód mogłem przekraść się do gabinetu Ghose, wykorzystując wentylację.
Staruszek siedział w fotelu, przy kominku, w którym wesoło buzował ogień. Wyglądał na strapionego. Siedział zgarbiony, co jakiś czas poprawiając zsuwający się z nosa okular. Wspiąłem się na oparcie fotela, uprzednio rozglądając się przez szparę w drzwiach, czy korytarzem nikt nie zmierza na spotkanie się z przedstawicielem niższych kami.
- Witaj, Ghose - przywitałem się, przyjmując swoją ludzką postać. Staruszek podskoczył na fotelu i obejrzał się na mnie.
- Och, Shiro, jak dobrze, że jesteś. Eriel przyszedł do mnie w zeszłym tygodniu. Miał przyprowadzić dziewczynki, ale potem już się z nim nie widziałem. Masz od niego jakieś wieści?
Czułem, jak robię się biały, niczym ściana. Zakręciło mi się w głowie, zaszumiało w uszach. Przecież Eriel po nie przyszedł... zabrał je, miał odprowadzić.
Ale jak się okazało, nie dotarli.
Czyli ten dupek ich przechwycił. Albo ten kami, który przyszedł do nas trzy dni temu, nie był naszym staruszkiem.
Poczułem, jak zalewa mnie gniew.
Tak się bawisz, przewodniczący Rady Bogów?
Dobrze.
W takim razie będziesz miał wojnę, której tak bardzo chcesz.

1 komentarz: