Pisane oczami Kuro
Pustka. To wszystko czułam w ostatnich dniach. Nie było już tej złości, ciągle płonącej gdzieś wewnątrz mnie. Była jedynie wielka próżnia, której nie byłam w stanie niczym zapełnić.
No dobrze, prawie niczym.
Bardzo pomagała mi obecność Rin. Albo jak wolała się nazywać, Fatum. Gdy wymawiałam jej prawdziwe imię, nagle stawała się przygnębiona. Pewnie to nim zwracał się do niej...
Shiro.
Gdy tylko wymawiałam jego imię, do oczu cisnęły się łzy.
Potrząsnęłam głową, odsuwając od siebie wspomnienie mojego brata. Może i było to... okrutne, ale nie byłam w stanie teraz ze spokojem o nim myśleć. Sprawiało mi to zbyt wielki ból.
Fatum uparła się, żebym z nią zamieszkała. Byłam szczęśliwa, bo nie siedziałam już sama w tym pustym mieszkaniu, całą siłą woli odpędzając widmo białowłosego sprzed oczu.
Któregoś dnia przyszedł do mnie list z Rady Bogów. Usiadłam na łóżku obok Fatum i rozpieczętowałam pismo, zamknięte piękną woskową pieczęcią. Zaczęłam czytać na głos.
- Z zadowoleniem zawiadamiamy, iż zostało Pani przydzielone zadanie. Należy stawić się na miejscu rozpoczęcia misji o zachodzie słońca w Bramie Nocy. Życzymy powodzenia.
Spojrzałam na przyjaciółkę nie do końca rozumiejąc. Jak mogli mnie wysyłać na misję, skoro do niedawna nie ufali mi na tyle, bym została wypuszczona do miasta? Zielonooka wzruszyła ramionami, uśmiechnęła się i poklepała mnie po plecach zapewniając, że pewnie nie będzie to jakaś naprawdę ciężka misja, skoro wyruszam po raz pierwszy.
- Na pewno przydzielą ci kogoś bardziej doświadczonego, żebyś nabrała na początku pewności siebie i, jako nowicjusza, w razie czego cię ochraniał
Była taka pewna tego, co mówiła, że nie byłam w stanie dalej się martwić.
O zachodzie słońca stawiłam się w umówionym miejscu. Brama Nocy była piękna - przypominała ogromny łuk tryumfalny pomalowany na złoto i granatowo. W jej wnętrzu, nad skrzydłami ogromnych drzwi połyskiwały namalowane metaliczną farbą gwiazdy. Nic dziwnego, że została tak nazwana. Tak jak poinstruowała mnie Rin, podałam pismo stojącemu w wejściu strażnikowi.
- Dobrze, wszystko się zgadza. Poczekaj tu na swojego partnera.
Więc miała rację, pomyślałam.
Nie musiałam długo czekać. Po jakichś pięciu minutach do Bramy przyszedł jakiś chłopak. Miał na sobie skórzaną zbroję w barwach Mesmera - szkarłatu i czerni, a twarz schowaną miał w cieniu kaptura. Tak jak ja wcześniej, podał strażnikowi pismo. Zamienili parę słów, po czym ruszyliśmy. Nie powiem, żeby mój partner był zbyt rozmowny. Szedł szybkim krokiem, niespecjalnie się mną przejmując. Musiałam wręcz biec, żeby iść z nim w miarę równo.
- Więc... - zaczęłam - Jak ci na imię?
Milczał, ale się nie zraziłam.
- Jestem Kuro, miło cię poznać. Mam nadzieję, że uda nam w się w pełni wykonać tę misję.
Stanął jak wmurowany i obrócił się w moją stronę, lecz wciąż nie mogłam dojrzeć jego twarzy.
- Nie jesteśmy tutaj na pogaduszkach, czy na przyjacielskim spotkaniu. Mamy do wykonania misję.
- No wiem, ale... - poczułam się zbesztana, jak jakiś szczeniak. A przecież on nie mógł być wiele starszy ode mnie! Był o pół głowy wyższy, a i głos miał jeszcze młody. - To, że mamy zadanie, nie oznacza, że nie możemy ze sobą współpracować, zapoznać się...
- Nie chcę się z tobą zapoznawać.
I wtedy zrozumiałam. Zawadzałam. On musiał być jednym z wyższych kami, którzy poniewierali takimi jak ja, zajmującymi niższe stopnie na drabinie hierarchii. Zgrzytnęłam zębami.
Już miałam coś odszczeknąć, ale on już ruszył.
Dobra.
Chcesz, żeby było niemiło? Nie ma problemu. Dopiero teraz zobaczysz, co to znaczy, jak ktoś ci zawadza.
Na postój zatrzymaliśmy się na skraju lasu. On rozpalił ogień, a ja siedziałam i patrzyłam. Nie zamierzałam mu pomagać. Co to to nie! Gdy ognisko już wesoło strzelało, tańcząc na suchych patykach chrustu, on usadowił się dokładnie po drugiej stronie ogniska.
Zauważyłam delikatne, wciąż chłopięce rysy twarzy. Szeroka szczęka, wciąż mało męska, dodawała mu zadziornego charakteru. Jakim cudem tak młody kami wspiął się na tyle wysoko, by obracać się w towarzystwie samego Mesmera? Nie musiałam o to pytać. Wystarczyło, że spojrzałam na klamrę płaszcza, na której wykuta została jego pieczęć.
- Powiesz mi chociaż, jak masz na imię? - nie wytrzymałam. Uniósł głowę, ukazując trochę więcej twarzy. Szlachetny, prosty nos, wysokie, wydatne kości policzkowe. Ale cień wciąż przysłaniał oczy.
- Hikari - burknął, wyraźnie niezadowolony, że miałam czelność się odezwać.
Och ty szujo, warknęłam w myślach czując, że z chęcią bym go rozszarpała.
A on poderwał głowę. Nasłuchiwał. Wstał błyskawicznie, wygasił ognisko i dobył miecza. A to wszystko zrobił z prędkością, którą widziałam tylko u jednej osoby. Potrząsnęłam głową. Wciąż jestem w szoku, dlatego wydaje mi się, że on jest do niego podobny. Stanęłam plecami do niego, dobywając swój miecz. Ciężki, nieporęczny, zabójczy. Surrexit. Moja Róża. W takim szyku obydwoje nasłuchiwaliśmy.
- Czterech od północy - szepnął.
- Wiem. Słyszę.
Poczułam na sobie jego spojrzenie. Czyżby był zdziwiony, że taki nowicjusz jak ja, jednak coś potrafi?
Uśmiechnęłam się do siebie obiecując sobie, że pokażę mu, na co mnie stać.
I się zaczęło. Czterech rosłych ayakashi zaatakowało z czterech stron. Tuż przed wejściem w obozowisko, rozdzielili się i nas otoczyli. Mało myśląc, zaczęłam siec. Rozpruwać, rozcinać, zabijać, mordować. Cieszył mnie dźwięk rozszarpywanego ciała, mlask wylewających się z brzuchów ofiar flaków.
I mój wzrok padł na niego.
Na jarzące się w ciemności, błękitne oczy.
Furię, jaka w nich lśniła. Gniew, pragnienie zniszczenia.
I ta prędkość.
- Shiro - szepczę, zanim udaje mi się powstrzymać. Jego wzrok pada na mnie. Sięga do przyczepionego do nogi pokrowca ze sztyletami i rzuca jeden w moją stronę. I widzę, jak ostrze powoli zbliża się w moją stronę. Jakby świat zamarzł.
W ostatniej chwili robię unik, a pocisk uderza prosto w głowę ayakashi, którego nie udało mi się zabić.
A ja stoję i patrzę.
Bo zobaczyłam ducha.
Och ty szujo, warknęłam w myślach czując, że z chęcią bym go rozszarpała.
A on poderwał głowę. Nasłuchiwał. Wstał błyskawicznie, wygasił ognisko i dobył miecza. A to wszystko zrobił z prędkością, którą widziałam tylko u jednej osoby. Potrząsnęłam głową. Wciąż jestem w szoku, dlatego wydaje mi się, że on jest do niego podobny. Stanęłam plecami do niego, dobywając swój miecz. Ciężki, nieporęczny, zabójczy. Surrexit. Moja Róża. W takim szyku obydwoje nasłuchiwaliśmy.
- Czterech od północy - szepnął.
- Wiem. Słyszę.
Poczułam na sobie jego spojrzenie. Czyżby był zdziwiony, że taki nowicjusz jak ja, jednak coś potrafi?
Uśmiechnęłam się do siebie obiecując sobie, że pokażę mu, na co mnie stać.
I się zaczęło. Czterech rosłych ayakashi zaatakowało z czterech stron. Tuż przed wejściem w obozowisko, rozdzielili się i nas otoczyli. Mało myśląc, zaczęłam siec. Rozpruwać, rozcinać, zabijać, mordować. Cieszył mnie dźwięk rozszarpywanego ciała, mlask wylewających się z brzuchów ofiar flaków.
I mój wzrok padł na niego.
Na jarzące się w ciemności, błękitne oczy.
Furię, jaka w nich lśniła. Gniew, pragnienie zniszczenia.
I ta prędkość.
- Shiro - szepczę, zanim udaje mi się powstrzymać. Jego wzrok pada na mnie. Sięga do przyczepionego do nogi pokrowca ze sztyletami i rzuca jeden w moją stronę. I widzę, jak ostrze powoli zbliża się w moją stronę. Jakby świat zamarzł.
W ostatniej chwili robię unik, a pocisk uderza prosto w głowę ayakashi, którego nie udało mi się zabić.
A ja stoję i patrzę.
Bo zobaczyłam ducha.