Płakałam wiele dni i nocy. Wciąż nie mogłam uwierzyć, że Shiro już nie ma wśród nas. Że nigdy więcej już go nie ujrzę, że nie usłyszę jego śmiechu, nie poczuję wokół siebie jego mocnych i bezpiecznych ramion...
On nie mógł umrzeć...
Nie mógł. Nie on. Dlaczego tak kochające i dobre istoty zawsze muszą być tymi, które cierpią najbardziej, które na sobie skupiają całe zło i nieszczęście tego świata?
Leżałam całe dnie pod kołdrą, tuląc do siebie jego bluzę - jedną z nielicznych należących do niego rzeczy, które nie zostały zabrane przez podwładnych Mesmera. Materiał zachował w sobie jeszcze wspomnienie zapachu charakterystycznego dla Shiro. Łagodnego, lecz wciąż męskiego. Woń ta pomagała mi udawać, że nic się nie stało, a białowłosy niedługo wróci do domu. Do mnie i do Kuro.
Dziewczyna bardzo mnie wspierała choć widziałam, że jej jest o wiele ciężej, niż mi. W końcu to między nimi zawiązała się ta nadnaturalna więź, która splatała ze sobą ich umysły.
Musiałam wziąć się w garść i zacząć wspierać nową przyjaciółkę, chronić ją przed losem, który spotkał Shiro. Zwłaszcza że nie wierzyłam, aby jego śmierć była przypadkowa. Byłam niemal pewna, że to Mesmer wydał rozkaz zabicia go. Był za silny, przez co stwarzał zagrożenie. Na dodatek miał duży posłuch wśród niższych kami, którzy nieszczególnie przepadali za obecnym przewodniczącym, ani pozostałymi wyższymi, od shinigami poczynając. Niby była możliwość "awansu" poprzez wykazanie się odwagą, lojalnością i odpowiednimi umiejętnościami, ale tak naprawdę mało kto słyszał o tym, by ktoś niżej postawiony został dopuszczony chociażby do rangi kosiarzy, stanowiących najniższą kastę shinigami.
No, poza jednym wyjątkiem - Eriusem, który ze zwykłego bożka szczęścia wybrany został przewodniczącym Rady Bogów. Jak się to skończyło, wszyscy już dobrze wiemy. Miał wiele zasług, ale jego plamą na honorze był ten nieszczęsny projekt...
Zamrugałam parę razy, starając się zrzucić z oczu resztki smutku i łez. Czas wstać, wyjść do świata. Odwiedzić Kuro. Na pewno siedziała teraz sama i pogrążała się w rozpaczy. Wczoraj to ona mnie odwiedziła i pocieszała, więc teraz moja kolej. Odrzuciłam kołdrę, ubrałam się, dokładnie złożyłam bluzę Shiro i włożyłam ją do plecaka, który po chwili zarzuciłam na ramię. Pochwyciwszy klucze leżące przy lustrze, wyszłam i zamknęłam drzwi na zamek. Na ten dolny, do którego Shiro zgubił zapas... Co za ciapa...
Od razu poczułam się lepiej, gdy wyszłam na dwór, a twarz oświetliły mi łagodne promienie jesiennego słońca. Poprawiłam kurtkę i ruszyłam na drugą stronę ulicy, do kamieniczki, w której zakwaterowana była Kuro. Zapukałam raz. Potem jeszcze raz. I cisza.
Nacisnęłam klamkę.
Otwarte. Poczułam falę strachu. Wbigłam do środka, rzucając na podłogę plecak. W pokoju jej nie było, w kuchni też nie. Łazienka. Wpadłam jak wicher bez pukania.
I widzę tę bidulę.
Siedzi w wannie, w ubraniu, cała mokra, z prysznica leci woda. Lodowata.
- Kuro... - szepczę, a ona odwraca się w moją stronę, z oczami pełnymi łez. Tak ciemnymi i pustymi, że przez kilka chwil nie wiem, co ze sobą zrobić. Ale podchodzę do niej, gramolę się do wanny i ją mocno przytulam. - Teraz ja będę wspierać ciebie. Bo to ty mnie teraz potrzebujesz.
Chwyciła się moich ramion i zaczęła szlochać. Nigdy nie słyszałam takiej rozpaczy. Dlatego siedziałam z nią w tej pieprzonej wannie, dopóki się nie uspokoiła i nie zasnęła.
Zakręciłam wodę, rozebrałam ją, wytarłam. Wyciągnęłam z plecaka bluzę Shiro. Jej teraz się bardziej przyda.
Obudziłam ją delikatnie i podałam bluzę.
- Ubierz się w to. Będzie ci cieplej, a myślę, że podniesie cię też trochę na duchu.
- To... jego...? - jej głos znów się załamywał. Pokiwałam tylko głową, a gdy się ubrała, pomogłam jej wyjść i odprowadziłam do łóżka. Chciałam pójść do kuchni, zrobić ciepłej herbaty, ale chwyciła mnie za rąbek koszulki. - Zostaniesz?
- Tak - uśmiechnęłam się do niej szczerze - Zrobię nam herbaty.
Jakimś cudem udało jej się odwzajemnić uśmiech, co bardzo mnie ucieszyło. Po kilku minutach wróciłam z dwoma kubkami parującego wywaru. Podałam przyjaciółce jeden z kubków - ona dostała z napisem "Nie jestem aniołem", a ja wybrałam sobie stylizowany na przeciągającego się kota, którego ogon stanowił ucho kubka.
Obserwowałam czarnowłosą dziewczynę, jak wtulała się w jedyną rzecz, którą miała po swoim bracie. Co z tego, że nie byli ze sobą spokrewnieni? Narodzili się w tym samym miejscu i w tym samym momencie, a ich umysły były jednością. Kuro ma więc najświętsze prawo, by nazywać go swoim bratem...
Gdy obydwie skończyłyśmy pić, ta pogrążona w żałobie istota ułożyła się do snu. A ja nie byłam w stanie odmówić parze wpatrujących się we mnie fioletowych oczu błagających, bym jej nie opuszczała. Tego dnia nie wróciłam do domu, tylko pilnowałam, aby tej zagubionej duszy nie spotkało nic złego.
- Nie opuszczę jej - szepnęłam, gdy Kuro już zasnęła - Masz na to moje słowo, Shiro. Zaopiekuję się nią tak, jak ty to chciałeś zrobić. Pomścimy cię.
Po czym sama zagłębiłam się w snach o nieobecnym już wśród nas przyjacielu.
Łezka się kręci w oczku.
OdpowiedzUsuńSuper. Czekam na więcej :3
OdpowiedzUsuń