piątek, 21 sierpnia 2015

XVIII - Blood on your hands pt I

Narrator trzecioosobowy

   Jak ściekły pies, prowadzony do swojego pana, Shiro ciągnięty był przed Mesmera, w tej chwili jego przełożonego, a tak naprawdę kami, od którego zależało to, czy ujrzy jeszcze zachód słońca. Doskonale wiedział, co go czekało, jeśli przewodniczący Rady Bogów położy na nim swoje łapska. Nie był bowiem tak współczujący i pełen litości jak jego poprzednik, który tchnął w Shiro iskrę życia.
Zabij.
Poddawał się silniejszym i większym od siebie strażnikom, którzy trzymając go pod ramiona, dosłownie ciągnęli biedaka... nie, buntownika do swojego szefa. Bo przecież nim właśnie był. Buntownikiem, zdrajcą, żywym elementem chaosu, który ostatnio tak gwałtownie przejął nad nim kontrolę i do reszty pożarł już niższe bóstwo znane pod imieniem Sudba.
Rozszarp.
W uszach szumi mu krew, zmysły wyostrzają się. Chęć mordu narasta. Już czuje na skórze lepką, metalicznie pachnącą posokę. Pragnie umazać się w jusze swoich oprawców, którzy tak niedelikatnie się z nim obeszli. Adrenalina wypełniała jego krwioobieg, zachęcając serce do wytężonej pracy. Jeszcze tylko chwilę. Zbierz jeszcze odrobinę siły i zaatakuj, niczym drapieżnik, którym się stałeś. Niech chaos ponownie wypłynie z twego ciała i umysłu.
Zniszcz.
Uniósł głowę i błyskając błękitnymi ślepiami czeka na okazję, by się uwolnić.
Teraz.
Zatrzymuje się gwałtownie tak, że strażnicy muszą się z nim szarpać. Wyrywa się z ich uścisku i jednego kopie z całej siły w kolano tak, że słychać nieprzyjemny gruchot łamanych stawów. Drugi, starając się dopaść swojego więźnia, zachodzi Shiro od tyłu i zamyka go w swoim niedźwiedzim uścisku.
- Tylko na tyle cię stać? - zaśmiał się białowłosy, wsadzając żołnierzowi piętę w krocze. Czerwony na twarzy mężczyzna pada na ziemię jęcząc, ale wciąż stanowi zagrożenie. Wystarczy jedno mocne kopnięcie w brzuch, by był już bezradny i nie mógł powstrzymać stworzonej przez Eriela hybrydy. Ponoć tej spokojniejszej, łatwiejszej do kontrolowania.
Jakiż byłeś naiwny, dawny przewodniczący. Ślepo wierzyłeś, że tak straszna istota pozostanie w okowach twojej władzy.
Przeliczyłeś się jednak.
Shiro szedł teraz spokojnym krokiem, wolny. Szedł by zobaczyć się ze swoim właścicielem, Mesmerem. Szedł teraz nie jako zaszlachtowany pies, lecz jako wilk, który pragnie uwolnić się z sideł.
Zagryź.
Znaleźć tylko coś ostrego, by przeciąć te cholerne liny krępujące ręce. Znaleźć coś ostrego, by posłużyło mu za broń, bo jego miecz już się go nie słucha.
W korytarzu słychać było tylko jego własne kroki. Nie słyszał nic innego poza nimi i szumem adrenaliny w swojej własnej krwi.
Czas zakończyć to wszystko.
Pogrąż świat w chaosie.
Czas zabić szkarłatnookiego diabła.
Zmieć go z powierzchni świata.
Nadszedł czas, by każdy był każdemu równy.
Spal i rozsyp jego prochy na wietrze.
Nadszedł czas, by Mesmer zginął.

Niech świat o nim zapomni.

   Mesmer siedział w swoim biurze w towarzystwie Adel. Jak zawsze, pracowita dziewczyna pilnowała porządku w dokumentach, przyrządzała mu doskonałą kawę. Była to jedyna niższa kami, z którą potrafił przesiedzieć cały dzień. Mimo niskiego urodzenia, zachowywała się godnie, z klasą, lecz ostatnio wydawała się jakaś przygnębiona. Czyżby wieść o pochwyceniu Shiro ją tak przybiła?
- Nie warto przejmować się tym chłopakiem - powiedział mimo woli, spoglądając na zapracowaną kami. Uniosła na niego wzrok, a okrągłe okulary w czarnych oprawkach zsunęły jej się nieco z nosa - Nie jest wart nawet jednej linijki sutry.
W oczach Adel zalśniły łzy, bo pamiętała, jaki jej przyjaciel był kiedyś. Zawsze uśmiechnięty, łagodny. Nie chciała wierzyć w to, że się zatracił, lecz nie mogła zaprzeczyć, że się zmienił. Wszyscy, którzy go znali, doskonale to widzieli.
Poprawiła szkła i kontynuowała pracę bez słowa choć wiedziała, że to niegrzeczne pozostawić słowa przełożonego bez odpowiedzi. Nie miała jednak co odpowiedzieć. Nie zgadzała się z Mesmerem, lecz z drugiej strony nie chciała się z nim kłócić, sprzeciwiać się mu, ponieważ mogła stracić w jego oczach.
A była przecież jedyną niższą kami, którą do siebie dopuścił. Przecież to taki zaszczyt!
Nie wiedziałaby co ze sobą zrobić, gdyby ją potępił.
Mimo, że kosztowało ją to zdradę przyjaciela.
   Jesteś sam. Wszyscy cię zostawili, pozostałeś na łasce losu i swojego ojca. A każdy wie, że Devonant nie wybacza. Pan cieni zawsze dostawał to, co chciał. A teraz pragnął śmierci Mesmera. Co za problem?
Ten złoty kami jest stary i słaby. Nic już nie może zdziałać w prawdziwej walce.
Dlatego, teraz już z wolnymi rękami i z ukradzionym komuś sztyletem w dłoni, wchodzisz bezceremonialnie do jego gabinetu. Spokojnym i pewnym krokiem.
Sprawiasz wrażenie wielkiego, potężnego, dumnego.
Pozwalasz, by szaleństwo zawładnęło twoim ciałem i umysłem, by adrenalina zmieszała się z chaosem w twoim sercu.
Rzucasz przelotne spojrzenie na dawną przyjaciółkę. Na tę parszywą zdrajczynię, która poświęciła cię dla stanowiska.
Niech zginie wraz z nim.
Ale najpierw on.
Patrzysz w jego szkarłatne oczy i widzisz tę bezgraniczną pychę, pewność siebie.
Ukruć to.

1 komentarz: