poniedziałek, 17 sierpnia 2015

XVI - Friend

Pisane oczami Adel

   Jak co dzień siedziałam i porządkowałam dokumenty mojego szefa, obecnego przewodniczącego Rady Bogów, Mesmera. Należał do tego typu osób, które musiały mieć wszystko dokładnie ułożone na swoim specjalnie wyznaczonym miejscu, a gdy coś leży porozwalane, dostaje białej gorączki. Układałam właśnie pliki i akta z czasów, gdy stanowisko to zajmował Eriel, gdy w holu powstało niemałe zamieszanie. Kami zaczęli się sprzeczać, popychać, wykłócać. Jeden z nich mnie popchnął, a ja, ofiara losu, upuściłam wszystkie teczki, które leżały teraz na podłodze niczym papierowy dywan. Zaczęłam pośpiesznie zbierać dokumenty, ale jeden z podpisów przyciągnął moją uwagę... "Arma Viventem"...
Rozejrzałam się uważnie patrząc, czy ktoś mnie nie widzi i schowałam dokumenty do swojej torby. To może być ciekawe.
   Usiadłam w domu przy biurku i otworzyłam teczkę. Odręcznie pisane litery łechtały mile oczy. Widać ktoś bardzo długo ćwiczył kaligrafię, gdyż każda litera była dokładnie i precyzyjnie nakreślona. Czytałam uważnie każde słowo i czułam, jak odpływa mi krew z twarzy. Kto by pomyślał, że Rada Bogów robiła coś takiego?! Zwłaszcza, że... chłopak z opisu przypominał jednego mojego znajomego... Sudbę. Nie wiem, czy to możliwe, aby to on był jednym z tej dwójki...
Dotarłam do ostatniej strony. Pismo tu różniło się znacznie - widać to pisała już inna osoba, a i data była niedawna. Zaczęłam czytać.
Shiro zaczyna przejawiać oznaki niestabilności psychicznej. Stał się agresywny, niespokojny. Zaleca się zamknięcie obiektu pod obserwację.
Możliwy rozrost elementu chaosu.
Musiałam się zobaczyć z przyjacielem. I to jak najszybciej.
   Spotkaliśmy się w parku. Sudba wyglądał na zmęczonego, niewyspanego, trochę nieobecnego myślami. Uśmiechał się, lecz grymas nie dosięgał oczu, teraz błękitnych i zimnych niczym lód. Wyciągnęłam z torby pudełko z jego ulubionymi ciastkami, które piekłam dla niego przy każdym naszym spotkaniu. Podziękował cicho i ugryzł jedno. Zapanowała ciężka cisza.
- Sudba, wiesz, że mnie przenieśli do kancelarii przewodniczącego Rady? - zagadnęłam, skubiąc rąbek kraciastej spódnicy, którą wtedy założyłam.
- Naprawdę? - założył znów tę maskę uśmiechu - Gratuluję.
- Mhm. Zajmuję się tam porządkowaniem akt i dokumentów - zerknęłam na niego, lecz on wciąż spokojnie żuł ciastka - Trafiłam na bardzo ciekawe zapiski, których pierwsze zdania są jeszcze z czasów, gdy Radzie przewodniczył Eriel. A najnowsze są sprzed kilku dni.
Jego oczy o barwie nieba przeniosły się na mnie i wwiercały się nieprzyjemnie w moje. Przełknęłam ślinę żeby zwilżyć gardło i kontynuowałam.
- Akta zatytułowane są "Arma Viventem"…  - zauważyłam, że poruszył się niespokojnie, gryzł mocniej i dłużej każdy kawałek ciastka, a wzrok, przeniesiony znów gdzieś w dal, stał się nieobecny więc nie byłam pewna, czy wciąż mnie słucha - Traktują o dwójce istot...
- Przenieśmy się - mruknął - To nie miejsce, aby o tym rozmawiać. Jest tu za dużo osób.
Poszliśmy więc do mojego mieszkania, gdzie mogliśmy w spokoju kontynuować naszą konwersację. Zrobiłam mu kawy, którą niemal natychmiast wypił, usadowił się wygodnie na kanapie, westchnął parę razy i zaczął mówić.
- Wiem, co zawarte jest w tych aktach. Musiałaś czytać opisy, skoro skojarzyłaś że jednym z "obiektów", jak to ładnie jest tam określone, mogę być ja. Masz rację. Moje prawdziwe imię brzmi Shiro, jestem w tej chwili w połowie kami, w połowie ayakashi, choć początkowo moim elementem kontrolowanym był genom ludzki... - zawiesił głos i patrzył mi w oczy, obserwując moją reakcję. Było mi gorąco. Mój przyjaciel był efektem jakiegoś pieprzonego eksperymentu, a na dodatek chcieli go teraz schwytać i zamknąć, jak szczura laboratoryjnego...
Ale z drugiej strony... Sama widzę, jak się zmienił. Stał się wyprany z emocji, zimny, oschły. Co ja miałam robić...? Pomóc mu... czy wykonać mój obowiązek względem Rady...?
Siedział z zamkniętymi oczami, zamyślony. Wyglądał tak jak zawsze, gdy coś rozważał, analizował... I po cichu zaczął odliczać... od dziesięciu w dół.
A gdy doliczył do zera.
Łomotanie do drzwi.
Uśmiechnął się łagodnie, wstał i otworzył drzwi.
- Wybacz nam, Shiro. Ale jesteśmy tu po ciebie - dał się słyszeć głos jednego ze znanych mi strażników. A on stał. Odwrócił się tyłem do nich, twarzą do okna...
- Nie, panowie. To wy mi wybaczcie.
Jego oczy błysnęły, a oni wszyscy leżeli na ziemi. Z mojego gardła wydobył się krzyk. W jednej chwili on był już przy mnie, przytykając mi dłoń do ust, uniemożliwiając wydanie jakiegokolwiek dźwięku.
- Przepraszam, że cię w to wplątałem. Ale tak naprawdę sama sobie jesteś winna, bo to ty odnalazłaś te dokumenty. Czasem nie warto wtykać nosa w nieswoje sprawy.
Pocałował mnie lekko w czoło i zniknął.
Od tak.
Rozwiał się, niczym dym na wietrze.
Co tu się stało...?

1 komentarz: