czwartek, 27 sierpnia 2015

XXIV - Mission One pt I

Pisane oczami Kuro

   Pustka. To wszystko czułam w ostatnich dniach. Nie było już tej złości, ciągle płonącej gdzieś wewnątrz mnie. Była jedynie wielka próżnia, której nie byłam w stanie niczym zapełnić.
No dobrze, prawie niczym.
Bardzo pomagała mi obecność Rin. Albo jak wolała się nazywać, Fatum. Gdy wymawiałam jej prawdziwe imię, nagle stawała się przygnębiona. Pewnie to nim zwracał się do niej...
Shiro.
Gdy tylko wymawiałam jego imię, do oczu cisnęły się łzy.
Potrząsnęłam głową, odsuwając od siebie wspomnienie mojego brata. Może i było to... okrutne, ale nie byłam w stanie teraz ze spokojem o nim myśleć. Sprawiało mi to zbyt wielki ból.
   Fatum uparła się, żebym z nią zamieszkała. Byłam szczęśliwa, bo nie siedziałam już sama w tym pustym mieszkaniu, całą siłą woli odpędzając widmo białowłosego sprzed oczu.
Któregoś dnia przyszedł do mnie list z Rady Bogów. Usiadłam na łóżku obok Fatum i rozpieczętowałam pismo, zamknięte piękną woskową pieczęcią. Zaczęłam czytać na głos.
- Z zadowoleniem zawiadamiamy, iż zostało Pani przydzielone zadanie. Należy stawić się na miejscu rozpoczęcia misji o zachodzie słońca w Bramie Nocy. Życzymy powodzenia.
Spojrzałam na przyjaciółkę nie do końca rozumiejąc. Jak mogli mnie wysyłać na misję, skoro do niedawna nie ufali mi na tyle, bym została wypuszczona do miasta? Zielonooka wzruszyła ramionami, uśmiechnęła się i poklepała mnie po plecach zapewniając, że pewnie nie będzie to jakaś naprawdę ciężka misja, skoro wyruszam po raz pierwszy.
- Na pewno przydzielą ci kogoś bardziej doświadczonego, żebyś nabrała na początku pewności siebie i, jako nowicjusza, w razie czego cię ochraniał
Była taka pewna tego, co mówiła, że nie byłam w stanie dalej się martwić.
   O zachodzie słońca stawiłam się w umówionym miejscu. Brama Nocy była piękna - przypominała ogromny łuk tryumfalny pomalowany na złoto i granatowo. W jej wnętrzu, nad skrzydłami ogromnych drzwi połyskiwały namalowane metaliczną farbą gwiazdy. Nic dziwnego, że została tak nazwana. Tak jak poinstruowała mnie Rin, podałam pismo stojącemu w wejściu strażnikowi.
- Dobrze, wszystko się zgadza. Poczekaj tu na swojego partnera.
Więc miała rację, pomyślałam.
Nie musiałam długo czekać. Po jakichś pięciu minutach do Bramy przyszedł jakiś chłopak. Miał na sobie skórzaną zbroję w barwach Mesmera - szkarłatu i czerni, a twarz schowaną miał w cieniu kaptura. Tak jak ja wcześniej, podał strażnikowi pismo. Zamienili parę słów, po czym ruszyliśmy. Nie powiem, żeby mój partner był zbyt rozmowny. Szedł szybkim krokiem, niespecjalnie się mną przejmując. Musiałam wręcz biec, żeby iść z nim w miarę równo.
- Więc... - zaczęłam - Jak ci na imię?
Milczał, ale się nie zraziłam.
- Jestem Kuro, miło cię poznać. Mam nadzieję, że uda nam w się w pełni wykonać tę misję.
Stanął jak wmurowany i obrócił się w moją stronę, lecz wciąż nie mogłam dojrzeć jego twarzy.
- Nie jesteśmy tutaj na pogaduszkach, czy na przyjacielskim spotkaniu. Mamy do wykonania misję.
- No wiem, ale... - poczułam się zbesztana, jak jakiś szczeniak. A przecież on nie mógł być wiele starszy ode mnie! Był o pół głowy wyższy, a i głos miał jeszcze młody. - To, że mamy zadanie, nie oznacza, że nie możemy ze sobą współpracować, zapoznać się...
- Nie chcę się z tobą zapoznawać.
I wtedy zrozumiałam. Zawadzałam. On musiał być jednym z wyższych kami, którzy poniewierali takimi jak ja, zajmującymi niższe stopnie na drabinie hierarchii. Zgrzytnęłam zębami.
Już miałam coś odszczeknąć, ale on już ruszył.
Dobra.
Chcesz, żeby było niemiło? Nie ma problemu. Dopiero teraz zobaczysz, co to znaczy, jak ktoś ci zawadza.
   Na postój zatrzymaliśmy się na skraju lasu. On rozpalił ogień, a ja siedziałam i patrzyłam. Nie zamierzałam mu pomagać. Co to to nie! Gdy ognisko już wesoło strzelało, tańcząc na suchych patykach chrustu, on usadowił się dokładnie po drugiej stronie ogniska.
Zauważyłam delikatne, wciąż chłopięce rysy twarzy. Szeroka szczęka, wciąż mało męska, dodawała mu zadziornego charakteru. Jakim cudem tak młody kami wspiął się na tyle wysoko, by obracać się w towarzystwie samego Mesmera? Nie musiałam o to pytać. Wystarczyło, że spojrzałam na klamrę płaszcza, na której wykuta została jego pieczęć.
- Powiesz mi chociaż, jak masz na imię? - nie wytrzymałam. Uniósł głowę, ukazując trochę więcej twarzy. Szlachetny, prosty nos, wysokie, wydatne kości policzkowe. Ale cień wciąż przysłaniał oczy.
- Hikari - burknął, wyraźnie niezadowolony, że miałam czelność się odezwać.
Och ty szujo, warknęłam w myślach czując, że z chęcią bym go rozszarpała.
A on poderwał głowę. Nasłuchiwał. Wstał błyskawicznie, wygasił ognisko i dobył miecza. A to wszystko zrobił z prędkością, którą widziałam tylko u jednej osoby. Potrząsnęłam głową. Wciąż jestem w szoku, dlatego wydaje mi się, że on jest do niego podobny. Stanęłam plecami do niego, dobywając swój miecz. Ciężki, nieporęczny, zabójczy. Surrexit. Moja Róża. W takim szyku obydwoje nasłuchiwaliśmy.
- Czterech od północy - szepnął.
- Wiem. Słyszę.
Poczułam na sobie jego spojrzenie. Czyżby był zdziwiony, że taki nowicjusz jak ja, jednak coś potrafi?
Uśmiechnęłam się do siebie obiecując sobie, że pokażę mu, na co mnie stać.
I się zaczęło. Czterech rosłych ayakashi zaatakowało z czterech stron. Tuż przed wejściem w obozowisko, rozdzielili się i nas otoczyli. Mało myśląc, zaczęłam siec. Rozpruwać, rozcinać, zabijać, mordować. Cieszył mnie dźwięk rozszarpywanego ciała, mlask wylewających się z brzuchów ofiar flaków.
I mój wzrok padł na niego.
Na jarzące się w ciemności, błękitne oczy.
Furię, jaka w nich lśniła. Gniew, pragnienie zniszczenia.
I ta prędkość.
- Shiro - szepczę, zanim udaje mi się powstrzymać. Jego wzrok pada na mnie. Sięga do przyczepionego do nogi pokrowca ze sztyletami i rzuca jeden w moją stronę. I widzę, jak ostrze powoli zbliża się w moją stronę. Jakby świat zamarzł.
W ostatniej chwili robię unik, a pocisk uderza prosto w głowę ayakashi, którego nie udało mi się zabić.
A ja stoję i patrzę.
Bo zobaczyłam ducha.

wtorek, 25 sierpnia 2015

XXIII - Grief

   Płakałam wiele dni i nocy. Wciąż nie mogłam uwierzyć, że Shiro już nie ma wśród nas. Że nigdy więcej już go nie ujrzę, że nie usłyszę jego śmiechu, nie poczuję wokół siebie jego mocnych i bezpiecznych ramion...
On nie mógł umrzeć...
Nie mógł. Nie on. Dlaczego tak kochające i dobre istoty zawsze muszą być tymi, które cierpią najbardziej, które na sobie skupiają całe zło i nieszczęście tego świata?
Leżałam całe dnie pod kołdrą, tuląc do siebie jego bluzę - jedną z nielicznych należących do niego rzeczy, które nie zostały zabrane przez podwładnych Mesmera. Materiał zachował w sobie jeszcze wspomnienie zapachu charakterystycznego dla Shiro. Łagodnego, lecz wciąż męskiego. Woń ta pomagała mi udawać, że nic się nie stało, a białowłosy niedługo wróci do domu. Do mnie i do Kuro.
Dziewczyna bardzo mnie wspierała choć widziałam, że jej jest o wiele ciężej, niż mi. W końcu to między nimi zawiązała się ta nadnaturalna więź, która splatała ze sobą ich umysły.
Musiałam wziąć się w garść i zacząć wspierać nową przyjaciółkę, chronić ją przed losem, który spotkał Shiro. Zwłaszcza że nie wierzyłam, aby jego śmierć była przypadkowa. Byłam niemal pewna, że to Mesmer wydał rozkaz zabicia go. Był za silny, przez co stwarzał zagrożenie. Na dodatek miał duży posłuch wśród niższych kami, którzy nieszczególnie przepadali za obecnym przewodniczącym, ani pozostałymi wyższymi, od shinigami poczynając. Niby była możliwość "awansu" poprzez wykazanie się odwagą, lojalnością i odpowiednimi umiejętnościami, ale tak naprawdę mało kto słyszał o tym, by ktoś niżej postawiony został dopuszczony chociażby do rangi kosiarzy, stanowiących najniższą kastę shinigami.
No, poza jednym wyjątkiem - Eriusem, który ze zwykłego bożka szczęścia wybrany został przewodniczącym Rady Bogów. Jak się to skończyło, wszyscy już dobrze wiemy. Miał wiele zasług, ale jego plamą na honorze był ten nieszczęsny projekt...
Zamrugałam parę razy, starając się zrzucić z oczu resztki smutku i łez. Czas wstać, wyjść do świata. Odwiedzić Kuro. Na pewno siedziała teraz sama i pogrążała się w rozpaczy. Wczoraj to ona mnie odwiedziła i pocieszała, więc teraz moja kolej. Odrzuciłam kołdrę, ubrałam się, dokładnie złożyłam bluzę Shiro i włożyłam ją do plecaka, który po chwili zarzuciłam na ramię. Pochwyciwszy klucze leżące przy lustrze, wyszłam i zamknęłam drzwi na zamek. Na ten dolny, do którego Shiro zgubił zapas... Co za ciapa...
Od razu poczułam się lepiej, gdy wyszłam na dwór, a twarz oświetliły mi łagodne promienie jesiennego słońca. Poprawiłam kurtkę i ruszyłam na drugą stronę ulicy, do kamieniczki, w której zakwaterowana była Kuro. Zapukałam raz. Potem jeszcze raz. I cisza.
Nacisnęłam klamkę.
Otwarte. Poczułam falę strachu. Wbigłam do środka, rzucając na podłogę plecak. W pokoju jej nie było, w kuchni też nie. Łazienka. Wpadłam jak wicher bez pukania.
I widzę tę bidulę.
Siedzi w wannie, w ubraniu, cała mokra, z prysznica leci woda. Lodowata.
- Kuro... - szepczę, a ona odwraca się w moją stronę, z oczami pełnymi łez. Tak ciemnymi i pustymi, że przez kilka chwil nie wiem, co ze sobą zrobić. Ale podchodzę do niej, gramolę się do wanny i ją mocno przytulam. - Teraz ja będę wspierać ciebie. Bo to ty mnie teraz potrzebujesz.
Chwyciła się moich ramion i zaczęła szlochać. Nigdy nie słyszałam takiej rozpaczy. Dlatego siedziałam z nią w tej pieprzonej wannie, dopóki się nie uspokoiła i nie zasnęła.
Zakręciłam wodę, rozebrałam ją, wytarłam. Wyciągnęłam z plecaka bluzę Shiro. Jej teraz się bardziej przyda.
Obudziłam ją delikatnie i podałam bluzę.
- Ubierz się w to. Będzie ci cieplej, a myślę, że podniesie cię też trochę na duchu.
- To... jego...? - jej głos znów się załamywał. Pokiwałam tylko głową, a gdy się ubrała, pomogłam jej wyjść i odprowadziłam do łóżka. Chciałam pójść do kuchni, zrobić ciepłej herbaty, ale chwyciła mnie za rąbek koszulki. - Zostaniesz?
- Tak - uśmiechnęłam się do niej szczerze - Zrobię nam herbaty.
Jakimś cudem udało jej się odwzajemnić uśmiech, co bardzo mnie ucieszyło. Po kilku minutach wróciłam z dwoma kubkami parującego wywaru. Podałam przyjaciółce jeden z kubków - ona dostała z napisem "Nie jestem aniołem", a ja wybrałam sobie stylizowany na przeciągającego się kota, którego ogon stanowił ucho kubka.
Obserwowałam czarnowłosą dziewczynę, jak wtulała się w jedyną rzecz, którą miała po swoim bracie. Co z tego, że nie byli ze sobą spokrewnieni? Narodzili się w tym samym miejscu i w tym samym momencie, a ich umysły były jednością. Kuro ma więc najświętsze prawo, by nazywać go swoim bratem...
Gdy obydwie skończyłyśmy pić, ta pogrążona w żałobie istota ułożyła się do snu. A ja nie byłam w stanie odmówić parze wpatrujących się we mnie fioletowych oczu błagających, bym jej nie opuszczała. Tego dnia nie wróciłam do domu, tylko pilnowałam, aby tej zagubionej duszy nie spotkało nic złego.
- Nie opuszczę jej - szepnęłam, gdy Kuro już zasnęła - Masz na to moje słowo, Shiro. Zaopiekuję się nią tak, jak ty to chciałeś zrobić. Pomścimy cię.
Po czym sama zagłębiłam się w snach o nieobecnym już wśród nas przyjacielu.

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

XXII - Unawareness

Pisane oczami Rin

   Nie wiem, ile czasu czekałam na jakiekolwiek wieści o Shiro...  Czekałam bardzo długo, ciągle się denerwując. Kuro mówiła, że powstrzymała go przed zabiciem Mesmera, co dla niego niewątpliwie byłoby definitywnym końcem... Byłam świadoma tego, że na pewno spotka go kara, miałam jedynie nadzieję, że nie będzie zbyt surowa. Minęło wiele nieprzespanych przeze mnie nocy, podczas których przesiadywałam na zwykle zajmowanym przez niego miejscu na parapecie, wpatrując się w gwiazdy.
Modląc się.
Błagając te odległe migoczące paciorki o to, by mój przyjaciel wyszedł z tej całej przygody w jednym kawałku.
Po tylu dniach bez snu czułam się jak cień samej siebie. Jak skorupa bez duszy. Jak ayakashi. Wiele razy słyszałam i wiele razy miałam okazję czytać o tym, że zjawy to dawni kami, którzy utracili radość i cel w życiu. Czy i mnie to czeka, jeśli stracę Shiro...?
Wreszcie zasnęłam. Przytulona do okna, otulona jedynie bluzą, którą dał mi mój przyjaciel.
   Miałam koszmary. Widziałam, jak cienie otaczają białowłosego bożka o błękitnych i bezkresnych niczym ocean oczach. Uśmiechał się tak, jak zawsze to robił... a przynajmniej dopóki nie zaczęło się to wszystko. Dopóki ten biedak nie dowiedział się kim jest. Dopóki się nie załamał i nie zatracił.
Cienie pochwyciły Shiro i zaczęły go pochłaniać.
Obudziłam się z krzykiem czując, że stało się coś strasznego. Wstałam i pognałam do Kuro. Ona na pewno coś musiała wiedzieć. Wpadłam czym prędzej do mieszkania.
- Coś się stało, Kuro! - krzyknęłam od progu, lecz odpowiedziała mi cisza. Weszłam więc dalej, szukając jej - Coś się musiało stać z Shiro...
Umilkłam widząc ją skuloną, zawiniętą w kołdrę. Usłyszałam szloch.
- Nie ma go - załkała - Nie ma. Nie czuję, nie słyszę...
Zamarłam. Nie wierzyłam.
Łzy pociekły po policzkach.
To był koniec.
Koniec wszystkiego.
Jeszcze tego samego dnia przyszedł do nas posłaniec Mesmera oświadczając, że Shiro zmarł. A ja tylko pragnęłam dołączyć do niego.

niedziela, 23 sierpnia 2015

XXI - Tabula rasa

Pisane oczami Mesmera

   Siedziałem wygodnie w swoim fotelu w gabinecie i przeglądałem po raz już setny akta "Arma Viventem". Wciąż szukałem zapisków, w których Eriel opisał kodowanie psychiki i osobowości swoich tworów. Przede wszystkim interesował mnie Shiro. Jedynie on był dla mnie względnie przydatny, bo Kuro była zbyt niestabilna.
- Eureka - uśmiechnąłem się do siebie, widząc zapiski z 258 dnia projektu, gdy to ciała były już gotowe, lecz stanowiły jedynie puste skorupy. Wtedy to zaczął się proces tworzenia ich osobowości. W przypadku chłopaka wszystko poszło dobrze, bo obydwa elementy były dobrze zrównoważone. Niestety dziewczyna nie była tak łatwa do poskromienia ze względu na słaby ludzki genom. Zatrzasnąłem księgę i ruszyłem do lochów, gdzie czekał już mój nowy pupil. Do podziemi gmachu zostałem wpuszczony bez szemrania i od razu zaprowadzono mnie do celi tego dzieciaka. Leżał na ziemi, brudny, wychudzony i wyczerpany. Oczywiście wiedziałem, że moi podwładni wyżywają się trochę na nim za to, że muszą go strzec w zamian za tak niski żołd, ale nie miałem zamiaru nic z tym robić. Pomagało mi to złamać jego wolę, gdyż konieczne to było, by ulepić na nowo jego umysł.
Uczynię z niego tabula rasa, a potem sam tę czystą tablicę zapiszę.
Słyszałem jego ciężki, rzężący już oddech. Z pewnością miał złamane żebro albo dwa, ale to nawet lepiej. Nie będzie miał sił, by sprzeciwiać się mojej woli.
Wszedłem więc do tej zapyziałej dziury, w której dzieciak spędził ponad dwa tygodnie. Łypał na mnie tymi wilczymi oczami, a gdyby mógł wykrzesać choć odrobinę energii, z pewnością rzuciłby mi się do gardła. Uśmiechnąłem się szeroko.
- Witaj, Shiro. Jak się miewasz?
- Spadaj, stara prukwo... - wydyszał, a ja zauważyłem, że w kącikach ust zaschniętą krew. Kiwnąłem głową na jednego ze strażników stojących przy wejściu. Chwycił chłopaka za włosy i podciągnął do góry tak, że jego oczy były na wysokości moich.
- Powinieneś się odzywać z większym szacunkiem do swojego pana.
- Nie jesteś... moim panem.
- Zaraz się przekonamy.
Wyciągnąłem z kieszeni medalion, o którym była mowa w aktach. Miał on ponoć zareagować z elementem chaosu, który był częścią jego jestestwa. W jego przypadku, energia Devonanta jest bezpośrednio odpowiedzialna za świadomość, więc będzie łatwo. Kazałem go przytrzymać tak, by nie ruszył głową i przybliżyłem wisior tak, by go wyraźnie widział. Mrugnęło raz, drugi, trzeci, a ten smarkacz stracił przytomność. Pozostawało tylko mieć nadzieję, że podziałało.
   Trzy dni później złożyłem znów wizytę w lochu. Shiro wciąż się nie obudził, co mnie powoli zaczynało irytować. Mogło to oznaczać uszkodzenie ośrodka nerwowego, albo co innego. Ale czekajmy. Jak się ocknie, wszystko będzie jasne.
Już miałem wychodzić, gdy usłyszałem ciche stęknięcie i szelest, towarzyszący ruchowi. Obejrzałem się na leżącego, który w tej chwili wyraźnie próbował usiąść.
- Gdzie... jestem? - mruknął. Brzmiał na zdezorientowanego. Serce zabiło mi radośnie, bo to oznaczało, że plan wypalił.
- Pamiętasz cokolwiek? - spytałem, podchodząc do niego. Mówiłem łagodnie, ruszałem się powoli, bo teraz musiałem jedynie zyskać jego zaufanie. Ledwie powstrzymałem uśmiech, gdy pokręcił głową - Mam na imię Mesmer. Moi ludzie znaleźli cię sponiewieranego przed murami miasta Triron. Poleciłem im cię tu przyprowadzić. Nie wiedzieliśmy jednak, czy nie jesteś jednym z ayakashi, dlatego byłeś tu zamknięty. Jeżeli zechcesz tu zostać, możemy zapewnić ci opiekę, pracę, miejsce zamieszkania. Co ty na to?
Zastanawiał się chwilę, ale potem na jego twarz wyjrzał uśmiech. Ten, z którego jest tak dobrze znany. Ten, którego tak nienawidzę i którym gardzę.
Wezwałem lekarza, który miał go opatrzyć.
- Jak cię zwą? - odpowiedziało mi milczenie - Rozumiem, że swojego imienia też nie pamiętasz? - skinął głową - Dobrze więc... nadam ci imię. Co powiesz na Hikari?
- Bardzo mi się podoba... panie.
Odwróciłem się do niego plecami, by nie widział tego, jak się uśmiecham. Wszystko poszło zgodnie z planem. Teraz tylko na nowo nauczyć go walczyć.

sobota, 22 sierpnia 2015

XX - Breaking the will

   Wiele dni minęło, od kiedy Shiro zamknięty został w lochach pod Radą Bogów. Wiele godzin trwały jego rozmowy z Erielem i Ghose, którzy za wszelką cenę pragnęli mu pomóc, odzyskać wewnętrzny spokój i porządek. Chłopak był wyraźnie zagubiony i wystraszony. Krył się w kącie, uciekając przed jakimikolwiek kontaktami ze strażnikami.
Jego stwórca za każdym razem zauważał co raz więcej siniaków, zadrapań i innych urazów. Widać białowłosy nie stracił nic ze swojego uporu i nie zamierzał poddać się osiłkom podlegającym Mesmerowi, który najwyraźniej pragnął złamać wolę młodego kami. Eriel zbyt dobrze znał swojego podopiecznego. Prędzej by zginął, niż zgiął kark przed kimś, kim gardzi. A niewątpliwie obecny przewodniczący taką osobą był.
Shiro był na skraju wytrzymałości fizycznej i psychicznej. Nie pamiętał już, kiedy ostatnio dostał świeży chleb i czystą wodę. Z resztą bał się jeść i pić to, co przynosili ludzie Mesmera, bo nie wiadomo przecież, czego mogli mu tam dosypać. Nie ufał im. Dlatego też po ponad tygodniu jego ciało zaczęło odmawiać mu posłuszeństwa. Mięśnie nie słuchały poleceń, nie pozwalały się podnieść, usiąść, zmienić jakkolwiek pozycji. Nawet oddychanie zaczęło sprawiać mu kłopoty. Czyżby to był efekt uboczny elementu chaosu, który był w nim zaszczepiony? Czyżby to ciało tak rozpaczliwie potrzebowało jedzenia, że już po tygodniu opadało tak strasznie z sił?
Nie wiedział, a z Erielem nie miał najmniejszej ochoty o tym rozmawiać. W ogóle nie miał ochoty go widzieć, bo to przecież przez niego to wszystko się stało. Gdyby nie on, ta mroczna siła nigdy by się w nim nie obudziła.
Zacisnął zęby czując, jak złość znów zalewa jego ciało. Paliła w piersi, zalewała umysł żywym ogniem.
Zabić.
Nie, pomyślał. Nie mogę się znów temu poddać.
   Fatum wiele myślała. Od kiedy zabrali Shiro, dostała kilka zleceń. Zupełnie tak, jakby Rada Bogów pragnęła odciągnąć ją od sprawy przyjaciela. Nie podobało jej się to. Wcale a wcale. Tęskniła za nim, źle sypiała, zamartwiała się. Kiedy on wróci? I czy będzie taki, jak wcześniej? Nie potrafiła odpowiedzieć sobie na to pytanie. Miała tylko nadzieję, modliła się o to, żeby wszystko było jak dawniej. Albo żeby te wszystkie złe wydarzenie, które ostatnio miały miejsce, okazały się tylko złym snem.
Tak. To na pewno zły sen. Zaraz obudzi się w ramionach Shiro, on się zaśmieje, że znowu najadła się czegoś na noc, przez co ma głupie koszmary. Uszczypnęła się nawet, ale wraz z bólem w ramieniu, poczuła ukłucie smutku i żalu. Bo to nie był sen. Wszystko działo się naprawdę. Całe to zło było jawą. A jedyne na co było ją w tej sytuacji stać, to gorzkie łzy tęsknoty. Co z tego, że Kuro codziennie przychodziła i jej pomagała? Co z tego, że ta nieogarnięta dziewczyna wreszcie zaczęła się w miarę przyzwoicie i normalnie zachowywać? Nic nie zastąpi Shiro. Jego błękitnych oczu pełnych radości, tych uszczypliwych żarcików co rano, opisujących jej skołtunione po nocy włosy. I jego mocnych i bezpiecznych ramion, w których tak uwielbiała znikać. Od kiedy pamiętała. Od kiedy to on pojawił się w jej śnie, dając jej wybór i możliwość stania się kami.
Musiała to wreszcie przyznać. Zgodziła się tylko po to, by być u jego boku. By móc przez resztę wieczności obserwować te łagodne i pełne miłosierdzia rysy twarzy. Towarzyszyć mu, uczyć się od niego. Żeby mieć możliwość wielbienia go każdą cząstką swej nieśmiertelnej duszy. A teraz jej dusza wyła, rozpaczała, wrzeszczała za utraconą cząstką, a serce płakało krwawymi łzami za swoją druga połówką.
   Wszystko szło zgodnie z planem. Według sprawozdań strażników, jeszcze dzień lub dwa i będzie można wprowadzić drugą fazę. A wtedy ten smarkacz wreszcie pozna swoje miejsce. Wreszcie będzie posłuszny. No i przydatny.
Mesmer niechętnie to przyznawał, ale gówniarz miał potencjał. Nie wiedział, czy to za sprawą genów Angeli, czy pokrewieństwa z Devonantem, ale Shiro miał w sobie ogromną moc, której nie można było ot tak zignorować. Zamierzał wykorzystać cały ten potencjał, dokończyć ten cholerny, niedoskonały projekt i stworzyć broń idealną. Posłuszną, potężną.
Niszczycielską.
Miał zamiar jednak dopilnować, aby ten chaos skierowany został w odpowiednią stronę i przypadkiem rykoszetem nie uderzył w niego samego. Musiał się tylko dowiedzieć paru rzeczy. Dlatego wezwał tego starego idiotę, Eriela. Niestety tylko on mógł pomóc mu w finalizacji projektu "Arma Viventem". Bo przecież tak naprawdę nigdy nie został skończony.
Rada Bogów dowiedziała się o jego eksperymentach. Mesmer doskonale pamiętał ten dzień. Ten ogromny skandal, który nie wiedzieć jakim cudem, nie wyciekł do opinii publicznej. Wszyscy zachowali milczenie, Eriel odszedł z urzędu, a on sam go zastąpił. Nie wiedział jednak, że jeden obiekt został już wypuszczony. Kuro, bo tak nazwał ją jej stwórca, nie nadawała się do planu, który Mesmer uknuł po odsunięciu swojego poprzednika i zapoznaniem się z aktami całego projektu. Była zbyt agresywna, nieposkromiona, niekontrolowana. Element chaosu był znacznie silniejszy, niż genom ludzki. Nie było więc możliwości, aby w jej przypadku projekt zakończył się powodzeniem. Co innego w przypadku Shiro.
Pozostawało go tylko złamać. A to już niedługo się stanie.

piątek, 21 sierpnia 2015

XIX - Blood on your hands pt II

   Biegła co sił, z duszą na ramieniu. Musiała go powstrzymać, zanim zrobił coś głupiego, bo inaczej nie będzie już w stanie go uratować...!
Biegła więc mimo, że brakło jej sił.
Bo nie chciała go znów stracić.
Dopadła do bram gmachu i weszła, odgarniając fioletowe kosmyki grzywki z oczu. Łapczywie chwytała oddech do piekących z wysiłku płuc. Przemierzała już wolniej ten ciemny, kamienny korytarz, który tak dobrze znała, prowadzący do gabinetu Mesmera. Wyraźnie czuła w powietrzu wibracje elementu chaosu Shiro.
- Spóźniłam się... - szepnęła ze zgrozą, widząc na ziemi dwóch poobijanych strażników, którzy zabrali jej brata. Znów pobiegła co sił za tak dobrze znaną jej energią i gdy tylko wpadła do pomieszczenia, gdzie lada chwila miała stać się tragedia, chwyciła białowłosego i wytrąciła mu z ręki sztylet. Poczuła, jak jego mięśnie się spinają.
Zabij.
Zamrugała kilka razy, słysząc ten straszny, chrapliwy głos i doznała olśnienia.
- Nie słuchaj go, braciszku - szepnęła łagodnie, przyciskając głowę do jego pleców - Nie możesz się zatracić. Nie pozwól Devonantowi nad sobą zawładnąć. Udowodnij wszystkim, że to nieprawda, że nie oszalałeś...
- Puść mnie, Kuro.
- Jeżeli się nie opanujesz, zabiją cię.
Napotkała pełen niebezpiecznej pewności siebie wzrok szkarłatnych oczu Mesmera. Ten stary zgred znów coś kombinował. Widziała to. Szukał jedynie sposobności, by się ich pozbyć, zabić, zmieść z powierzchni ziemi. Shiro i tak już był zagrożony, ale na nią wciąż nic nie miał. Jeżeli jej brat zrobi coś złego, ona odpowie wraz z nim. Bo to, co teraz zrobi, przekreśli jej szanse, jeśli plan się nie powiedzie.
Puściła go.
- Dobrze - powiedziała, prostując się i samej dobywając sztyletu - W takim razie ci pomogę.
Poczuł, jak cały gniew znika, zastąpiony strachem. Nie o to, że ktoś zniszczy jego cel, nie o to, że to nie on przeleje krew Mesmera, ale o to, że jego siostra będzie w niebezpieczeństwie.
- Nie.
Szepnął, przełamując jakąś wewnętrzną blokadę, nie pozwalając mu mówić. Potem powtórzył głośniej. I jeszcze raz. I jeszcze. A ona już wiedziała, że plan się powiódł, bo zaczął się cofać. Stawiał niepewne kroki, jeden, po drugim, zbliżając się niepewnie do drzwi.
I wtedy wszystko runęło jak domek z kart.
Mesmer wstał i podszedł do oszołomionego i wystraszonego chłopaka. Chwycił go za głowę i przycisnął do ściany, uniemożliwiając ucieczkę.
- Adel, wezwij straż - rozkazał swojej podwładnej, która z przerażeniem obserwowała całe zajście. Po raz kolejny musiała wybierać między przyjacielem i zajmowanym stanowiskiem. Mężczyzna stał i mierzył ją wyczekująco wzrokiem. Nie miała wyboru. Musiała wykonać polecenie swojego przełożonego.
   Cela była ciemna i śmierdząca. Shiro leżał poobijany i osłabiony na mokrej podłodze, gdzie pleśń i grzyb rozwijały się w najlepsze. Nie wiedział na co czekał. Nie wiedział też, dlaczego go po prostu nie zabili.
Bo Mesmer przecież chciał to zrobić. Widział to w jego oczach - tych szkarłatnych, bezlitosnych ślepiach.
- Skąd on miał tyle siły...? - zapytał sam siebie - Przecież... jest tak starym kami, że nie powinien mieć możliwości móc mną tak rzucić...
Pozostawało siedzieć i oczekiwać nieuniknionego. Bo był pewien, że kara za to co zrobił, na pewno go dosięgnie.

XVIII - Blood on your hands pt I

Narrator trzecioosobowy

   Jak ściekły pies, prowadzony do swojego pana, Shiro ciągnięty był przed Mesmera, w tej chwili jego przełożonego, a tak naprawdę kami, od którego zależało to, czy ujrzy jeszcze zachód słońca. Doskonale wiedział, co go czekało, jeśli przewodniczący Rady Bogów położy na nim swoje łapska. Nie był bowiem tak współczujący i pełen litości jak jego poprzednik, który tchnął w Shiro iskrę życia.
Zabij.
Poddawał się silniejszym i większym od siebie strażnikom, którzy trzymając go pod ramiona, dosłownie ciągnęli biedaka... nie, buntownika do swojego szefa. Bo przecież nim właśnie był. Buntownikiem, zdrajcą, żywym elementem chaosu, który ostatnio tak gwałtownie przejął nad nim kontrolę i do reszty pożarł już niższe bóstwo znane pod imieniem Sudba.
Rozszarp.
W uszach szumi mu krew, zmysły wyostrzają się. Chęć mordu narasta. Już czuje na skórze lepką, metalicznie pachnącą posokę. Pragnie umazać się w jusze swoich oprawców, którzy tak niedelikatnie się z nim obeszli. Adrenalina wypełniała jego krwioobieg, zachęcając serce do wytężonej pracy. Jeszcze tylko chwilę. Zbierz jeszcze odrobinę siły i zaatakuj, niczym drapieżnik, którym się stałeś. Niech chaos ponownie wypłynie z twego ciała i umysłu.
Zniszcz.
Uniósł głowę i błyskając błękitnymi ślepiami czeka na okazję, by się uwolnić.
Teraz.
Zatrzymuje się gwałtownie tak, że strażnicy muszą się z nim szarpać. Wyrywa się z ich uścisku i jednego kopie z całej siły w kolano tak, że słychać nieprzyjemny gruchot łamanych stawów. Drugi, starając się dopaść swojego więźnia, zachodzi Shiro od tyłu i zamyka go w swoim niedźwiedzim uścisku.
- Tylko na tyle cię stać? - zaśmiał się białowłosy, wsadzając żołnierzowi piętę w krocze. Czerwony na twarzy mężczyzna pada na ziemię jęcząc, ale wciąż stanowi zagrożenie. Wystarczy jedno mocne kopnięcie w brzuch, by był już bezradny i nie mógł powstrzymać stworzonej przez Eriela hybrydy. Ponoć tej spokojniejszej, łatwiejszej do kontrolowania.
Jakiż byłeś naiwny, dawny przewodniczący. Ślepo wierzyłeś, że tak straszna istota pozostanie w okowach twojej władzy.
Przeliczyłeś się jednak.
Shiro szedł teraz spokojnym krokiem, wolny. Szedł by zobaczyć się ze swoim właścicielem, Mesmerem. Szedł teraz nie jako zaszlachtowany pies, lecz jako wilk, który pragnie uwolnić się z sideł.
Zagryź.
Znaleźć tylko coś ostrego, by przeciąć te cholerne liny krępujące ręce. Znaleźć coś ostrego, by posłużyło mu za broń, bo jego miecz już się go nie słucha.
W korytarzu słychać było tylko jego własne kroki. Nie słyszał nic innego poza nimi i szumem adrenaliny w swojej własnej krwi.
Czas zakończyć to wszystko.
Pogrąż świat w chaosie.
Czas zabić szkarłatnookiego diabła.
Zmieć go z powierzchni świata.
Nadszedł czas, by każdy był każdemu równy.
Spal i rozsyp jego prochy na wietrze.
Nadszedł czas, by Mesmer zginął.

Niech świat o nim zapomni.

   Mesmer siedział w swoim biurze w towarzystwie Adel. Jak zawsze, pracowita dziewczyna pilnowała porządku w dokumentach, przyrządzała mu doskonałą kawę. Była to jedyna niższa kami, z którą potrafił przesiedzieć cały dzień. Mimo niskiego urodzenia, zachowywała się godnie, z klasą, lecz ostatnio wydawała się jakaś przygnębiona. Czyżby wieść o pochwyceniu Shiro ją tak przybiła?
- Nie warto przejmować się tym chłopakiem - powiedział mimo woli, spoglądając na zapracowaną kami. Uniosła na niego wzrok, a okrągłe okulary w czarnych oprawkach zsunęły jej się nieco z nosa - Nie jest wart nawet jednej linijki sutry.
W oczach Adel zalśniły łzy, bo pamiętała, jaki jej przyjaciel był kiedyś. Zawsze uśmiechnięty, łagodny. Nie chciała wierzyć w to, że się zatracił, lecz nie mogła zaprzeczyć, że się zmienił. Wszyscy, którzy go znali, doskonale to widzieli.
Poprawiła szkła i kontynuowała pracę bez słowa choć wiedziała, że to niegrzeczne pozostawić słowa przełożonego bez odpowiedzi. Nie miała jednak co odpowiedzieć. Nie zgadzała się z Mesmerem, lecz z drugiej strony nie chciała się z nim kłócić, sprzeciwiać się mu, ponieważ mogła stracić w jego oczach.
A była przecież jedyną niższą kami, którą do siebie dopuścił. Przecież to taki zaszczyt!
Nie wiedziałaby co ze sobą zrobić, gdyby ją potępił.
Mimo, że kosztowało ją to zdradę przyjaciela.
   Jesteś sam. Wszyscy cię zostawili, pozostałeś na łasce losu i swojego ojca. A każdy wie, że Devonant nie wybacza. Pan cieni zawsze dostawał to, co chciał. A teraz pragnął śmierci Mesmera. Co za problem?
Ten złoty kami jest stary i słaby. Nic już nie może zdziałać w prawdziwej walce.
Dlatego, teraz już z wolnymi rękami i z ukradzionym komuś sztyletem w dłoni, wchodzisz bezceremonialnie do jego gabinetu. Spokojnym i pewnym krokiem.
Sprawiasz wrażenie wielkiego, potężnego, dumnego.
Pozwalasz, by szaleństwo zawładnęło twoim ciałem i umysłem, by adrenalina zmieszała się z chaosem w twoim sercu.
Rzucasz przelotne spojrzenie na dawną przyjaciółkę. Na tę parszywą zdrajczynię, która poświęciła cię dla stanowiska.
Niech zginie wraz z nim.
Ale najpierw on.
Patrzysz w jego szkarłatne oczy i widzisz tę bezgraniczną pychę, pewność siebie.
Ukruć to.

czwartek, 20 sierpnia 2015

XVII - Betrayed

Pisane oczami Rin

   Coś się działo złego... Nie wiedziałam jeszcze co, ale miałam bardzo złe przeczucia. Dotarła do mnie informacja, że Shiro zniknął ze szpitala, a potem był widziany z Adel. Co on znowu wyprawiał? Nawet Kuro siedziała jak na minie, niespokojna. Tak jak on, przesiadywała w oknie, obserwując świat zewnętrzny.
- Rin, on się chyba zatracił - szepnęła nie odrywając wzroku od ulicy - Ostatnio gdy go widziałam, zachowywał się... inaczej. Nie potrafił skupić myśli, przerywał w tracie mówienia. Wydawał się rozbity, a po sobie wiem, że tak się dzieje, gdy do głosu dochodzi element chaosu...
Jej fioletowe oczy przeniosły się na mnie, a ja wiedziałam, co chce powiedzieć. Shiro potrzebował mojego wsparcia, a ja się od niego odwróciłam. Zacisnęłam zęby powstrzymując się przed płaczem. Moje łzy nic tu nie dadzą, nie pomogą mojemu przyjacielowi wrócić do domu.
   Po kilku dniach odwiedzili nas przedstawiciele straży. Szukali go. Więc to prawda, że chcieli go zabrać, gdy był z naszą wspólną znajomą, która obecnie była pod bezpośrednią jurysdykcją przewodniczącego Rady Bogów...
Ja i Kuro zostałyśmy zabrane do jego siedziby, gdzie miałyśmy zdać relację z tego, jak Shiro się ostatnio zachowywał. Wyjdzie wtedy na jaw, że to przeze mnie cały ten element chaosu, czy jak to się tam zwało, zaczął dochodzić do głosu...
Siedziałam przed wysokim i szczupłym mężczyzną o oczach barwy krwi i włosach jasnych niczym promienie słońca. Mesmer patrzył na mnie uważnie, chociaż miałam wrażenie, że na dnie tego morza szkarłatu widzę pogardę. Nie od dziś wiadomo, że kami z wyższych stopni hierarchii mają sobie za nic bogów niżej postawionych od siebie. Smutne, ale prawdziwe. Musiał to być dla niego nie lada wysiłek, by nie przywołać na twarz grymasu obrzydzenia.
- Jesteś osobą, która jest najbliżej obiektu, którego poszukujemy - powiedział, a mnie przeszedł dreszcz, gdy potraktował Shiro tak przedmiotowo... - Możesz być źródłem istotnych informacji co do jego położenia, więc nie muszę cię chyba informować, że zatajenie jakichkolwiek faktów, które mogą mieć znaczenie dla Rady, będzie traktowane jako zdradę stanu, prawda?
Przełknęłam gulę, która narastała mi w gardle. Miałam do wyboru zdradzić Radę, albo przyjaciela. Po której stronie miałam się opowiedzieć?
   Leżałam skulona na łóżku i płakałam. Nie miałam wyboru, Shiro, wybacz mi. Chcę cię tylko odzyskać, rozumiesz?
Poczucie winy paliło mnie, niczym najpodlejsza sake, jaką można było kupić w zaułkach tego miasta. Słone łzy ściekały mi po policzkach, głowa zaczynała pulsować bólem.
Szelest za oknem.
Siadam i prowadzona przeczuciem podchodzę do niego i wyglądam na zewnątrz.
Nie widzę nic, ale w sercu czuję... ulgę?
I słyszę ten dobrze mi znany głos.
- Nie musisz się martwić. Wszystko rozumiem. Rozumiem, dlaczego to wszystko powiedziałaś. Czuję twoje poczucie winy, ale jest ono niepotrzebne. Sam wybrałem tę ścieżkę. Widać takie było moje przeznaczenie.
Oglądam się za siebie i widzę błękitne, zimne, świecące w ciemności oczy o pionowych źrenicach ayakashi i czuję, jak z twarzy odpływa mi krew.
Świat wiruje, ziemia usuwa mi się spod nóg i czuję, jak lecę w tył.
Ale nie upadam, bo chwytają mnie jego mocne, lecz delikatne dłonie. Unoszą mnie w górę, przytulają, kładą do łóżka i otulają kocem.
Tak, jak to robiły wiele, wiele razy.
Ostatkiem sił chwytam skrawek jego koszulki, błagam, żeby został. On spogląda na mnie, ale nie ma już tego chłodu. Jest żal, smutek i coś, czego nie potrafię rozpoznać. Zbliża twarz do mojej twarzy, szepcze kilka słów i...
całuje.
Kładzie się koło mnie, przytula i szepcze, że już jest dobrze. A ja osuwam się w czerń nieprzytomności.
   Budzą mnie hałasy i dźwięki szamotaniny. Siadam gwałtownie i widzę osiłków przyciskających Shiro do ziemi. Jeden wciska mu kolano między łopatki i przytrzymuje głowę przy ziemi, a drugi związuje ręce za plecami.
Słyszę jego ciche przekleństwa.
- Dobrze się spisałaś, Fatum - mówi jeden ze strażników - Gdybyś go nie zatrzymała tutaj na noc, pewnie znów by nam zwiał.
Shiro unosi głowę i patrzy na mnie z niedowierzaniem, a ja czuję, jak po twarzy znów spływają słone krople. Uciekam wzrokiem, byleby nie widzieć tej rozpaczy.
- Wybacz mi kiedyś, Shiro - szepczę, gdy go wyprowadzają jak przestępcę.

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

XVI - Friend

Pisane oczami Adel

   Jak co dzień siedziałam i porządkowałam dokumenty mojego szefa, obecnego przewodniczącego Rady Bogów, Mesmera. Należał do tego typu osób, które musiały mieć wszystko dokładnie ułożone na swoim specjalnie wyznaczonym miejscu, a gdy coś leży porozwalane, dostaje białej gorączki. Układałam właśnie pliki i akta z czasów, gdy stanowisko to zajmował Eriel, gdy w holu powstało niemałe zamieszanie. Kami zaczęli się sprzeczać, popychać, wykłócać. Jeden z nich mnie popchnął, a ja, ofiara losu, upuściłam wszystkie teczki, które leżały teraz na podłodze niczym papierowy dywan. Zaczęłam pośpiesznie zbierać dokumenty, ale jeden z podpisów przyciągnął moją uwagę... "Arma Viventem"...
Rozejrzałam się uważnie patrząc, czy ktoś mnie nie widzi i schowałam dokumenty do swojej torby. To może być ciekawe.
   Usiadłam w domu przy biurku i otworzyłam teczkę. Odręcznie pisane litery łechtały mile oczy. Widać ktoś bardzo długo ćwiczył kaligrafię, gdyż każda litera była dokładnie i precyzyjnie nakreślona. Czytałam uważnie każde słowo i czułam, jak odpływa mi krew z twarzy. Kto by pomyślał, że Rada Bogów robiła coś takiego?! Zwłaszcza, że... chłopak z opisu przypominał jednego mojego znajomego... Sudbę. Nie wiem, czy to możliwe, aby to on był jednym z tej dwójki...
Dotarłam do ostatniej strony. Pismo tu różniło się znacznie - widać to pisała już inna osoba, a i data była niedawna. Zaczęłam czytać.
Shiro zaczyna przejawiać oznaki niestabilności psychicznej. Stał się agresywny, niespokojny. Zaleca się zamknięcie obiektu pod obserwację.
Możliwy rozrost elementu chaosu.
Musiałam się zobaczyć z przyjacielem. I to jak najszybciej.
   Spotkaliśmy się w parku. Sudba wyglądał na zmęczonego, niewyspanego, trochę nieobecnego myślami. Uśmiechał się, lecz grymas nie dosięgał oczu, teraz błękitnych i zimnych niczym lód. Wyciągnęłam z torby pudełko z jego ulubionymi ciastkami, które piekłam dla niego przy każdym naszym spotkaniu. Podziękował cicho i ugryzł jedno. Zapanowała ciężka cisza.
- Sudba, wiesz, że mnie przenieśli do kancelarii przewodniczącego Rady? - zagadnęłam, skubiąc rąbek kraciastej spódnicy, którą wtedy założyłam.
- Naprawdę? - założył znów tę maskę uśmiechu - Gratuluję.
- Mhm. Zajmuję się tam porządkowaniem akt i dokumentów - zerknęłam na niego, lecz on wciąż spokojnie żuł ciastka - Trafiłam na bardzo ciekawe zapiski, których pierwsze zdania są jeszcze z czasów, gdy Radzie przewodniczył Eriel. A najnowsze są sprzed kilku dni.
Jego oczy o barwie nieba przeniosły się na mnie i wwiercały się nieprzyjemnie w moje. Przełknęłam ślinę żeby zwilżyć gardło i kontynuowałam.
- Akta zatytułowane są "Arma Viventem"…  - zauważyłam, że poruszył się niespokojnie, gryzł mocniej i dłużej każdy kawałek ciastka, a wzrok, przeniesiony znów gdzieś w dal, stał się nieobecny więc nie byłam pewna, czy wciąż mnie słucha - Traktują o dwójce istot...
- Przenieśmy się - mruknął - To nie miejsce, aby o tym rozmawiać. Jest tu za dużo osób.
Poszliśmy więc do mojego mieszkania, gdzie mogliśmy w spokoju kontynuować naszą konwersację. Zrobiłam mu kawy, którą niemal natychmiast wypił, usadowił się wygodnie na kanapie, westchnął parę razy i zaczął mówić.
- Wiem, co zawarte jest w tych aktach. Musiałaś czytać opisy, skoro skojarzyłaś że jednym z "obiektów", jak to ładnie jest tam określone, mogę być ja. Masz rację. Moje prawdziwe imię brzmi Shiro, jestem w tej chwili w połowie kami, w połowie ayakashi, choć początkowo moim elementem kontrolowanym był genom ludzki... - zawiesił głos i patrzył mi w oczy, obserwując moją reakcję. Było mi gorąco. Mój przyjaciel był efektem jakiegoś pieprzonego eksperymentu, a na dodatek chcieli go teraz schwytać i zamknąć, jak szczura laboratoryjnego...
Ale z drugiej strony... Sama widzę, jak się zmienił. Stał się wyprany z emocji, zimny, oschły. Co ja miałam robić...? Pomóc mu... czy wykonać mój obowiązek względem Rady...?
Siedział z zamkniętymi oczami, zamyślony. Wyglądał tak jak zawsze, gdy coś rozważał, analizował... I po cichu zaczął odliczać... od dziesięciu w dół.
A gdy doliczył do zera.
Łomotanie do drzwi.
Uśmiechnął się łagodnie, wstał i otworzył drzwi.
- Wybacz nam, Shiro. Ale jesteśmy tu po ciebie - dał się słyszeć głos jednego ze znanych mi strażników. A on stał. Odwrócił się tyłem do nich, twarzą do okna...
- Nie, panowie. To wy mi wybaczcie.
Jego oczy błysnęły, a oni wszyscy leżeli na ziemi. Z mojego gardła wydobył się krzyk. W jednej chwili on był już przy mnie, przytykając mi dłoń do ust, uniemożliwiając wydanie jakiegokolwiek dźwięku.
- Przepraszam, że cię w to wplątałem. Ale tak naprawdę sama sobie jesteś winna, bo to ty odnalazłaś te dokumenty. Czasem nie warto wtykać nosa w nieswoje sprawy.
Pocałował mnie lekko w czoło i zniknął.
Od tak.
Rozwiał się, niczym dym na wietrze.
Co tu się stało...?

niedziela, 16 sierpnia 2015

XV - Thoughts

   Leżałem w łóżku, wpatrując się w sufit. Cóż to był za dziwny sen... Mógłbym przysiąc, że odwiedził mnie mój ojciec, ale... Nie. To niemożliwe. Żaden ayakashi nie jest w stanie niepostrzeżenie przedostać się za mury miasta. A co dopiero taki silny...
Usiadłem na łóżku, a potem spuściłem nogi na podłogę. Wciąż byłem sam, nie musiałem się więc obawiać, że zostanę zmuszony, by dalej leżeć. Postanowiłem udać się do Ghose, bo może on będzie w stanie mi wyjaśnić choć część tego, co widziałem we śnie...
   Zapukałem do jego gabinetu. Jak zwykle siedział przy biurku i przeglądał jakieś papiery.
- Musimy porozmawiać - powiedziałem bez ogródek, nie siląc się na uprzejmy, formalny ton. - Mam bardzo złe przeczucia... I miałem dziwny sen. Może ty mi wyjaśnisz, co się dzieje...
Mężczyzna wskazał miejsce po drugiej stronie blatu, które bez słowa zająłem, po czym poprosił, bym mu wszystko opowiedział. Zrobiłem to, a jego twarz z każdą chwilą przybierała co raz to bielszą barwę.
- Nie jest dobrze... - szepnął i wstał - Musimy poinformować Eriela! On będzie wiedział, co robić.
- Ale... myślałem, że on nie jest już przewodniczącym Rady.
- Bo nie jest. Jednak tylko on jest w stanie odczytać twoje sny. Będzie wiedział, co Devonant chce zrobić.
Pognaliśmy więc do podziemi gmachu, gdzie swoją samotnię miał były przewodniczący. Nie zobaczyłem silnego, barczystego mężczyzny z mojego snu, lecz już leciwego, wręcz szeleszczącego staruszka, pochylonego nad księgą i jakimiś probówkami. Jego popielate włosy związane były w schludny kucyk, opadający do samych lędźwi. Doznałem szoku. Nie sądziłem, że kami mogą się tak starzeć.
- Erielu - zaczął Ghose - Poświęć nam chwilę. To sprawa wysokiej wagi.
Starzec przeniósł na nas spojrzenie srebrnych oczu, które na mój widok rozszerzyły się i zaiskrzyły. Podszedł do mnie, zaczął oglądać z każdej strony, mruczał pod nosem ciche uwagi, po czym kiwał głową drapiąc się lekko po haczykowatym nosie. Wyprostował się, ujął moją twarz w dłonie i spojrzał mi głęboko w oczy.
- A jednak widać podobieństwo do niej - mruknął, nieco niezadowolony - Myślałem, że uda nam się ukryć twoje powiązanie z nią. Ale przynajmniej nie jesteś podobny do niego.
- Do Devonanta - mruknąłem, a on zesztywniał - Miałem sen. Widziałem, jak nas stworzyłeś. Mnie i Kuro.
Ogarnęła mnie nagła złość, która po chwili jednak wyparowała. Zauważyłem, jak twarz Ghose się zmieniła. Zauważyłem, że był wystraszony. Eriel też wyglądał na zaniepokojonego. Zaciągnął mnie do pobliskiego pomieszczenia, posadził na jakimś fotelu, usiadł naprzeciw i wsparł głowę o ręce, przyglądając mi się uważnie.
- Nie możesz pozwolić, by coś takiego się działo - powiedział poważnie, lecz miękko, niczym dobry i łagodny nauczyciel - Nie wolno ci odłączać emocji, nieważne, jakie by nie były. To one warunkują kontrolę nad elementem chaosu. Musisz być świadom i o tym pamiętać, co by się nie działo. Jeśli to zrobisz podczas walki, możesz być pewien, że genom ayakashi zawładnie nad twoją ludzką częścią. A wtedy nie będzie już powrotu. Staniesz się taki, jak pan fantomów. Gorzej. Staniesz się jego poddanym, cieniem samego siebie, bezmózgą i pozbawioną własnej woli maszyną do zabijania.
- Czy nie o to ci chodziło, gdy tworzyłeś mnie i Kuro? - warknąłem czując, jak moje ciało zajmuje czysta furia - Czy nie broń właśnie chciałeś stworzyć? Żywych super żołnierzy do walki z ayakashi! Musiałeś mieć na uwadze, że nie będziesz mógł do końca nas kontrolować, prawda?
Nim spostrzegłem, trzymałem starca za gardło. Znów opanowała mną żądza mordu. Chciałem zgnieść jego krtań, rozbić czaszkę o mur. Pragnąłem rozszarpać go na kawałki za to, jak przez niego cierpiała Kuro. Jak ja przez niego cierpiałem. Drżałem cały ze złości i szaleństwa.
I usłyszałem ją.
- Zostaw, mój mały. - mówił delikatny głos - Nie możesz się tak złościć. To nieładnie.
Wszystkie moje mięśnie rozluźniły się, wzrok rozmazał, w uszach zaczęło dzwonić. Usłyszałem, jak Eriel się krztusi, klęcząc u moich nóg i łapiąc na nowo oddech, którego nie mógł przeze mnie zaczerpnąć. Co się ze mną działo? Nigdy przecież nie byłem tak agresywny, jak ostatnimi czasy. Czyżby rzeczywiście zawarty we mnie, należący do Devonanta element chaosu przezwyciężał ludzki genom Angeli? Szepnąłem przeprosiny, po czym wybiegłem stamtąd najprędzej, jak tylko mogłem.
   Było ciemno, a gwiazdy mrugały już na firmamencie ponad miastem. Leżałem na zboczach usypanych wałów przy rzece Serene, płynącej przez Triron. Zastanawiałem się, jak mogę przezwyciężyć rodzący się we mnie chaos, nieład... Jak mam powstrzymać ten akt zniszczenia, który tworzą moje ręce bez mojej wiedzy i zgody.
- Nie walcz z tym - usłyszałem ten nieprzyjemny chrapliwy głos - Wkrocz w cień i zajmij należne ci miejsce po mojej prawicy. Ten stary pryk Ca'thas nie będzie nam przeszkadzał. W końcu idiota dał się zamknąć w lochach Rady Bogów. Co za szkoda... Jednak razem... ty i ja... możemy zagarnąć jego moc i pozycję dla siebie! Co ty na to, synku?
Uniosłem wzrok i spojrzałem w te nieprzyjemne oczy o pionowej źrenicy. Ziejące nienawiścią do wszystkiego wokół oblicze miało w sobie jednak jakieś drapieżne piękno. Bałem się go. On podszedł i położył dłoń na mojej głowie.
- Zróbmy niespodziankę naszym kolegom z Rady Bogów, hmm?

XIV - Shadows from past

Pisane oczami Shiro

   Cisza przytłaczała. Zgniatała, miażdżyła, obracała w pył. Ostatnie co pamiętam... właśnie. Co to było? Wielki, ciemny kształt, chwytający mnie tuż po tym, jak wyszedłem z domu. Czym była ta istota...?
   Dzień był upalny, a wychodząc na dwór z chłodnej klatki miało się wrażenie zanurzenia w gorącej zupie. I nagle mrok. Nieprzenikniona niczym ciemność, a chwilę potem jestem w jakimś pełnym wilgoci pomieszczeniu z litego kamienia. A po środku stoi kobieta. Piękna, nie powiem. Długie, kręcone blond włosy, błękitne oczy świecące spod kurtyny jasnej grzywki. W ciągu miesiąca widzę ją już drugi raz, lecz teraz nie boję się. Nie tak jak wtedy, w świecie zjaw, gdy ujrzałem ją ostatnio.
Moja matka.
Stała w białej, prostej sukience, z łagodnym uśmiechem na twarzy.
- Czyli... będzie zdrowy? - szepnęła cicho, patrząc na kogoś stojącego pod ścianą - Mimo mej bezpłodności, on się narodzi i będzie zdrów, tak?
Nie usłyszałem odpowiedzi, ale mama uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Widać jej rozmówca skinął głową.
Wszystko się zmieniło. Pomieszczenie było murowane czerwoną cegłą. W ścianę wpuszczone było coś na kształt ogromnego słoju. A w nim... Dwa maluchy tulące się do siebie. Nie musiałem specjalnie się przyglądać by wiedzieć, kto to... Ja i Kuro... najdziwniejsze jest to, że nie pamiętałem jej. Nie odnajduję jej w żadnym moim wspomnieniu... Ale widać rozwijaliśmy się razem...
W cieniu ujrzałem jedyną osobę, która mogła tu trafić - Eriel, poprzedni przywódca Rady Bogów, prowadzący projekt "Arma Viventem"...
- Jak na stworzenia powstałe z tak skrajnych materiałów genetycznych, rozwijają się doskonale. Zwłaszcza ten młody. Nie sądziłem że tkanki Angeli i Devonanta tak idealnie się połączą. Ale te białe włosy... Nie odziedziczył ich ani po matce, ani po ojcu... W sumie to dobrze, bo nikomu nie przejdzie przez myśl, że ma coś z nimi wspólnego. Ale ona... córka Darel i Birmy... Odziedziczyła po matce włosy i sylwetkę, po ojcu oczy. To problematyczne. Zobaczymy, jak będzie się zachowywała względem innych kami, gdyż mam podejrzenia, że jej charakter będzie sprawiał nam kłopot. O chłopaka się tak nie obawiam. Angela jest osobą spokojną, a i Devonant był jednym z mniej aktywnych ayakashi. Nie dążył aż tak do walk, bitek i konfliktów. Będzie z niego dobry kami.
- Uważasz, że to dobry pomysł, żeby rozwijali się razem? - usłyszałem głos Ghose - Jeśli materiał się wymiesza, mogą mieć miejsce nieprzewidywalne w skutkach komplikacje. Choroby, zwyrodnienia... nic nie wiadomo.
- Nie chcę ich rozdzielać. Narodzili się w tym samym procesie, w tym samym momencie. Ciągnie ich do siebie niczym brata i siostrę. Pragnę aby ich umysły choć odrobinę się ze sobą złączyły. Między nimi musi wytworzyć się więź, dzięki czemu będą w stanie idealnie ze sobą współpracować. Ayakashi nie wybaczają, wiesz o tym, Ghose.
- Tak, panie, jestem tego świadom. Mam jednak nadzieję, że dopóki nie osiągną odpowiedniego wieku, nie wyślesz ich na pole walki...
On uśmiechnął się jedynie, odwrócił się na pięcie i wyszedł z pomieszczenia.
   Zostaliśmy rozdzieleni, gdy wyglądaliśmy na mniej więcej 10 lat. Nie wiem, czy w międzyczasie się budziliśmy, czy nie. Widziałem jednak, że mimo, że rozdzieleni, wciąż nas do siebie ciągnęło. Umieszczeni byliśmy w dwóch pojemnikach, stojących koło siebie. Kuro przytulała się do ścianki która była bliżej mnie, a ja do tej, która była bliżej niej. Jak mogli nam to zrobić...? Jak śmieli rozdzielić dwie bratnie dusze, dwie istoty, które jak sami powiedzieli, narodziły się w tym samym momencie, a między nimi miała narodzić się nierozerwalna, braterska więź? Zauważyłem, że Kuro ma otwarte oczy. Położyła dłoń na szklanej ścianie, która nas od siebie odgradzała. Poruszyła ustami, jakby mówiła jakieś słowo. Chwilę potem usłyszałem jej głos w swojej głowie.
- Braciszku.
Jej głos był delikatny i ulotny niczym dźwięk dzwonków na lekkim, wiosennym wietrze. Była taka łagodna, tak mała, że gdyby tylko ją dotknąć, rozpadłaby się na miliony maleńkich kryształowych kawałeczków, niczym porcelanowa lalka... Różniła się strasznie od Kuro, którą znałem teraz. Od tej stanowczej, buntowniczej dziewczyny.
- Braciszku, obudź się!
W tym momencie wszedł Eriel. Gdy ujrzał, że się obudziła, od razu nakazał wypompowanie cieczy, w której się znajdowała i ją zabrał. Patrzyłem ze zgrozą, jak wyciągała małe rączki w moja stronę płacząc, szlochając cichutko za mną, aż w końcu jak okłada tymi łapkami mocne, umięśnione plecy przewodniczącego Rady Bogów.
   Było bardzo cicho. Cisza przytłaczała, miażdżyła wszystko, ścierała na pył. Ostatnie co pamiętam to płacz małej dziewczynki odebranej swojemu bratu, nieświadomemu całej sytuacji. Śpiącemu w wielkim naczyniu przypominającym słój.
Gdy otworzyłem oczy zauważyłem, że jestem całkiem sam. Sam, nie licząc wielkiego cienia stojącego w kącie szpitalnego pokoju.
- Teraz już wiesz, kim jesteś, jak powstałeś - odezwał się - Świadom już jesteś tego, z czyjego ciała się narodziłeś.
- Kim jesteś? - szepnąłem, próbując skupić na nim wzrok i przezwyciężając straszny ból głowy.
- Jam jest Devonant. Ojciec cieni, pan fantomów, mrocznych ayakashi. Tak, dobrze pamiętasz. To moje ciało jest w twoim ciele. A teraz, mój synu - podszedł bliżej, ukazując szlachetną twarz okoloną popielatymi włosami - Czas odzyskać co nasze.

sobota, 15 sierpnia 2015

XIII - Fear

Pisane oczami Rin

Unikałam Shiro. Sama tak naprawdę nie wiedziałam czemu, ale… przerażał mnie. Niby zachowywał się dokładnie tak samo jak zawsze, lecz nie potrafiłam go traktować jak wcześniej. Świadomość, że jest ayakashi mnie przytłaczała. Co z tego, że tylko po części? Widziałam, jak niemal zabił tamtą dziewczynę. Widziałam w jego oczach tę koszmarną rządzę mordu, krwi. Skąd mogłam wiedzieć, że nie rzuci się zaraz na mnie? Nie potrafiłam przebywać ze spokojem w jego obecności. Dlatego postanowiłam go ignorować. Zero rozmów, zero interakcji. Cisza, spokój.
Ale ta Kuro… Dlaczego miał się opiekować tym potworem? Słyszałam kiedyś, że w podziemiach gmachu Rady Bogów istnieje istota potężna  i niebezpieczna. Agresywna… Jeden z naszych znajomych, pełniących rolę strażnika, opowiadał nam o niej. Mówił, że to kobieta nie posiadająca skrupułów. Opisał nam jej wygląd, a gdy zobaczyłam nową “podopieczną” Shiro, byłam pewna, że to o niej mowa. Czyżby i ona była stworzeniem takim jak on? Hybrydą? Okropnością?
Zadrżałam. Po plecach zaczął spływać zimny pot. Przecież mógł być w wielkim niebezpieczeństwie…! Chociaż z drugiej strony Shiro jest potężnym kami i potrafi walczyć, obronić się…
Spojrzałam na niego. Siedział znów na parapecie, wyglądając przez okno. Od kiedy wrócił z tą sałatką, nie odzywa się. A minęło kilka dni… Zaczynałam się o niego martwić chociaż wiem, że nie powinnam. Sama doprowadziłam do tego, że zaprzestał prób. To dobrze, ale dziwnie mi było nie słyszeć jego głosu.
- Shiro, trzeba iść do sklepu po zakupy – powiedziałam, zamykając książkę i zakładając buty.
- To idź – warknął pod nosem – Przecież dla mnie i tak nic nie kupujesz, więc po co mnie informujesz?
Przeniósł na mnie spojrzenie błękitnych oczu. Zimnych i pustych jak letnie niebo. Zatkało mnie, nie mogłam wydusić żadnego słowa, a po pewnej chwili zauważyłam, że przestałam nawet oddychać.
- Myślałam, że zechcesz pójść ze mną – szepnęłam, starając się zapanować nad drżeniem głosu – Wiesz, żebyś sobie coś wybrał.
- Nic nie chcę.
Skinęłam głową, zabrałam pieniądze i wyszłam. A gdy wróciłam... jego nie było.
   Było późno. Środek nocy, a jego wciąż nie było. Siedziałam przy oknie i czekałam, aż wróci. Pierwsze, co chciałam zrobić po jego powrocie, to przeprosić... Teraz widziałam, jak idiotycznie się zachowywałam, jak okropnie go traktowałam. Nie zauważyłam nawet, kiedy zasnęłam.
Ktoś pukał do drzwi. Poderwałam się, niewiele robiąc ze swoim wyglądem i pobiegłam do drzwi mając nadzieję, że to Shiro. Gdy otworzyłam, zamiast białowłosego chłopaka, zobaczyłam dziewczynę. Czarne, krótko obcięte włosy z fioletową grzywką i oczami w podobnym kolorze. Zadrżałam. To była ONA.
- Witaj, mam na imię Kuro - powiedziała miękkim głosem, a mój wzrok utkwiony był w srebrnym kolczyku umieszczonym pod jej dolną wargą - Shiro miał wczoraj do mnie przyjść, ale nie dotarł. Jest może w domu?
Poczułam jak krew odpływa mi z twarzy. Cały czas byłam pewna, że poszedł do niej... ale... skoro ona jest tu... jego u niej nie było, to gdzie on jest?! Wpadłam z powrotem do domu, zaczęłam chodzić w kółko, próbując coś wymyślić, dojść do tego, gdzie Shiro mógł zniknąć, ale nic mi nie przychodziło do głowy.
A po chwili poczułam jak podłoga usuwa mi się spod nóg, a świat niknie w mroku.
   Następną rzeczą którą pamiętam to to, że leżałam w swoim łóżku. Wszędzie było ciemno - widać już dawno zapadła noc. Słyszałam ściszone głosy należące do Kuro i Ghose.
- Wiadomo coś? - odezwała się dziewczyna, wyraźnie przejęta. Kroki niosące się po pokoju ucichły.
- Nie. Ciągle go szukają. Nikt nic nie wie, nikt nic nie widział. Zastanawia mnie, dlaczego Fatum nikomu nic nie zgłosiła...
- Pewnie myślała, że poszedł do mnie...
Zgrzytała zębami, a w jej głosie słychać było złość. Rozchyliłam powieki i rozejrzałam się. Dziewczyna siedziała na stołeczku przy stole, a staruszek chodził w kółko po pokoju. Gdy zauważyli że się obudziłam, zaczęli zadawać mi pytania. A zwłaszcza mój przełożony. Chciał wiedzieć, kiedy spostrzegłam zniknięcie Shiro, w jakich okolicznościach się rozstaliśmy i tak dalej. Kiedy skończyłam opowiadać o tym, jak napięta była między nami sytuacja... kiedy powiedziałam, że tak naprawdę to wszystko z mojej winy, cała tama trzymająca moje emocje na wodzy, przestała istnieć. Potoki łez zaczęły spływać po policzkach znacząc słone ścieżki. Jak mogłam go tak potraktować? Przecież znam go od zawsze, nigdy mnie nie zawiódł, nie zostawił, nie porzucił... Opiekował się mną od kiedy pamiętam. To przecież dzięki niemu jestem tym, kim jestem, więc dlaczego go tak zraniłam?
Poczułam czyjeś dłonie na plecach, delikatne objęcie, a gdy podniosłam wzrok, zobaczyłam leciutki blask fioletowych oczu. Kuro tuliła mnie lekko, starając się nie wystraszyć. Widać Shiro powiedział jej o mojej reakcji... Rozszlochałam się jeszcze bardziej i wtuliłam w dziewczynę, której jeszcze kilka godzin temu bałam się jak ayakashi świętej wody.
   Minęły trzy dni. Żadnych wieści o tym, gdzie jest Shiro. Kolejne 72 godziny strachu.
I wreszcie telefon.
Znaleźli go.
Jest w szpitalu, ale żyje.
Pognałam jak najprędzej do Kuro i jej powiedziałam, po czym obydwie pobiegłyśmy do szpitala. Gdy weszłyśmy na salę na której leżał, zamarłam. Cały posiniaczony, podrapany, poobijany. Głowę miał owiniętą ciasno bandażem, który w jednym miejscu przesiąkał krwią.
Podeszłam na miękkich nogach do jego łóżka i usiadłam. Ujęłam delikatnie jego dłoń, która była strasznie zimna i zaczęłam do niego mówić. Szeptać przeprosiny i mieć nadzieję, że leżący bez przytomności chłopak usłyszy i mi wybaczy.
Bo nie chcę stracić takiego przyjaciela.
I osoby, którą kocham.

XII - Myself

   Shiro wciąż mało się odzywał. Wyglądał tak, jakby go coś trapiło. Nie dziwiłam mu się do końca. To musiało być dość szokujące, dowiedzieć się, że nie jesteś tym, za kogo się uważasz. U mnie wyglądało to inaczej. Od początku wiedziałam, czym jestem. Zawsze byłam traktowana przez moich "opiekunów" jak ktoś gorszy od nich, ohydztwo, zarazę. Nie rozumiałam tego, przecież wyglądałam, żyłam, czułam jak oni.
Byłam bita czasem bez wyraźnego powodu, a w snach nie zaznawałam spokoju bojąc się, że w nocy też nie dadzą mi odpocząć.
Szłam powoli za Shiro, patrząc na jego plecy. Był dobrze zbudowany, jak przystało na chłopaka w jego wieku. Mięśnie szerokich barków wybijały się lekko spod koszulki. Mówił coś do mnie, ale nie słuchałam. Musiał to zauważyć, bo zatrzymał się, obrócił do mnie i zapytał, co mówił.
- N...nie słuchałam - mruknęłam, zakłopotana. Zaraz... czemu byłam taka speszona? Westchnął i zaczął jeszcze raz.
- Zadaniem pomniejszych kami, jak my, jest wykonywanie zadań przydzielonych przez Radę Bogów, instytucję sprawującą zwierzchnictwo nad wszystkimi bóstwami. Czasami, gdy wyżej postawieni w hierarchii nie mogą wykonać z jakichś przyczyn swojego przydziału, spada to na nas.
- Czyli jesteśmy od wykonywania brudnej roboty...? - obruszyłam się - Czy nie powinno panować równouprawnienie bez względu na zajmowany szczebel drabiny...
On tylko wzruszył ramionami. Widać pogodzony był z tym, że jest wyzyskiwany przez wyżej postawionych od niego. Dlaczego się nie postawi? Gdy go o to spytałam, odpowiedział, że właśnie to uwarunkowało jego możliwość życia wśród innych. On był tym spokojnym, podporządkowanym, wykonującym każde zadanie bez słowa sprzeciwu.
- W innych wypadkach jesteśmy wysyłani do walki ze zjawami - kontynuował - Nie jesteśmy co prawda traktowani zbyt dobrze, ale stanowimy coś na kształt straży przedniej, chroniącej to miasto.
Rozejrzałam się uważnie. To prawda. Miasto było piękne - małe, ściśnięte budyneczki z pięknymi krużgankami, balkonami, tarasikami, pełne kwiatów. Urocze miejsce do zamieszkania.
- Gdzie my właściwie idziemy? - mruknęłam. On się tylko uśmiechnął i wszedł w jedną z bram pobliskiej kamieniczki. Gdy weszłam za nim, moim oczom ukazało się całkiem ładnie wykończone podwórze. Ściany otynkowane w jasnym beżu powiększały optycznie ten ciasny skrawek miejsca. Przy wejściu do każdej klatki schodowej stały rabaty z niezapominajkami. Nieco zbyt jasno dla mnie, gdyż preferuję ciemne kolory jak czerń, fiolety, granaty... Weszliśmy do jednej z klatek schodowych, potem na trzecie piętro, drzwi na lewo z numerem 60. Gdy Shiro otworzył drzwi z klucza wyjętego z kieszeni, ukazało nam się małe, lecz przestronne mieszanko. Na wprost był jeden pokój, po prawej kuchnia, a po lewej łazienka.
- Co to ma znaczyć...? - patrzyłam bez zrozumienia.
- Od teraz to jest twoje mieszkanie - powiedział, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.
- No dobrze, ale... mam tu mieszkać sama?
- No. Jeśli wyjrzysz przez okno, widzisz ulicę i podobny budynek na przeciwko - wskazał palcem - Tam mieszkam ja z moją przyjaciółką. Tamto okno.
Jeżeli myślał, że uda mu się mi wcisnąć kit, że to tylko jego przyjaciółka, to się grubo mylił. Widziałam, jak zaiskrzyły mu oczy, gdy tylko o niej wspomniał. Gdy o nią spytałam, nagle posmutniał i szybko zmienił temat.
Shiro... co się dzieje w twojej głowie?
Nie wiedziałam czemu, ale zapragnęłam, aby zwierzył mi się ze wszystkiego. Pragnęłam, aby otworzył się na mnie, zaufał mi. Chciałam... chciałam...
Właśnie... Czego ja właściwie chciałam?
Chyba tak bardzo pragnęłam... nie, potrzebowałam jego uwagi, akceptacji. Potrzebowałam, aby ktoś wreszcie chciał się mną zaopiekować, a nie tylko...
Nie zauważyłam, jak po moich policzkach spływały łzy. Słone krople kapały na podłogę. Shiro spojrzał na mnie, a jego błękitne oczy rozszerzyły się w zdziwieniu. Nie rozumiał, dlaczego płaczę. Ale nie pytał.
Podszedł i mnie objął...
Bez słowa.
   Kilka dni zajęło mi zaaklimatyzowanie się w nowym miejscu. Mimo święcących mi w nocy prosto w okna latarni ulicznych, mieszkało się przytulnie i wygodnie. Łóżko miękkie, duże, łazienka mała, ale urządzona tak, że nie czuło się tego kompletnie, kuchnia doskonale wyposażona, dająca wiele możliwości do eksperymentowania z różnymi potrawami.
Któregoś dnia, gdy Shiro przyszedł mnie odwiedzić, zapytałam go, skąd mogę znaleźć przepisy. Zaprowadził mnie więc do księgarni(wcześniej pilnując bym zamknęła drzwi). Przeglądałam najróżniejsze książki, różnych autorów z różnymi składnikami. Sałatki, zupy, desery, dania obiadowe, uroczyste kolacje. Patrząc na zdjęcia ślinka sama leciała z ust. Ze sklepu wyszłam z czterema książkami, a po powrocie zaczęłam pichcić. Mój przybrany brat, bo do takich chyba już stosunków należy to sprowadzać, pomagał mi kroić i obierać warzywa. Po około dwóch godzinach zmagania się z tępymi nożami, udało się wywalczyć całkiem jadalną sałatkę. A Shiro postanowił zanieść trochę swojej przyjaciółce.

Pisane oczami Shiro

   Wszedłem do domu, niosąc pudełko z sałatką. Rin siedziała i czytała jakąś książkę. Wciąż się nie odzywała, a ja czułem, jakby cała radość mojego życia znikała.
Jakbym ja znikał.
Ignorowała mnie, nie odpowiadała na zadane pytania, robiła zakupy tylko dla siebie. Jakby mnie nie było. Tylko przy Kuro czułem, że istnieję.
- Zrobiliśmy z Kuro sałatkę - powiedziałem cicho lecz tak, by na pewno usłyszała. Nie było jednak żadnego odzewu. Serce zapiekło smutkiem, do gardła podjechała gula, a ja poczułem jak coś we mnie pęka. Wszystkie emocje wyparowały, smutek, żal, uczucie samotności... wszystko.
Wyparowało, zniknęło, przestało istnieć.
Pozostała tylko pusta skorupa o imieniu Shiro.

czwartek, 13 sierpnia 2015

XI - Kuro

Pisane oczami Kuro

   Nienawidziłam tej klitki. Mokre, pełne grzybów i pleśni ściany nie dodawały temu miejsca uroku. Wyglądałam przez małe, zakratowane okienko, obserwując księżyc w pełni, wędrujący po firmamencie.
Od kiedy pamiętam, jestem sama. Jedyne osoby, jakie widuję to staruszek Ghose, zadufany w sobie Sablo i ta stara prukwa Aalild, głowa żeńskiej części Rady... Ale najgorszy z nich jest Kilian... Zadufany w sobie profesorek, który traktuje mnie gorzej niż trędowatego służącego. Traktuje mnie jak dziecko, nie szanuje...
Usłyszałam, jak pilnujący mnie strażnicy rozmawiają ze sobą. Jutro miał ktoś przyjść. Ktoś ważny, jakiś chłopak, pomniejsze bóstwo. Pewnie kolejny wysłany przez Radę, mający mnie "okiełznać". Miałam już tego dosyć.
   Przyszedł rano. Był to kami mniej więcej w moim wieku, krótkie, białe włosy, bystre, błękitne oczy. Od razu go znielubiłam. Był taki... dobry. Szczerość, przyjaźń, miłość i inne takie wartości to pewnie dla niego normalka. Bleh... rzygać się chce. I ten jego łagodny uśmiech, który przyprawiłby o cukrzycę człowieka niejedzącego słodyczy...
- Witaj, Kuro - powiedział, a mnie zdziwił fakt, że mimo całej tej dobroci w oczach, jego głos wyprany był z emocji - Jestem Shiro. Chciałbym pomóc ci wyjść do świata.
- Ale ja nie chcę - burknęłam - Dobrze mi tu.
Jedna z jego brwi powędrowała do góry.
- Wiem, czym jesteś - powiedział wciąż tym bezbarwnym głosem - Jesteś efektem zmieszania genu ludzkiego z genem ayakashi, a wszyscy, z którymi miałaś kontakt traktują cię przedmiotowo, trzymają w zamknięciu. A ty nie rozumiesz dlaczego, prawda?
Patrzyłam na niego, nie rozumiejąc. Kim on do diabła był, że to wiedział? Jego błękitne oczy, wciąż wyrażające bezgraniczną dobroć, nie pozwalały wyczytać nic innego.
Wyciągnął do mnie rękę. Patrzyłam na niego jakiś czas i w końcu zdecydowałam się podać mu swoją. Pomógł mi wstać i wyprowadził mnie z mojej klitki.
   Pierwszy raz byłam w mieście, a Shiro zdecydował że pierwszym miejscem jakie odwiedzimy będzie sklep z ubraniami. Musiałam mu przyznać rację - moja obecna garderoba pozostawiała wiele do życzenia. Przeglądałam więc wszystkie wieszaki i półki z ubraniami damskimi. Nie mogłam jednak znaleźć nic dla siebie. Wszystkie ciuchy były w jaskrawych kolorach, których nienawidzę, bądź miały nieodpowiedni krój. Towarzyszący mi chłopak obserwował mnie uważnie.
- Może ci pomogę - zaoferował - Powiedz mi, czego szukasz.
Puściłam jego propozycję mimo uszu bo co jak co, ale potrafię znaleźć sobie ubranie. Z nową siłą zaczęłam przeglądać wieszaki.
I znalazłam.
Fioletowa koszula na guziki i czarne rurki. Pognałam do przebieralni i założyłam znalezione przeze mnie ciuszki. Zachwycił mnie łańcuch zwisający przy lewym biodrze, na którym wesoło kołysały się srebrne czaszeczki, szczerząc swoje metalowe zęby. Gdy wyszłam, zauważyłam niezbyt tęgą minę Shiro. Widać nie podobał mu się mój styl bycia, ale nie zamierzałam ze względu na niego zmieniać mojego wizerunku.
Następny był sklep obuwniczy. I pierwsze co zauważyłam, to cudowne, sięgające połowy łydki, pełne klamerek glany. Zakochałam się. Rzuciłam się do półki i zaczęłam przymierzać, szukać swojego rozmiaru. I znalazłam. Wyszłam więc z kolejnego sklepu z jedną cudowną rzeczą więcej. Spojrzałam na towarzyszącego mi chłopaka. Wciąż był ponury i jakby nieobecny.
- Dlaczego przyszedłeś do mnie - zagadnęłam. Uniósł na mnie spojrzenie swoich błękitnych oczu, a na ustach zamajaczył uśmiech.
- Rozmawiałem z Ghose - powiedział cicho, zrównując się ze mną - Miałem do niego kilka pytań i dowiedziałem się o tobie. Zostałem poproszony, by ci pomóc.
- Co się stało, że zgodziłeś się sprawować opiekę nad hybrydą człowieka i ayakashi? Bo jestem pewna, że o tym doskonale wiesz.
- Wiem. I powiem więcej. Ja też jestem hybrydą. Mam za zadanie pokazać ci, że mamy możliwość życia wśród innych kami.
Zdziwiłam się. Nie spodziewałam się, że jest jeszcze ktoś taki jak ja. Był tak inny, tak różny ode mnie... Byliśmy swoimi przeciwieństwami, lustrzanymi odbiciami...
Myślę, że może jednak uda mi się go polubić...

środa, 12 sierpnia 2015

X - Living Weapon

   Chciałem jakoś wynagrodzić Rin ostatnie wydarzenia. Całe to porwanie i te, jakby nie było, dość niecodzienne nowiny... Czułem się dość przez to nieswojo.
Pół ayakashi...
Siedzieliśmy w lodziarni - ona, zajadając sorbet malinowy, a ja popijając mrożoną kawę. Ciągle czułem na sobie jej spojrzenie. Uniosłem wzrok, nasze oczy się spotkały, lecz ona uciekła. Poczułem ukłucie smutku, że moja przyjaciółka nie jest w stanie spojrzeć mi w oczy. Nie wiem... czy jakoś się zmieniłem? Czy miałem już pionowe źrenice charakteryzujące zjawy...?
Westchnąłem i pilnowałem się, by nie spojrzeć jej w oczy... by w ogóle na nią nie patrzeć. Było mi przykro...
Gdy skończyliśmy i zapłaciłem, ruszyliśmy w miasto. Milczałem. Nie miałem ochoty rozmawiać bo wiedziałem, że Rin albo mi nie odpowie, albo coś mruknie, bąknie i będzie unikała rozmowy. A myślałem, że wczoraj wszystko wyjaśniliśmy...
Zacząłem częściej wychodzić z domu, chcąc jak najmniej przebywać w tej ciężkiej i nieprzyjemnej atmosferze. Chodziłem po pobliskim parku, siedziałem na ławce i obserwowałam grupki kami, którzy wyszli spędzić ze sobą czas. Śmiali się. Wydawałoby się, że jeszcze chwilę temu siedziałem tak z Rin... śmialiśmy się przy kubkach pełnych wina jabłkowego, żartowaliśmy w towarzystwie innych naszych zaprzyjaźnionych pomniejszych bóstw... A teraz...
Boi się mnie.
Zastanawiałem się co raz częściej, czy nie byłoby lepiej, gdybym zginął wtedy, w wymiarze ayakashi... Rin nie stałaby się ofiarą Elli... nie byłaby zagrożona. Nie bałaby się mnie.
Zawędrowałem do Rady Bogów, by spotkać się z naszym przełożonym, Ghose. Uśmiechnął się na mój widok, a ja, nie wiedzieć czemu odczułem, że uśmiech ten jest pełen obłudy. Przypomniałem sobie słowa Elli, że ci wszyscy najwyżsi bogowie, przewodniczący Rady, pragną zrobić ze mnie broń przeciwko Ayakashi... Czy i on był w to zamieszany...? Czy mogłem mu ufać?
- Sir, powiedz mi... - szepnąłem postanawiając zaryzykować - Czy może powstać pół ayakashi, pół bóstwo?
Staruszek spojrzał na mnie nieco zdziwiony. Jego złote oczy patrzyły na mnie z niepokojem zza okularów w srebrnej oprawie. Złapał mnie za rękaw i gdzieś pociągnął.
- A więc ci powiedziała - mruknął, prowadząc mnie przez korytarz - Wyjawiła ci tajemnicę Rady. Poprzedni przewodniczący potajemnie prowadził projekt "Arma Viventem", żywa broń... Jego zadaniem było połączyć genom ludzki z genomem ayakashi - element kontrolowany z elementem mocy, zwanym inaczej elementem chaosu... Brałem udział w tym przedsięwzięciu, a moim zadaniem było znaleźć odpowiedniego ludzkiego dawcę. Odnajdowanie odpowiednich dawców wśród zjaw należało do obowiązków Kiliana, przedstawiciela sylfidów - Ghose wprowadził mnie do jakiejś ciemnej komnaty i zaczął przeglądać jakąś księgę - Wybieraliśmy najlepszych kandydatów. Najsilniejsze zjawy i najczystrzych ludzi.
- Najczęściej kobiety... - wtrąciłem, a staruszek zastygł.
- Tak - szepnął - Najczęściej kobiety. A spośród ayakashi wybieraliśmy tych płci męskiej. Jednak nie zmuszaliśmy ich do zbliżenia. Kobiety dobrowolnie dawały nam swoje próbki, a zjawy... cóż. Nie miały nic do powiedzenia.
Stałem i obserwowałem wertującego książkę mężczyznę. Dlaczego mi to właściwie mówił? Co miał na celu udzielając mi tych wszystkich informacji? Gdy go o to spytałem, przeniósł na mnie swoje złote spojrzenie.
- Powstały tylko dwie hybrydy - powiedział cicho - Dwie hybrydy o różnych płciach. Jedną z nich jesteś ty, Shiro.
- A ta dziewczyna?
- Kuro. Jest w tej chwili pod kontrolą Rady Bogów. Ty byłeś na tyle spokojny i stabilny emocjonalnie, że starsi wyrazili zgodę na wypuszczenie cię do ludzi, innych kami. Ona jest twoim dokładnym przeciwieństwem. Agresywna, wybuchowa, impulsywna. Jest zbyt groźna, by ją puścić samopas. Potrzebny jest ktoś, kto pokaże jej drogę. Ktoś, kto pokaże jej, jak nad sobą panować, służyć wyższemu celowi...
- I jak być dobrą bronią przeciwko ayakashi - przerwałem mu - Ella miała jednak rację... Rada chce wykorzystać takich jak ja jako żywą broń, żywą tarczę... tanią siłę do walki ze zjawami... Może i zostałem przez was stworzony, ale ja też czuję, też żyję, też mam marzenia... i osoby, na których mi zależy. Też potrafię kochać.
- I właśnie ta miłość cię wyróżnia, Shiro.
Zacisnąłem pięści. Ta miłość, którą czułem do Rin miała być swoistym napędem popychającym mnie do działania. Miała być motywacją do walki, niszczenia, zabijania zjaw. To ta miłość, sztucznie stworzona przez wyższych bogów, była motorem moich wszystkich dotychczasowych działań, podjętych decyzji...
To wszystko zaczęło mnie przytłaczać. Nie wiedziałem, co myśleć.
Nie byłem zwykłym kami, jak dotąd myślałem. Nie byłem nawet naturalną hybrydą, efektem czegoś podobnego do tego największego uczucia, które może miało szansę zrodzić się między ayakashi a człowiekiem... Nie. Ja byłem efektem próby stworzenia super żołnierza, marionetki, którą można manipulować, jak tylko się zapragnie...
Teraz rozumiałem, dlaczego Rin się mnie tak bała... Gdzieś w środku pewnie czuła, że nie jestem kimś normalnym, że stanowię dla niej zagrożenie...
- Teraz to będzie twoja misja, Shiro - przerwał me rozmyślania Ghose. Poderwałem więc głowę i spojrzałem na niego - Twoją misją będzie przygotowanie Kuro do życia wśród innych kami. Będziesz musiał nauczyć ją naszych zasad, trybu życia.
- Tyle, że obecnie ja sam potrzebuję pomocy...
Na twarzy starca pojawił się niepokój.
- Podczas ostatniego starcia z Ellą straciłem nad sobą panowanie. Niemal ją zabiłem...
Mężczyzna podszedł do mnie, chwycił za ramiona.
- Musisz to kontrolować - potrząsnął mną lekko, jakby pragnąc zbudzić z koszmaru - Jeżeli zabijesz podczas tego stanu, krew cię oszołomi i zatracisz się w mocy ayakashi. Wbrew pozorom twoja natura nie należy do stabilnych. Musisz kontrolować żądzę mordu, krwi! Jeżeli przekroczysz tę granicę, nie będzie dla ciebie ratunku...
Poczułem, jakby ktoś uderzył mnie z całej siły w brzuch. A więc to tak się sprawy miały. Miałem być bronią, ale przy najmniejszym nieposłuszeństwie zostałbym unicestwiony...
Teraz wszystko przedstawiało się zupełnie inaczej...

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

IX - Truth pt II

   Ayakashi stała przy Rin, przytykając jej nóż do gardła. Musiałem coś szybko wymyślić, inaczej moja przyjaciółka mogła stracić życie... Zaciskałem bezwiednie pięści na rękojeści mojego miecza.
- Nawet o tym nie myśl - powiedziała zjawa - Jeśli dobędziesz miecza, zabiję ją.
Szczerzyła się do mnie w upiornym uśmiechu osoby o pomieszanych zmysłach. Szare, przerażające oczy skrzyły się niebezpiecznie, przenosząc się to na trzymany przez nią sztylet, no na mnie. Obserwowała uważnie moje reakcje, moje ruchy, każde spięcie mięśni. Czekała najmniejszą oznakę z mojej strony, że zamierzam zaatakować. Wtedy zabije Rin.
Myśl, Sudba, myśl!
Zgrzytnąłem nerwowo zębami, a ona się wyszczerzyła.
- Co... zdenerwowany? - zakpiła - Jak to jest być w sytuacji bez wyjścia? Jak to jest wiedzieć, że najmniejszy błąd będzie kosztował twoją przyjaciółeczkę życie? Dasz radę żyć bez swojej drugiej połówki?
Jej śmiech ranił uszy. Był ostry niczym kawałki szkła wbijające się w bębenki...
- Czego ty w ogóle ode mnie chcesz? - wycedziłem już porządnie zirytowany, na co ona się zaśmiała jeszcze głośniej - Kim ty jesteś?
- Ach, no tak - zamyśliła się - Nawet ci się nie przedstawiłam! Gdzie są moje maniery - wyszczerzyła się w parodii uśmiechu i wolną dłonią odgarnęła włosy z czoła - Jestem Ella. Córka Ca'thasa, króla zjaw.
Przełknąłem ślinę. Aleśmy się wpakowali... Całą siłą woli powstrzymywałem ciało od drżenia ze strachu. Nie wiedziałem, czy dziewczyna widzi moje starania w zachowaniu spokoju. Jej oczy iskrzyły się złowrogo, szaleńczo.
- A co do moich planów... - uśmiechnęła się słodko - Chcę uwolnić ojca.
- Nie pomogę ci w tym!
Przycisnęła mocniej sztylet do gardła Rin, zadając nieme pytanie - jesteś pewien, że nie będziesz współpracował. Trząsłem się ze złości, bezsilności i strachu... Nawet nie o siebie, tylko o nią... o moją przyjaciółkę i w tej chwili jedyną mi bliską osobę.
Zamknąłem oczy. Myśl.
Jeśli jesteś w połowie zjawą, to powinienem móc wykorzystać choć część ich umiejętności. Siłę umysłu. Nadludzką zręczność, szybkość... Skup się Sudba... nie... nie Sudba. Shiro! Skup się, poznaj na nowo swe ciało, umiejętności, możliwości. Naucz się tego, czego dotąd nie znałeś. Uderz. Tnij. Rozszarp.
Zabij.
W mgnieniu oka stoję koło Elli, przytykając jej ostrze miecza do klatki piersiowej. Wciąż mam zamknięte oczy, ale doskonale wiem, co gdzie się znajduje. Wyczuwam to. Słyszę jak serce Fatum tłucze się w piersi, pełne przerażenia, napędzane ogromną dawką adrenaliny.
Uratuję ją.
- Wypuść moją przyjaciółkę - wycedziłem, wściekły, drżąc cały od rozpierającej mnie fali gniewu i nienawiści - Puść ją, albo cię zniszczę.
Sztylet wypał z jej ręki. Spojrzałem na nią i kazałem jej odsunąć się od Rin. Ciągle mierząc ją wzrokiem, zmuszałem by się odsunęła, popychając końcem ostrza jej klatkę piersiową. Na twarzy widniał strach, oczy, do tej pory pełne kpiny i pewności siebie, teraz zmatowiały, biegały wokół, jakby szukając drogi ucieczki. Ale żadnej nie było. Przyparłem ją do ściany, przycisnąłem nieco mocniej miecz do jej ciała i poczułem dziwne uczucie. Krew szumiała mi w głowie, zmysły się wyostrzyły. Czułem zapach jej potu... chociaż nie. To była woń strachu. Czystego przerażenia, które dodawało mi sił. Pragnąłem, by cierpiała, bała się, błagała o litość. Błagała o życie.
To była chęć mordu.
- No dalej - szepnęła Ella - Zabij mnie. Udowodnij, że jesteś taki, jak ja. Udowodnij, że płynie w tobie krew ayakashi! Daj się ponieść żądzy krwi!
Odrzuciłem miecz i jedyne co zrobiłem, to uderzyłem ją z całej siły prawym sierpowym w policzek. Wiele mnie kosztowało pohamowanie tych przerażających mnie instynktów, ale wiedziałem, że jeśli się nie opanuję, nie będę już sobą. Nie będę niższym kami, który służy Radzie Bogów... stanę się machiną do zabijania, czymś, co sam miałem tępić.
Ayakashi. Zjawą.. a może już demonem.
   Rin milczała. Siedzieliśmy w naszym mieszkanku. Ella trafiła do lochów w gmachu Rady, a mimo to wciąż czułem słodki zapach jej przerażenia...
Spojrzałem na przyjaciółkę. Leżała w łóżku, owinięta szczelnie kołdrą. Nie wiedziałem, czy się mnie bała, czy była w szoku... czy może już mnie nienawidziła...
- Rin... - szepnąłem, lecz odpowiedziała mi cisza - Nic nie wiedziałem o tym, że jestem w połowie zjawą... Nie ukrywałem nic przed tobą...
Spuściłem głowę i zamilkłem. Nie chciałem pogarszać sytuacji, która i tak była już nieciekawa.
- Przepraszam...
Nie chciałem nic więcej już mówić. Siedziałem więc skulony na parapecie okna i w ciszy oglądałem obrazy dnia codziennego miasta... Nawet nie zauważyłem, kiedy zasnąłem.
Obudziłem się w łóżku, niesamowicie zdziwiony. Gdy otworzyłem oczy, zauważyłem, że koło mnie leży Rin, wtulając się we mnie i łkając mi cicho w pierś. Położyłem jej delikatnie dłoń na głowie i zacząłem głaskać, uspokajając i szepcząc przy tym cicho.
- Nie rób tak więcej - wyszlochała - Nie strasz mnie... i nie zostawiaj. Boję się ciebie stracić... ale boję się też, że do końca upodobnisz się do zjaw. Wtedy musiałabym cię zabić... a wiesz, że nie byłabym w stanie tego zrobić.
Pokiwałem tylko głową i przytuliłem ją mocniej. Ważne, abym nauczył się to kontrolować... ale do tego potrzebuję pomocy.
Tylko kto mi jej udzieli?

niedziela, 9 sierpnia 2015

VIII - Truth pt I

   Świat wirował. Nie mogłem odnaleźć góry, ani dołu... unosiłem się w jakiejś dziwnej przestrzeni, a czułem się jak we wnętrzu piłki, która toczy się ze zbocza... Co się ze mną dzieje?
Leżę w szpitalu już trzeci dzień. Trzeci dzień męczy mnie ten dziwny sen. Najgorsze jest to, że budzę się potem jeszcze bardziej zmęczony... Rin przesiaduje przy mnie, troszczy się mimo, że sama jest wyczerpana. Kręci głową, gdy każę jej iść do domu i odpocząć... A ona marniała w oczach.
Któregoś dnia nie przyszła. Byłem pewien, że została w domu, żeby odpocząć... ale gdy nie przyszła następnego dnia, zacząłem się bać. Może coś jej się stało?
   Po tygodniu siedzenia w szpitalu wreszcie mogłem wrócić do domu. Wpadłem jak wicher, ale jedyne co zastałem to puste mieszkanie. Wszędzie panował bałagan - wyrzucone szuflady, rozrzucone papiery, ubrania... rozbita szyba w oknie. Poczułem jak cała krew z twarzy odpływa mi do stóp, a w uszach nieprzyjemnie szumi...
Kto mógł ją porwać...?
I w tej chwili doznałem olśnienia... Tamta dziewczyna musiała to zrobić. Nic by jej nie powstrzymało, żeby mnie dorwać. Tak jak wtedy.
Otworzyłem na oścież drzwi od szafy i wyciągnąłem swój mundur. Dobrze dopasowana czarna skóra powitała mnie cichym skrzypnięciem. Płaszcz, mimo że dawno nie używany, ani trochę się nie zniszczył - złota pieczęć na plecach lśniła, a klamry zadźwięczały śpiewnie i metalicznie tak, jak za pierwszym razem, gdy go założyłem. Za drugą tylną ścianą ukryty był mój miecz. Ciężki, dwuręczny, doskonały przyjaciel w każdej bitce - nieważne, czy na śmierć i życie, czy w zwykłej przyjacielskiej potyczce. Niewiele już myśląc, wybiegłem na dwór, by namierzyć tę zjawę.
   Nie szukałem długo. A właściwie... nie szukałem wcale, bo dopilnowała, abym od razu wpadł na jej ślad. Co z tego, że to mogła być pułapka? Po pierwsze, tak na prawdę, to na to liczyłem. A po drugie. Cóż. Przede wszystkim chodziło mi o uwolnienie Rin. Wkroczyłem więc do jaskini lwa.
Kryjówką dziewczyny okazał się opuszczony klasztor. Stara budowla została już nadgryziona zębem czasu - tynk odpadał, ukazując ceglane wnętrzności ścian, mury kruszały szczerząc szczerbate kraty... Niezbyt przyjemne miejsce. Szedłem więc korytarzami tej dawnej siedziby mnichów, podążając za wskazówkami - krwawymi odciskami dłoni, a jedyną myślą, jaka nawiedzała mój umysł było pytanie, do kogo należała owa krew. W duchu modliłem się, oby nie była własnością mej przyjaciółki...
- Widzę, że dotarłeś - usłyszałem wysoki, pełen radości głos. Ayakashi stała przy Rin. Ta, przywiązana do krzesła, z zakneblowanymi ustami patrzyła na mnie oczami pełnymi łez. Uśmiechnąłem się do niej, chcąc dodać jej otuchy. - Nie mogłyśmy się z Fatum na ciebie doczekać, prawda? Rozmawiałyśmy sobie o tobie. Jaki jesteś dzielny, odważny, męski. No i wiesz. Przystojniak z ciebie, nie da się ukryć - z każdym krokiem zbliżała się do mnie - Nie jedna kobieta chciałaby mieć takiego faceta. Jesteś idealnym kandydatem na chłopaka, potem męża, a może w końcu ojca? - wyszczerzyła się szeroko. Stanęła na palcach, żeby bez zadzierania głowy móc spojrzeć mi w twarz - Ale kto chciałby się wiązać z mieszańcem, co?
Drgnąłem. O czym ona bredziła?
- Co, nie wiedziałeś? - zaśmiała się perliście i w podskokach wróciła do Rin - Twoja matka, człowiek, puściła się z ayakashi. Ciekawe, co? - zaczęła klaskać w ręce, śmiać się... jakby to była najzabawniejsza rzecz na świecie... a ja... ja... Ja mentalnie podnosiłem się z kolan, przygwożdżony tymi informacjami. Chociaż z drugiej strony nie miałem podstaw, by jej wierzyć.
- Rada Bogów wezwała cię w szeregi kami, bo byłeś dla nich zbyt niebezpieczny - kontynuowała, tym razem bawiąc się kruczoczarnymi włosami mojej przyjaciółki - Woleli kontrolować coś, czego nie rozumieli. Hybrydę ayakashi i człowieka. Choć z drugiej strony, mogli uczynić z ciebie potencjalną broń na zjawy. Jakież to mądre!
Jej śmiech niósł się echem po opustoszałych ruinach, a gdzieś w tle słyszałem stłumony kneblem szloch Rin. Patrzyła na mnie wielkimi oczami, jakby szukając w mym zachowaniu potwierdzenia słów dziewczyny.
- No dobrze... - odezwałem się choć czułem, że gardło mam opuchnięte i wysuszone. Mój głos musiał brzmieć strasznie chrapliwie - Powiedz mi tylko, po co wciągnęłaś ją w to wszystko?
- Tę ptaszynę? - zaśmiała się, zbliżyła twarz do twarzy Rin i oblizała jej policzek, jakby była lizakiem - Ona miała jedynie dostarczyć rozrywki. Chciałam was podręczyć. Bo widzisz... - odrzuciła za plecy niesfornego loka, który ośmielił się opaść jej a ramię - Ona cię kocha. A nie lubię, gdy ktoś wzdycha do mojej własności. Więc. - wyprostowała się, dobywając małego sztyletu i przytykając jej do krtani - Zabawmy się!

sobota, 8 sierpnia 2015

VII - Phantom

   Robiło się nieciekawie.
Całe miasto szalało z niepokoju, nawiedzane kolejnymi zjawami. Ayakashi nie próżnowały... Ulice stały się mało bezpieczne. Zwłaszcza po zmroku.
Wyglądałem przez okno, obserwując uważnie grupkę kami cieszących się pierwszymi promieniami słońca w tym miesiącu - dotąd cały czas padało. Kamienistymi uliczkami płynęły strumienie deszczówki, które spływały z całego miasta, by wpaść zaraz do znajdującej się nieopodal małej rzeczki.
- Wychodzę - usłyszałem Rin - Idę tylko po zakupy, więc zaraz będę.
- Pójdę z tobą - uśmiechnąłem się i podszedłem do niej, po drodze naciągając pierwszy lepszy T-shirt. Gdy wyszliśmy, owiał nas przyjemny, chłodny wiaterek niosący ze sobą świeżość oraz zapach igliwia z pobliskiego lasu jodłowego. Zamknąłem oczy i wystawiwszy twarz ku słońcu, uśmiechnąłem się szeroko, delektując się ciepłem promieni i orzeźwiającym powiewem. Usłyszałem radosny śmiech Fatum, a po chwili jej dłoń pochwyciła moją i pociągnęła w miasto. Mimo zwiększonych ataków ayakashi, ulice były zatłoczone, a stragany pełne warzyw, owoców oraz ręcznych robótek.
Z zaciekawieniem oglądałem właśnie wisiory i medaliony ochronne, gdy na karku poczułem czyjąś miękką, ciepłą dłoń. Nie musiałem patrzeć, żeby wiedzieć, że to nie Rin.
Obejrzałem się na osobę, która stała za mną i ujrzałem niską dziewczynę, mniej więcej w wieku Fatum, której twarz okalała bujna czupryna ciemnych włosów o purpurowych refleksach. Jej szare, przenikliwe oczy wwiercały się we mnie. Po plecach przeszedł mi dreszcz.
- To ty! - zaśmiała się i podskoczyła, klaszcząc w dłonie. Na prawym nadgarstku zauważyłem bliznę, która nie miała swojego początku, ani końca, tylko okrążała przegub - Wreszcie cię znalazłam, braciszku! Długo musiałam cię szukać. Chodź więc, nie pozwólmy pozostałym czekać!
Chwyciła mnie pod ramię i pociągnęła, zanim zdołałem cokolwiek powiedzieć, wydusić jakiekolwiek słowo. Wyrwałem się i zatrzymałem.
- Czekaj! Nie wiem, o czym ty do mnie mówisz, nie znam cię dziewczyno! Musiałaś mnie z kimś pomylić.
Ta przekrzywiła lekko głowę tak, że loki opadły na jedno ramię. Wpatrywała się we mnie uważnie, jakby analizując każdy szczegół mojej twarzy, sylwetki, mowy ciała, po czym pokręciła głową stwierdzając, że to na pewno o mnie jej chodziło. Zrezygnowany wypuściłem powietrze i podjąłem próby wytłumaczenia jej, że nie mam zamiaru nigdzie z nią iść, że mam przyjaciółkę, której nie mogę zostawić teraz samej na mieście. Lecz ona nie chciała tego słuchać.
- Jeśli nie pójdziesz po dobroci, to zaciągnę cię siłą - zagroziła, wyciągając zza pazuchy sztylet. Cały się spiąłem, gotów do walki. Nie wyglądała na taką, co ma zbyt często do czynienia z bronią, lecz wszystkiego trzeba było się spodziewać. Gdy ruszyła na mnie, wyciągając uzbrojoną rękę przed siebie, uciekłem w bok i łapiąc ją za kark, cisnąłem w stronę ściany, przy okazji wyrywając jej sztylet. Podczas chwili, której potrzebowała, by dojść do siebie, ja oglądałem misternie zdobione ostrze i obsydianową rękojeść.
- To nie jest broń używana przez kami - powiedziałem, mierząc ją wzrokiem - Nie należysz do tego miasta. Ba... nie należysz do tego świata, mam rację?
Z jej gardła wydobył się ni to szczek, ni to warknięcie. Patrzyła na mnie spode łba tymi szarymi, przerażającymi oczami. Mógłbym przysiąc, że lśniły lekko w cieniu grzywki...
Jej usta wykrzywiał brzydki grymas, pełen pogardy. Nie rozumiałem tego.
- Nie miałbyś tyle szczęścia, gdybym miała przy sobie swoją broń... - wycedziła przez zaciśnięte zęby, a wokół niej pojawiło się coś na kształt czarnej mgły, która unosiła się z jej ciała. Włosy falowały, jakby niesione wichrem.
Ayakashi... tutaj... w samym centrum miasta...
Chciałem rozpocząć mantrę, lecz nie mogłem. Nie byłem w stanie wydobyć z siebie głosu, a w głowie miałem pustkę. Ta niepozornie wyglądająca dziewczyna rosła teraz w moich oczach, nabierając co raz bardziej przerażających kształtów. Gdybym tylko miał swój miecz...!
Spojrzałem na sztylet, którym chwilę temu chciała mnie zadźgać ayakashi i rzuciłem nim tak, że utkwił w splocie słonecznym potwora. Odpowiedział mi jedynie szyderczy śmiech, a potem nie było już nic.
   Czułem miękkość materiału, zapach sterylnego pomieszczenia. Ostre światło świeciło mi prosto w twarz i raziło oczy pomimo zamkniętych powiek. Na czole miałem jakiś chłodzący okład; zmoczoną gazę, albo żelowy zimny woreczek... Czułem przy sobie obecność.
Rozchyliłem powieki i ujrzałem ją. Uśniętą tuż obok mnie, trzymającą mą dłoń, z policzkiem opartym o materac. Obserwowałem jej łagodną twarz naznaczoną słonymi ścieżkami łez. Jak długo byłem nieprzytomny? Ile czasu Rin tu siedzi, ile czasu tak się zamartwia?
Uniosłem wolną dłoń i spojrzałem na nią. Piekła żywym ogniem i nie do końca ją czułem. Może to przez ciasno założone bandaże? Znów swój wzrok przeniosłem na śpiącą przy mnie dziewczynę. Delikatnie zabrałem rękę, po czym wciągnąłem ją do łóżka, okryłem i przytuliłem. Spała jednak tak mocno, że nawet nie drgnęła. Zasnąłem ponownie z uśmiechem na ustach, bo nie bałem się już ciemności, jaką niosły marzenia senne.

piątek, 7 sierpnia 2015

VI - Together

   Zmęczenie było okropne. Za co się nie wziąłem, zaraz musiałem usiąść i odpocząć. Rin mnie uspokajała, że mam czas, że wiele przeszedłem i muszę odzyskać siły, ale taka niemoc mnie irytowała.
Rozsiadłem się na parapecie okna i przyglądałem się pogrążonemu w deszczu miastu. Triron - miasto kami. Smętne i przysadziste budowle mokły w prysznicu wody, skulone i ściśnięte ze sobą. Jedynie Wieża Acila, najwyższa budowla w mieście i jego punkt orientacyjny ocierał się leniwie o spód chmur. Poczułem ciepło koca na ramionach i zapach gorącej kawy. Spojrzałem wciąż będąc daleko myślami na uśmiechniętą twarz przyjaciółki i jej radone, pistacjowe oczy.
- Od kiedy wróciliśmy, wydajesz się nieobecny, Sudba - powiedziała, wręczając mi kubek i usadawiając się obok mnie - Stało się coś?
Pokręciłem głową i oparłem ją zaraz o zimną i mokrą szybę. Nie chciałem zaprzątać jej głowy moimi przemyśleniami i obawami. Czułem na sobie jej przenikliwy wzrok, wręcz namacalną troskę. Nigdy mnie przecież takim nie widziała - zamyślonego, przygnębionego, nieobecnego. Jej dłoń powędrowała ku mojej, zaciśniętej na kubku, ale się zatrzymała i cofnęła. Zerknąłem na nią.
- O co chodzi Rin?
Jej zielone oczy wwiercały się w moje, nieubłaganie szukając mojej uwagi. Uśmiechnąłem się lekko, ale wiedziałem, że jej tym nie uspokoiłem.
- Powiedz mi... - zaczęła niepewnie, a ja skoncentrowałem się na tym, o co chciała zapytać - Czy... twoje prawdziwe imię to Shiro...?
Zdziwiłem się. Nie przypominam sobie, żebym jej kiedykolwiek mówił, jak się nazywam. Nikt tego nie wiedział, poza mną.
Kiwnąłem powoli głową, a na jej ustach wykwitł szczery, radosny uśmiech. Powiedziała, że mam piękne imię. Nie wiedziała, jak wiele złych wspomnień się z nim wiąże. Tym razem jej dłoń dotknęła mojej.
- Coś cię gryzie... Nie wiem co to jest,  ale cokolwiek by to nie było, nie warto się tak zamęczać - szepnęła. Przyglądałem się jej. Szczupła twarz, tak bardzo niewinna, budząca zaufanie pełna była szczerego współczucia. Dłonie lekko drżały - denerwowała się. Ale czym? Co się takiego wydarzyło, gdy mnie nie było?
Gdy o to zapytałem, blask jej pistacjowych oczu przygasł, ściemniał. Teraz byłem pewien, że stało się coś złego. Uniosłem rękę na wysokość jej głowy i puknąłem ją lekko palcem w czoło.
- Powiedz mi, co się stało - poprosiłem łagodnie, starając się ukryć strach i drżenie głosu.
   Siedzieliśmy tak do wieczora. Opowiedziała mi wszystko, jak po walce znalazła ayakashi, które upodobniło się do mnie i pragnęło wykorzystać jej słabość, by nią zawładnąć. Byłem zły na siebie, że dopuściłem do tego, bym został przeniesiony do świata zjaw...
- Jak się zorientowałaś...? - nie patrzyłem jej w oczy. Nie chciałem. Nie byłem w stanie. Wzrok utkwiłem w swoich zaciśniętych w bezsilnej złości dłoniach... Nie odpowiedziała. Położyła jedynie swoje dłonie na moich, starając się delikatnie rozluźnić uścisk sztywno zwartych palców.
- Nieważne - odparła, miękko, łagodnie - Ważne, że jesteś tutaj. Cały. Żyw.
Jej dłoń wsunęła się w moje, splotła palce z moimi. Uniosłem wzrok i ujrzałem jej twarz.
Płakała.
Nie rozumiałem czemu, ale po jej policzkach spływały łzy. Słone krople staczały się po szczupłym owalu szczęki, do brody, by skapnąć na nasze dłonie. Patrzyłem tak zszokowany, zdziwiony, sam nie wiem jaki, ale pragnąłem, żeby przestała płakać. Wyplątałem jedną rękę z jej objęć i otarłem delikatnie łzy.
- Masz rację - uśmiechnąłem się - To nieważne. Liczy się tu i teraz.
Przyciągnąłem ją bliżej siebie i przytuliłem, próbując uspokoić. Zamiast tego rozszlochała się jeszcze bardziej, a ja spanikowałem. Zacząłem gadać od rzeczy, za wszelką cenę starając się ją pocieszyć, uspokoić, rozweselić, cokolwiek, byleby tylko przestała płakać.
   Nie mogłem spać. Za oknem panowała burza, deszcz uderzał w szybę, pioruny rozświetlały niebo i sufit małego mieszkanka. Rin spała jak zabita. Usiadłem na łóżku, ponownie ignorując ból w żebrach. Mimo pęknięcia, mogłem normalnie się poruszać, co było dużym plusem. Poszedłem po cichu do łazienki, po drodze zdejmując rozciągniętego T-shirta służącego mi za piżamę.
Spojrzałem w lustro.
Wyglądałem okropnie. Podkrążone, skrzące się jakby w gorączce oczy, lekko pożółkła cera, zmierzwione włosy... Nie przypominałem siebie... Rozumiałem już, dlaczego Rin tak się o mnie martwiła...
Patrząc na mnie musiała widzieć osobę schorowaną, wycieńczoną, słabą. Nie ukrywam, że tak się właśnie czułem...
- Nie możesz spać? - usłyszałem lekko nieprzytomny głos. W odbiciu lustra zobaczyłem zaspaną, trącą oczy dziewczynę. Odwróciłem się do niej, przyzywając na usta uśmiech, czym chyba jej nie uspokoiłem. Ciągle się zamartwiała.
- Obudziła mnie burza - skłamałem, na co ona mruknęła coś niezrozumiale. Wzięła mnie za rękę i wyciągnęła z łazienki, gasząc po drodze światło. Podeszła do swojego łóżka, ułożyła się i wciągnęła mnie do siebie. Czułem się nieswojo, leżąc w jednym łóżku z dziewczyną...
- Musisz odpocząć - powiedziała sennie - Bardzo dużo przeszedłeś, musisz zregenerować siły, rozluźnić się...
Ziewnęła.
Przyglądałem się jej twarzy, co jakiś czas oświetlanej przez rozbłysk pioruna... Dla niej musiałem odrzucić swoją przeszłość. Żeby jej nie martwić. Bo teraz to ona jest moją rodziną. Jest moją teraźniejszością i przyszłością.
Przytuliłem ją do siebie i czując ciepło bijące od jej ciała, zasnąłem.