wtorek, 4 sierpnia 2015

III - Lost

   Mijał dzień za dniem, a Sudba... nie... Shiro, powoli wracał do zdrowia. Wieczorem wciąż gorączkował, lecz rankiem było już dobrze. Nie opuszczałam go na krok, pielęgnowałam, opiekowałam się. Widziałam, że sprawiało mu to radość, a samotność go przerażała. Wciąż nie byłam w stanie zrozumieć, co się stało, że z radosnego, pełnego energii mężczyzny, zmienił się w przestraszonego chłopaka. Nawet błękit jego oczu nieco przygasł...
Wstałam od łóżka by zrobić jedzenie, ale powstrzymała mnie dłoń zaciśnięta na moim nadgarstku.
- Zaraz będę, Shiro - obejrzałam się na niego, uśmiechając ciepło.
Nie patrzył na mnie. Oczy przysłaniała biała grzywka włosów, głowa pochylona była w dół. Jego dłoń zacisnęła się, przez co sprawił mi ból. Syknęłam cicho.
- To boli... - powiedziałam, starając się zabrać rękę, ale to było niemożliwe.
Palców, jak szpony orła, zamkniętych wokół ręki niczym na pochwyconej ofierze, nie dało się rozchylić. Uniósł na mnie wzrok, ale... zamiast błękitu nieba widziałam szkarłat krwi. Dotąd łagodne spojrzenie wypełniał gniew i nienawiść...
To nie był Sudba.
To nie była osoba, którą znałam, tylko...
Ayakashi.
Stwór podszył się pod mojego przyjaciela, by zaskarbić sobie moje zaufanie, a potem zniszczyć. A ja dałam się tak omamić!
Gniew rozpalił mój umysł i serce. Zaczęłam się modlić. Święte słowa spływały z mych ust, niczym wodospad, zalewając nieczyste stworzenie. Zjawa zaczęła wyć, wrzeszczeć, wić się, byle uciec poza zasięg mojej mocy. Teraz to ja musiałam go trzymać by być pewną, że mi się nie wywinie.
   Leżałam na podłodze wręcz wykończona. Dyszałam ciężko czując, jakby krew pulsująca w skroniach miała mi zaraz rozsadzić czaszkę.
Pamiętałam, że ta metoda walki jest wyczerpująca... ale najwyraźniej trafiłam na potężnego przeciwnika. Teraz w łóżku, zamiast postaci chłopaka, leżały szczątki ayakashi - popiół. Zmusiłam ciało do bezgranicznego wysiłku i usiadłam. Musiałam coś zjeść, by uzupełnić braki w energii wywołane mantrą.
Poczułam, że coś cieknie po mych policzkach. Gdy dotknęłam tego i spojrzałam na palce, zobaczyłam wodę.
Płakałam, ale tego nie czułam.
Nie miałam bowiem czasu na płacz. Musiałam jak najszybciej odzyskać siły...
Odzyskać energię i ruszać na poszukiwania.
Ale obawiałam się, że skoro to była zjawa, to Sudba uwięziony jest w ich wymiarze. Musiałam znaleźć potwierdzenie tej tezy, a potem sposób, by się tam dostać... Nie wiedziałam, czy to przeżyję, ale nie byłabym w stanie spojrzeć w lustro wiedząc, że zostawiłam w takim miejscu przyjaciela... niemal brata! Bo nie wolno tak robić... Moja karma by się na mnie zemściła.
   Weszłam do gmachu siedziby Rady Bóstw. To oni przydzielali zadania, powoływali nowych kami i tak dalej... Musiałam zawiadomić o zniknięciu Sudby i poinformować o moich zamiarach. Chciałam również wykorzystać zasoby biblioteki.
Zapukałam do sali w której obradował przedstawiciel niższych kami. Gdy tylko weszłam, mym oczom ukazał się staruszek pochylony nad jakimiś manuskryptami. Rzadkie, niemal białe włosy były związane w warkocz opadający na łopatki, okular na nosie odbijał światło świec stojących na mahoniowym biurku. Ghose, bo tak miał na imię, uniósł głowę i spojrzał na mnie z uśmiechem.
- Fatum! Jak dawno cię nie widziałem, ptaszynko! - wstał i podszedł do mnie, od razu porywając w ramiona - Aleś urosła!
Uwielbiałam staruszka. Dawał mi wspomnienie ciepła domu rodzinnego, z którego odeszłam, stając się kami. Uśmiechnęłam się blado, na co dziadziuś posmutniał. Już wiedział o Sudbie. Wtajemniczyłam go w mój plan, w przedsięwzięcie, które mogło przynieść mi nawet śmierć... Ale nie interesowało mnie to.
Chciałam go odzyskać.
To samolubne, prawda?
- Nieprawda - Ghose odezwał się nagle, jakby słysząc moje myśli - Martwisz się o niego, kochasz go, więc chcesz go uratować. Żaden kami nie może skończyć w tak tragiczny i straszny sposób. Więc obiecaj mi coś. Nie rób tego dla siebie. Rób to dla niego. Nieś w sercu nadzieję, nieś miłość, a żaden ayakashi cię nie skrzywdzi.
Uśmiech rozpromienił pomarszczoną twarz staruszka. A we mnie coś pękło.
Łzy poczęły płynąć wartkim strumieniem, jakby zdjęta została jakaś blokada. Ukryłam twarz w dłoniach starając się trochę stłumić wyrywający się z piersi szloch.
Wokół mnie zamknęły się słabe, stare dłonie i ramiona, emanujące ciepłem i miłością.
Nie byłam sama. I to dawało mi siłę.
Siłę, by odnaleźć Sudbę.

1 komentarz:

  1. Prawie się na koniec popłakałam <3 Mam nadzieje ,że nic się nie stanie Sudbie

    OdpowiedzUsuń