Kuro siedziała tuż obok mnie. Tak blisko, że spokojnie mogłem dojrzeć strach w jej oczach. Co jakiś czas znów próbowała otworzyć więżącą mnie klatkę, ale bezskutecznie. Po którejś już próbie zaczęła płakać.
- Co ja mam robić, Shiro? Wszędzie słychać tych cholernych strażników Mesmera... Nie mam możliwości, by bezpiecznie cię przenieść do szmaragdowego pałacu... Wiem, że Rin miała cię zabrać... ale sam widziałeś, jak to wyglądało. Nie miałam czasu. Ale na pewno nas znajdzie. Na pewno. W końcu to Rin...
Skinąłem głową i oparłem się przednimi łapkami o szklaną ścianę, a Kuro położyła dłoń na ich wysokości.
Ale miała rację. Wszędzie wokół chodzili wysłannicy przewodniczącego Rady Bogów, niewątpliwie nas szukając.
Nie mogłem powstrzymać chichotu na myśl o tym, że mimo faktu, że jestem uwięziony i tak znów zostałem wyrwany z jego łap. Jaka szkoda.
Z zarośli wyłonił się rosły mężczyzna o roztrzepanych włosach w kolorze zgniły blond. Na szyi miał jeden z talizmanów charakteryzujących wojowników walczących jedynie za pomocą sutr, modlitw i zaklęć. Kuro niemal natychmiast poderwała się, porywając w ramiona klatkę i zaczęła się cofać.
- Ochronię cię... - szepnęła, ale czułem, jak jej ramiona trzęsą się ze strachu. Mężczyzna zbliżał się do nas z szerokim uśmiechem, który ani trochę mi się nie podobał.
Uniósł prawą dłoń, na której miał pieczęć kami i zaczął inkantować słowa, które tak dobrze znałem i z których sam często korzystałem.
Sutra Umarłych.
Jedna z siedmiu śmiertelnych sutr, na tyle potężnych, że zabija w jednym momencie, nie pozostawiając na ciele ani śladu...
- Wiej, Kuro! - jak na komendę, dziewczyna zerwała się do biegu. Ale nie mogła rozwinąć pełnej prędkości przez trzymaną w rękach klatkę. Musiałem coś wymyślić, inaczej ten drań ją zabije...! Wiedziałem, że nie ma sensu jej przekonywać, by mnie zostawiła, bo tego nie zrobi. Bezsensowna strata czasu.
Przycisnąłem się więc do jednej ze ścianek pudełka i z największą siłą, jaką udało mi się tu osiągnąć, uderzyłem w przeciwległą szybę, równocześnie wytrącając dziewczynie moje więzienie z rąk. Nie zdążyła złapać.
Klatka spadła na korzenie drzew, przeturlała się kilka razy, przez co boleśnie poobijałem się o ściany. Piszczało mi w uszach, nie mogłem poruszyć jedną z przednich łap. Nie było to mądre posunięcie... ale miałem nadzieję, że Kuro nie będzie na tyle głupia, żeby się zatrzymać i po mnie wrócić...
Była.
Chwyciła znów klatkę i zaczęła uciekać.
- Zostaw! - krzyknąłem, ale nie reagowała - Chcą mnie, przez co jesteś w niebezpieczeństwie! Zostaw klatkę, głupia!
- Nie.
Nie powiedziała tego głośno, nie warknęła... ale słyszałem w jej głosie pewność siebie i moc, z którą nie byłem w stanie walczyć.
Ona już podjęła decyzję. Co z tego, że mogła przez to stracić życie?
Udało nam się uciec. Nie mam pojęcia, jakim cudem.
Wiedziałem tyko, że znacznie oddaliliśmy się od miasta, co miało zarówno pozytywy, jak i negatywy. Bo z jednej strony zgubiliśmy pościg, ale znaleźliśmy się przez to daleko od sprzymierzeńców i wsparcia.
Łapa bolała. Najpewniej była złamana, ale nie tym trzeba było się teraz przejmować. Kuro siedziała pod drzewem i dyszała. Była na mnie zła, ale w sumie jej się nie dziwiłem. Gdyby była na moim miejscu i coś takiego zrobiła, też bym się na nią gniewał.
- Co robimy...? - spytałem, podpełzając do ściany, która była bliżej niej.
- Nie wiem... - szepnęła - Musimy obejść pościg i jakoś dostać się do szmaragdowego pałacu... Albo spotkać się z Rin. A ty na razie odpocznij.
Skinąłem głową i zwinąłem się w kłębek, opierając łeb o zdrową łapę i ogon. Patrzyłem na Kuro. Była bardzo dzielna choć wiedziałem, że się bała.
W międzyczasie zapadła noc. Kolejna. Cały dzień uciekaliśmy. I zaczął doskwierać nam głód. Musieliśmy czym prędzej znaleźć się w Triron... Odnaleźć Zennyo albo Amaterasu, co nie było łatwym zadaniem.
Ale przyszedł mi do głowy pomysł.
W trakcie pierwszej wojny z amaterasu, zjawy wykopały tunele dookoła miasta, które łączyły się z kanałami. Jeżeli moja orientacja w terenie nie zawiodła, powinniśmy być blisko jednego z wejść do takiego tunelu.
Podzieliłem się przemyśleniami z moją siostrą, która od razu skierowała się we wskazany przeze mnie kierunek. Tak jak myślałem, znaleźliśmy zrujnowaną chatynkę, która służyła za przykrywkę dla tunelu.
Weszliśmy do środka. Pełnego pajęczyn, robali, grzybów i pleśni.
Zaprawdę, ohydne miejsce.
- Gdzieś tu powinna być klapa w podłodze - szepnąłem czując, jak opuszczają mnie powoli siły. Moje ciało domagało się jedzenia. Ale nawet, jeśli by udało się coś dla mnie znaleźć, nie miałbym jak tego zjeść. W końcu byłem uwięziony.
Byłem świadom, że Kuro widziała, jak jestem wyczerpany. Dlatego zaczęła się tak spieszyć. Odnalazła klapę i uniosła ją, otwierając zatęchły tunel. A potem weszliśmy.
Zastanawiałem się, jak długo zajęło zjawom wybudowanie tego przejścia - wysokie na metr osiemdziesiąt, szerokie na metr... A co parę metrów drewniane wsporniki. Naprawdę porządna robota.
Udało nam się wyjść, ale obydwoje nie byliśmy do końca pewni, w którym miejscu miasta. A ja już nie miałem sił.
Nareszcie się udało!
OdpowiedzUsuń