piątek, 21 sierpnia 2015

XIX - Blood on your hands pt II

   Biegła co sił, z duszą na ramieniu. Musiała go powstrzymać, zanim zrobił coś głupiego, bo inaczej nie będzie już w stanie go uratować...!
Biegła więc mimo, że brakło jej sił.
Bo nie chciała go znów stracić.
Dopadła do bram gmachu i weszła, odgarniając fioletowe kosmyki grzywki z oczu. Łapczywie chwytała oddech do piekących z wysiłku płuc. Przemierzała już wolniej ten ciemny, kamienny korytarz, który tak dobrze znała, prowadzący do gabinetu Mesmera. Wyraźnie czuła w powietrzu wibracje elementu chaosu Shiro.
- Spóźniłam się... - szepnęła ze zgrozą, widząc na ziemi dwóch poobijanych strażników, którzy zabrali jej brata. Znów pobiegła co sił za tak dobrze znaną jej energią i gdy tylko wpadła do pomieszczenia, gdzie lada chwila miała stać się tragedia, chwyciła białowłosego i wytrąciła mu z ręki sztylet. Poczuła, jak jego mięśnie się spinają.
Zabij.
Zamrugała kilka razy, słysząc ten straszny, chrapliwy głos i doznała olśnienia.
- Nie słuchaj go, braciszku - szepnęła łagodnie, przyciskając głowę do jego pleców - Nie możesz się zatracić. Nie pozwól Devonantowi nad sobą zawładnąć. Udowodnij wszystkim, że to nieprawda, że nie oszalałeś...
- Puść mnie, Kuro.
- Jeżeli się nie opanujesz, zabiją cię.
Napotkała pełen niebezpiecznej pewności siebie wzrok szkarłatnych oczu Mesmera. Ten stary zgred znów coś kombinował. Widziała to. Szukał jedynie sposobności, by się ich pozbyć, zabić, zmieść z powierzchni ziemi. Shiro i tak już był zagrożony, ale na nią wciąż nic nie miał. Jeżeli jej brat zrobi coś złego, ona odpowie wraz z nim. Bo to, co teraz zrobi, przekreśli jej szanse, jeśli plan się nie powiedzie.
Puściła go.
- Dobrze - powiedziała, prostując się i samej dobywając sztyletu - W takim razie ci pomogę.
Poczuł, jak cały gniew znika, zastąpiony strachem. Nie o to, że ktoś zniszczy jego cel, nie o to, że to nie on przeleje krew Mesmera, ale o to, że jego siostra będzie w niebezpieczeństwie.
- Nie.
Szepnął, przełamując jakąś wewnętrzną blokadę, nie pozwalając mu mówić. Potem powtórzył głośniej. I jeszcze raz. I jeszcze. A ona już wiedziała, że plan się powiódł, bo zaczął się cofać. Stawiał niepewne kroki, jeden, po drugim, zbliżając się niepewnie do drzwi.
I wtedy wszystko runęło jak domek z kart.
Mesmer wstał i podszedł do oszołomionego i wystraszonego chłopaka. Chwycił go za głowę i przycisnął do ściany, uniemożliwiając ucieczkę.
- Adel, wezwij straż - rozkazał swojej podwładnej, która z przerażeniem obserwowała całe zajście. Po raz kolejny musiała wybierać między przyjacielem i zajmowanym stanowiskiem. Mężczyzna stał i mierzył ją wyczekująco wzrokiem. Nie miała wyboru. Musiała wykonać polecenie swojego przełożonego.
   Cela była ciemna i śmierdząca. Shiro leżał poobijany i osłabiony na mokrej podłodze, gdzie pleśń i grzyb rozwijały się w najlepsze. Nie wiedział na co czekał. Nie wiedział też, dlaczego go po prostu nie zabili.
Bo Mesmer przecież chciał to zrobić. Widział to w jego oczach - tych szkarłatnych, bezlitosnych ślepiach.
- Skąd on miał tyle siły...? - zapytał sam siebie - Przecież... jest tak starym kami, że nie powinien mieć możliwości móc mną tak rzucić...
Pozostawało siedzieć i oczekiwać nieuniknionego. Bo był pewien, że kara za to co zrobił, na pewno go dosięgnie.

1 komentarz: