sobota, 8 sierpnia 2015

VII - Phantom

   Robiło się nieciekawie.
Całe miasto szalało z niepokoju, nawiedzane kolejnymi zjawami. Ayakashi nie próżnowały... Ulice stały się mało bezpieczne. Zwłaszcza po zmroku.
Wyglądałem przez okno, obserwując uważnie grupkę kami cieszących się pierwszymi promieniami słońca w tym miesiącu - dotąd cały czas padało. Kamienistymi uliczkami płynęły strumienie deszczówki, które spływały z całego miasta, by wpaść zaraz do znajdującej się nieopodal małej rzeczki.
- Wychodzę - usłyszałem Rin - Idę tylko po zakupy, więc zaraz będę.
- Pójdę z tobą - uśmiechnąłem się i podszedłem do niej, po drodze naciągając pierwszy lepszy T-shirt. Gdy wyszliśmy, owiał nas przyjemny, chłodny wiaterek niosący ze sobą świeżość oraz zapach igliwia z pobliskiego lasu jodłowego. Zamknąłem oczy i wystawiwszy twarz ku słońcu, uśmiechnąłem się szeroko, delektując się ciepłem promieni i orzeźwiającym powiewem. Usłyszałem radosny śmiech Fatum, a po chwili jej dłoń pochwyciła moją i pociągnęła w miasto. Mimo zwiększonych ataków ayakashi, ulice były zatłoczone, a stragany pełne warzyw, owoców oraz ręcznych robótek.
Z zaciekawieniem oglądałem właśnie wisiory i medaliony ochronne, gdy na karku poczułem czyjąś miękką, ciepłą dłoń. Nie musiałem patrzeć, żeby wiedzieć, że to nie Rin.
Obejrzałem się na osobę, która stała za mną i ujrzałem niską dziewczynę, mniej więcej w wieku Fatum, której twarz okalała bujna czupryna ciemnych włosów o purpurowych refleksach. Jej szare, przenikliwe oczy wwiercały się we mnie. Po plecach przeszedł mi dreszcz.
- To ty! - zaśmiała się i podskoczyła, klaszcząc w dłonie. Na prawym nadgarstku zauważyłem bliznę, która nie miała swojego początku, ani końca, tylko okrążała przegub - Wreszcie cię znalazłam, braciszku! Długo musiałam cię szukać. Chodź więc, nie pozwólmy pozostałym czekać!
Chwyciła mnie pod ramię i pociągnęła, zanim zdołałem cokolwiek powiedzieć, wydusić jakiekolwiek słowo. Wyrwałem się i zatrzymałem.
- Czekaj! Nie wiem, o czym ty do mnie mówisz, nie znam cię dziewczyno! Musiałaś mnie z kimś pomylić.
Ta przekrzywiła lekko głowę tak, że loki opadły na jedno ramię. Wpatrywała się we mnie uważnie, jakby analizując każdy szczegół mojej twarzy, sylwetki, mowy ciała, po czym pokręciła głową stwierdzając, że to na pewno o mnie jej chodziło. Zrezygnowany wypuściłem powietrze i podjąłem próby wytłumaczenia jej, że nie mam zamiaru nigdzie z nią iść, że mam przyjaciółkę, której nie mogę zostawić teraz samej na mieście. Lecz ona nie chciała tego słuchać.
- Jeśli nie pójdziesz po dobroci, to zaciągnę cię siłą - zagroziła, wyciągając zza pazuchy sztylet. Cały się spiąłem, gotów do walki. Nie wyglądała na taką, co ma zbyt często do czynienia z bronią, lecz wszystkiego trzeba było się spodziewać. Gdy ruszyła na mnie, wyciągając uzbrojoną rękę przed siebie, uciekłem w bok i łapiąc ją za kark, cisnąłem w stronę ściany, przy okazji wyrywając jej sztylet. Podczas chwili, której potrzebowała, by dojść do siebie, ja oglądałem misternie zdobione ostrze i obsydianową rękojeść.
- To nie jest broń używana przez kami - powiedziałem, mierząc ją wzrokiem - Nie należysz do tego miasta. Ba... nie należysz do tego świata, mam rację?
Z jej gardła wydobył się ni to szczek, ni to warknięcie. Patrzyła na mnie spode łba tymi szarymi, przerażającymi oczami. Mógłbym przysiąc, że lśniły lekko w cieniu grzywki...
Jej usta wykrzywiał brzydki grymas, pełen pogardy. Nie rozumiałem tego.
- Nie miałbyś tyle szczęścia, gdybym miała przy sobie swoją broń... - wycedziła przez zaciśnięte zęby, a wokół niej pojawiło się coś na kształt czarnej mgły, która unosiła się z jej ciała. Włosy falowały, jakby niesione wichrem.
Ayakashi... tutaj... w samym centrum miasta...
Chciałem rozpocząć mantrę, lecz nie mogłem. Nie byłem w stanie wydobyć z siebie głosu, a w głowie miałem pustkę. Ta niepozornie wyglądająca dziewczyna rosła teraz w moich oczach, nabierając co raz bardziej przerażających kształtów. Gdybym tylko miał swój miecz...!
Spojrzałem na sztylet, którym chwilę temu chciała mnie zadźgać ayakashi i rzuciłem nim tak, że utkwił w splocie słonecznym potwora. Odpowiedział mi jedynie szyderczy śmiech, a potem nie było już nic.
   Czułem miękkość materiału, zapach sterylnego pomieszczenia. Ostre światło świeciło mi prosto w twarz i raziło oczy pomimo zamkniętych powiek. Na czole miałem jakiś chłodzący okład; zmoczoną gazę, albo żelowy zimny woreczek... Czułem przy sobie obecność.
Rozchyliłem powieki i ujrzałem ją. Uśniętą tuż obok mnie, trzymającą mą dłoń, z policzkiem opartym o materac. Obserwowałem jej łagodną twarz naznaczoną słonymi ścieżkami łez. Jak długo byłem nieprzytomny? Ile czasu Rin tu siedzi, ile czasu tak się zamartwia?
Uniosłem wolną dłoń i spojrzałem na nią. Piekła żywym ogniem i nie do końca ją czułem. Może to przez ciasno założone bandaże? Znów swój wzrok przeniosłem na śpiącą przy mnie dziewczynę. Delikatnie zabrałem rękę, po czym wciągnąłem ją do łóżka, okryłem i przytuliłem. Spała jednak tak mocno, że nawet nie drgnęła. Zasnąłem ponownie z uśmiechem na ustach, bo nie bałem się już ciemności, jaką niosły marzenia senne.

1 komentarz: