Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Inne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Inne. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 września 2015

XLVII - Help

Pisane oczami Eriela

   Wyglądało to bardzo źle. Obawiałem się najgorszego, czyli przebicia serca. Widziałem w tej sytuacji tylko jedno wyjście, choć nie wiedziałem, czy mój plan na pewno się powiedzie.
Wraz z Hachibim przenieśliśmy Shiro do mojej ukrytej pracowni. To tu wszystko się zaczęło. W tym właśnie miejscu na świat przyszedł on i Kuro. Mimo, że "Arma Viventem" zostało odkryte i zamknięte, to nie pozwoliłem, aby kiedykolwiek odnaleziono moje laboratorium.
- Trzeba go rozebrać. Do samej bielizny - powiedziałem stanowczo, a ryu jedynie pokiwał głową. Po kilku minutach Shiro z założonym aparatem tlenowym leżał w zbiorniku 01S. Dokładnie w tym samym, w którym komórka po komórce powstało jego ciało. Gdy szczelnie je zamknąłem, do środka zaczął napływać zielonkawy płyn. Widziałem niepewność na twarzy Hachibiego.
- Nie utopi się?
- Nie - odparłem, podchodząc bliżej zbiornika - Ta ciecz jest utleniona w 40%. Tak naprawdę ten aparat tlenowy jest zbędny, ale wolę nie ryzykować, że przestanie oddychać. Mam nadzieję, że zawarte w tym płynie substancje będą w stanie wyleczyć jego rany.
  Następnego dnia przyszła Kuro w towarzystwie Ghose, z czego nie byłem zbyt zadowolony. Całonocna warta podczas której pilnowałem, by nie ustała akcja serca, bardzo mnie wyczerpała. Dziewczyna podeszła do zbiornika, w którym zanurzony był Shiro, położyła dłonie do szyby i przytknęła do niej czoło.
- Cześć, braciszku - wyszeptała myśląc, że jej nie słyszę - Trzymaj się. Masz się nie poddawać, bo Rin będzie chciała iść za tobą, jeśli umrzesz. Ona cały czas płacze, bo boi się, że już cię nie zobaczy. Doskonale ją rozumiem, wiesz? Zwłaszcza, że to mnie broniłeś. Uratowałeś mi życie. Dziękuję ci.
Uśmiechnąłem się pod nosem. Cieszyłem się, że miedzy nimi zawiązała się tak potężna więź. Miałem nadzieję, że obecność Kuro doda Shiro choć odrobinę sił, by walczyć o własne życie.
Ghose stanął obok mnie, także się uśmiechając.
- Aż miło na nich popatrzeć, prawda? - spojrzał na mnie, a ja skinąłem głową - Jaki jest jego stan?
- Wciąż krytyczny, ale już stabilny. Czuwałem całą noc.
- I co?
- Trzy razy musiałem go ratować. Miecz może i nie przeszył serca, ale dość poważnie je uszkodził. Potrzebuję kogoś na dzisiaj. Nie dam rady zarwać drugiej nocy z rzędu.
- Weź Rin.
Skrzywiłem się lekko, spoglądając w stronę zbiornika. Nie byłem pewien, jak ona zareaguje na sposób, w jaki leczony jest Shiro. Ale ostatecznie się zgodziłem, gdyż nie miałem już sił na sprzeczki i wymyślanie odpowiedniego zastępcy. A byłem pewien, że Fatum przyjmie na siebie całą odpowiedzialność za chłopaka. W końcu go kochała...
- Idź po nią. Poinstruuję ją, żeby potem sobie poradziła.
Ghose skinął głową i poszedł. A ja obserwowałem, jak Kuro siedzi przy białowłosym. Cały czas do niego mówiła, nie odrywając dłoni od szyby. Martwiła się. Szczerze, nie byłem w stanie powiedzieć, czy on ją w ogóle słyszał, ale wiedziałem, że nawet jeśli nie, to ona  i tak nie przestanie z nim rozmawiać. Pewnie chciała, by czuł jej obecność. I dobrze.

Ghose przyprowadził Fatum pół godziny później. Zamarła widząc Shiro zamkniętego w, jak to nazwała, tym ogromnym słoju. Otrząsnęła się jednak szybko i nie poruszała tego tematu. Widać ufała mi bezgranicznie pod względem opieki medycznej nad nim.
- Jak on się czuje? - spytała, nie odrywając od niego wzroku.
- Lepiej. Nieznacznie, ale jednak. Niestety wciąż trzeba go monitorować. Dlatego tu jesteś. Nie należę już do młodych kami, przez co nieprzespana noc jest sporym obciążeniem dla mojego organizmu. A co dopiero dwie. Chodź ze mną, abym mógł pokazać ci, co zrobić w razie sytuacji awaryjnej.
- Awaryjnej, to znaczy jakiej?
- Zatrzymanie akcji serca.
Zauważyłem, jak pobladła. Skinęła jednak głową, a na jej twarzy widziałem determinację. Zuch dziewczyna. Widać, że jest w stanie zrobić dla niego wszystko. Że go kocha.
Wierzyłem, że to dzięki niej Shiro był w stanie kontrolować swą mroczną część, która wyjątkowo lubiła wyrywać się na wolność. Potrzebował jej.

Cały instruktarz zajął nam około dwie godziny. Fatum słuchała uważnie, jedynie co jakiś czas rzucając ukradkowe spojrzenia w stronę chłopaka. Nie beształem jej za to bo wiedziałem, jak bardzo przejmuje się jego losem.

Gdy skończyliśmy, od razu podeszła do zbiornika i przyłożyła dłoń na wysokości jego twarzy, jakby chciała dotknąć jego policzka. I w tym momencie wszystkie maszyny podtrzymujące życie i kontrolujące bicie jego serca podniosły rumor. Dziewczyna podskoczyła wystraszona i spanikowana spojrzała na mnie.
- Nie gap się, działaj! - krzyknąłem do niej - Masz okazję przećwiczyć to, co ci tłumaczyłem, dopóki tu jestem. Ruchy!
Otrząsnęła się i zaczęła działać.
Błyskawicznie podeszła do konsoli odpowiadającej za podawanie leków, by po chwili do krwiobiegu Shiro dostała się całkiem spora dawka adrenaliny, mająca pobudzić serce do pompowania krwi. Minęły cztery minuty, a pisk wciąż się utrzymywał. Tak, jak jej mówiłem, podała kolejną dawkę, która zadziałała niemal natychmiast, wprowadzając mięsień serca w odpowiedni rytm. Fatum stała jeszcze chwilę przy konsoli ze wstrzymanym oddechem, a gdy uświadomiła sobie, że się udało, po prostu się rozpłakała. Była bardzo wrażliwa, ale w sytuacji kryzysowej, radziła sobie świetnie.
Podszedłem do niej i położyłem jej rękę na ramieniu.
- Brawo mała - uśmiechnąłem się i przygarnąłem ją do siebie, starając się uspokoić - Dałaś radę. Uratowałaś go.
Ona pokiwała jedynie głową, po czym otarła oczy i nos. Spojrzała w stronę Shiro, śpiącego i oddychającego powoli i spokojnie. Podeszła do niego ponownie i uśmiechnęła się. Oto prawdziwa miłość. A ja postanowiłem ich zostawić i wreszcie odpocząć.

   Wróciłem rano, a to, co zobaczyłem, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Rin drzemała u podstawy pojemnika, a Shiro patrzył na nią, przyciskając dłonie do ścianki naczynia.
Podszedłem do konsoli i nakazałem maszynom wypompować zawartość. Po jakichś dziesięciu minutach chłopak oddychał już tym samym powietrzem co my, choć nie był jeszcze w stanie nawet usiąść. Leżał na boku, oddychając ciężko, ale samodzielnie. Musiał się po prostu przyzwyczaić.
- Poczekaj chwilę, przystosuj się do powietrza, a ja wezwę Hachibiego, żeby pomógł ci przejść do łóżka, gdzie założymy opatrunek.
Skinął głową, choć musiało go kosztować to wiele sił, których teraz musiał oszczędzać. Wkrótce przybył ryu i pomógł stanąć Shiro na nogi.
- Nic nie mów - odezwał się, gdy chłopak próbował mu podziękować - Nie jesteś mi nic winien. Żadnych podziękowań. Spłacam dług wdzięczności za uratowanie mi życia podczas ataku na szmaragdowy pałac. Nie zawracaj więc sobie głowy takimi błahostkami, jak głupie formułki grzecznościowe, tylko odzyskuj siły.
Skinął głową i wsparł się bardziej na podtrzymującym go ryu. A ja już byłem spokojny o jego życie.

niedziela, 20 września 2015

XLII - Loss

Pisane oczami Mesmera

   Przesiadywałem w swoim gabinecie już długo. Od kiedy Shiro przybył uratować swoje dwie przyjaciółeczki, nie przedsięwziąłem żadnej akcji poszukiwawczej, żadnego pościgu ani pogoni...
Nie potrafiłem dojść do siebie.
Wielu moich popleczników zastanawiało się, co też takiego się stało, że ja, Mesmer, przewodniczący Rady Bogów opłakuję niższą kami, która będąc u mnie na służbie, wykonała swoje zadanie, broniąc mojego życia, oddając w zamian swoje.
Adel.
Wstałem chwiejnie z fotela, czując na sobie ciężar tych wszystkich lat, podczas których chodziłem po ziemi. Ruszyłem do katakumb umieszczonych pod wschodnią wieżą Rady. Tam chowani byli wszyscy radni, urzędnicy. Tam rozkazałem umieścić ciało mojej służącej.
Pilnowałem, aby tak wszyscy ją postrzegali.
Bo nie chciałem, by poznali prawdę.
W zawirowaniach mojej młodości, spotkałem pewną kobietę. Oczywiście kami. Niższą stanem, zajmującą jedną z najniższych szczebli drabiny hierarchii. Była bożkiem opiekunem.
Ale ją pokochałem.
Miała na imię Iro, a jej szczupłą, jasną twarz okalała burza czarnych fal. Była piękna. Przez nią, przez jej cudowną urodę, łagodność i wdzięk, którego nie powstydziłaby się sama Amaterasu, popełniłem jedno z niewybaczalnych wykroczeń. Związałem się z nią, ona mi się oddała i...
Tak narodziła się ona.
Piękna, mała dziewczynka, o której pochodzeniu wiedziała poza nami tylko Amaterasu. Nawet nasza córka nie wiedziała, kim są jej rodzice. Jedyna informacja, jaką posiadała to to, że nie była nigdy człowiekiem.
Wkrótce po porodzie Iro zmarła, zostawiając mnie samego, a nasza córeczka trafiła do ośrodka, w którym zajmowano się wychowywaniem młodych kami. Najwyższa bogini jednak nie pozwoliła, aby mała dołączyła do najwyższych kami, przydzielając ją do kasty bożków pogody.
A ja straciłem z nią kontakt.
Po wielu, wielu latach odnalazłem ją w dziale księgowości u jednego z pomniejszych urzędników miasta Triron. Od razu ją poznałem i, wtedy już będąc przewodniczącym Rady Bogów, zażądałem, aby trafiła do mnie. Tak oto moja własna córka stała się moim sługą. Nie chciałem tego, ale jedynie tak mogłem mieć ją przy sobie.
A teraz... teraz jej nie ma. Jestem całkowicie sam.
Przez niego.
Shiro.
Wszedłem do krypty, w której pochowana była Adel. Odsunąłem ciężką płytę zakrywającą sarkofag i usiadłem na jego skraju, przyglądając się tak dobrze znanej mi twarzy.
Rysom, które odziedziczyła po matce.
- Dziękuję ci - szepnąłem, dotykając jej policzka - Dziękuję, że tyle czasu byłaś przy mnie...
Córeczko.

niedziela, 13 września 2015

XXXIII - Hunters

Pisane oczami Mesmera

   Wszystkie moje starania szły na nic, jakby ten smarkacz zapadł się pod ziemię. W akcie desperacji poustawiałem punkty kontrolne wokół całego starego miasta. To na jego obszarze dzieciak najczęściej się poruszał. To tu mieszkały Rin i Kuro, które najprawdopodobniej zabrały go do domu po tym, jak odzyskał pamięć.
Jeśli będzie chciał się spotkać z Zannyo bądź z Amaterasu, których siedziby znajdują się poza tą dzielnicą. Musiał wpaść. Nie było innej opcji.
Pozostawało więc czekać.
   Od ustawienia punktów kontrolnych minęły dwa tygodnie.
A po chłopaku ani śladu. Nie wierzyłem, że nie ruszał się poza stare miasto. Musiał więc jakoś obejść moich strażników.
Uderzyłem z całej siły pięścią w stół, na co Adel podskoczyła, wystraszona.
- Wezwij łowców - warknąłem, na co dziewczyna natychmiast się zerwała i wybiegła z mojego gabinetu. Pierwszy raz od objęcia stanowiska przewodniczącego Rady Bogów byłem zmuszony wezwać tę elitarną jednostkę ścigającą. Nie miałem wyboru. Zwykła straż nie zdawała egzaminu, a ja nie mogłem sobie pozwolić na najmniejszy błąd.
Shiro już najpewniej poszedł do jednej z dwóch najwyższych bogiń... a to nie wróżyło nic dobrego.
Po niecałych trzydziestu minutach do mojego gabinetu weszła piątka elitarnych łowców. Każdy specjalizował się w osobnej sztuce walki. Od strzelania z łuku, przez walkę wręcz, władanie mieczem, włócznią, sai. Oni wszyscy, doskonale wyszkoleni wojownicy, prócz mistrzostwa w tych dziedzinach, nie mieli sobie równych w tropieniu kami.
- Panie - odezwał się najstarszy z nich, będący równocześnie przywódcą, klękając przede mną na jedno kolano, okazując odpowiedni szacunek - Wzywałeś nas. Kogo mamy dla ciebie wyśledzić?
- Shiranui - uśmiechnąłem się szeroko - Potrzebuję waszych umiejętności, by odnaleźć pewnego zbiegłego kami, który znacznie zagraża mej pozycji. Jego imię brzmi Shiro, należy do kasty ryu. Czego potrzebujecie, abyście byli w stanie go złapać?
- Jakiegoś przedmiotu, który do niego należał i pozostał na nim zapach zbiega.
Nic prostszego. Podszedłem do ustawionej obok drzwi szafki i wyciągnąłem pakunek z rzeczami zabranymi z domu Fatum po tym, jak ukartowaliśmy śmierć tego szczeniaka. To, co podoba mi się w tej grupie to to, że nie zwlekają i od razu biorą się do roboty. Dlatego, gdy tylko dostali rzeczy swojego celu, natychmiast ruszyli na poszukiwania.
Teraz tylko czekać. Bo nieważne, jak silnych chłopak ma sprzymierzeńców, z łowcami sobie nie poradzi.

Pisane oczami Shiro

   Miałem bardzo złe przeczucia. Byłem pewien, że Mesmer coś kombinuje, bo nie należy do tego typu osób, które łatwo dają uciec swoim sługom... A niewątpliwie do takich osób ja się zaliczałem. Co z tego, że nie z własnej woli...
Od kilku dni przebywałem w smoczym domu, szmaragdowym pałacu. Musiałem oddzielić się od Rin i Kuro, bo przeze mnie znajdowały się w ciągłym niebezpieczeństwie. A jako, że nie były ryu, nie miały prawa tu przebywać bez zezwolenia Zennyo Ryuo. Matka byłaby skłonna wydać takie zezwolenie, ale groziłoby to sprzeciwem pozostałych smoków zamieszkujących pałac. A tego nie chciałem. Pragnąłem choć odrobinę zasymilować się z pozostałymi członkami mojej nowej kasty, chociaż nie powiem, żeby przyjęli mnie szczególnie ciepło.
W końcu byłem awansowanym bożkiem losu...
Spędzałem więc większość czasu w swoim pokoju, kontemplując i obmyślając kolejne kroki przeciwko Mesmerowi.
Usiłując odgadnąć, co też ten stary grzyb może zrobić, by mnie złapać.
Zennyo się martwiła. Widziałem to jako jeden z nielicznych, który mógł jej towarzyszyć w trakcie dnia.
Akurat przechadzała się po ogrodzie zen, gdy przyszły te wieści... Siedziałem na jej ramieniu, więc wszystko dokładnie słyszałem.
Przewodniczący Rady Bogów wysłał za mną łowców. TYCH łowców. Elitarną jednostkę ścigającą kami, będącą na osobistych usługach Mesmera...
- Wydal go, pani - warknął ryu, który przyniósł te straszne wieści - Stanowi dla nas wszystkich zagrożenie. Łowcy nie zawahają się zabić tych, którzy staną im na drodze do ich celu. Wiesz to przecież!
- Nie mogę go wydalić, Hachibi - powiedziała łagodnie białowłosa bogini - Jest jednym z nas, jak bardzo by wam się to nie podobało. Pamiętaj o naszym kodeksie, synu. Przede wszystkim nie porzucać swoich.
- Tak, ale...!
- Żadnych "ale"! - warknęła matka, a jej oczy rozbłysły groźnym blaskiem - Mesmer go potrzebuje, bo ma w sobie potężną moc. Jeśli dzieciak wpadnie w jego łapy, znów zrobi z niego swoją bezwolną marionetkę. A wtedy może nas zmieść z powierzchni ziemi. Nieważne, jak silnych ryu byśmy nie sprowadzili do Trironu. O ile byśmy w ogóle zdążyli wydać taki rozkaz.
Chłopak prychnął i zmierzył mnie nieprzyjemnym spojrzeniem złowrogich, oczu - jednego szkarłatnego, drugiego złotego... Wydawało mi się, że gdzieś już go widziałem... ale gdzie?
Gdy odszedł, zeskoczyłem z ramienia Zennyo i przyjąłem swoją ludzką postać. Patrzyłem z niepokojem za odchodzącym Hachibi...
- Coś cię trapi, Shiro.
- Nie, matko, ale... mam wrażenie, jakbym gdzieś go już widział. Ale nie mogę sobie przypomnieć, skąd... - bogini uśmiechnęła się z czułością i dotknęła mojej twarzy.
- Hachibi miał brata bliźniaka - zaczęła Zennyo - Niskiego rangą kami, bożka szczęścia, Marunae.
- Tak, pamiętam go...! Był w straży bram miasta podczas ataku ayakashi przed wieloma laty... Spotkałem go kilka razy... uratował mi życie, sam oddając swoje...
I zrozumiałem, dlaczego Hachibi mnie tak traktował. Obwiniał mnie o śmierć brata, czego nie mogłem mieć mu za złe. Poczułem żal i współczucie dla osamotnionego ryu...
- Masz dobre serce, synku - szepnęła białowłosa, przygarniając mnie do serca - Żałujesz losu tych, których spotykasz. Jesteś tworem niemal doskonałym... zazdroszczę ci.
Spojrzałem na nią zdziwiony, ale nie odezwałem się.
- Świat potrzebuje takich jak ty. Więc nie waż mi się umierać...
- Dobrze, matko.
Po tych słowach obdarowała mnie jednym z najpiękniejszych uśmiechów, jaki kiedykolwiek widziałem. Nie umywał się jednak do tych, które dawała mi Rin.
Nie wiedziałem jednak, co teraz mam robić. Zamierzałem się wykraść ze szmaragdowego pałacu, ale teraz...
Teraz nie byłbym w stanie tego zrobić...
Jak mam się zachować...? Jakie czyny przedsięwziąć...?
Pomocy...

piątek, 11 września 2015

XXX - Anger

Pisane oczami Mesmera

   Co za banda nieudaczników... Jak mogli zgubić jednego, nic nie znaczącego kami? Co z tego, że to ryu?! Mieli go znaleźć i to natychmiast.
Bez niego mój plan nie miał sensu. On miał być moją bronią przeciwko Devonantowi, Ca'thasowi i Orochiemu. On miał być moją przepustką do względów Amaterasu i wyższego stanowiska. Co mi po statusie przewodniczącego Rady Bogów, skoro nie mam tak naprawdę realnej władzy nad kami? Status prawej ręki najwyższej bogini to moje miejsce, a nie Zennyo Ryuo.
Ta wredna smoczyca nie zrobiła nic, aby zasłużyć na to szczytne stanowisko. Może i przyczyniła się do pojmania Ca'thasa, ale nic poza tym. Nie jest to na pewno osiągnięcie, które nagradza się taką pozycją.
- Adel! - krzyknąłem, a dziewczyna przybiegła do mnie w podskokach.
- T-tak?
- Czy strażnicy znaleźli już Hikariego?
Pokręciła głową.
Z kim ja muszę pracować? Otaczają mnie sami imbecyle, nie potrafiący zrobić porządnie jednej rzeczy. No nic. Kazał pan, musiał sam. Podniosłem się i ruszyłem ukrytą za moim biurkiem klatką schodową, która prowadziła na jedną z wieżyczek gmachu. Lubiłem tu przychodzić i oglądać Triron z góry, móc podziwiać piękną architekturę budynków okalających Radę Bogów. Lecz teraz byłem tu w innym celu.
Kami zrodzeni z ludzi wciąż posiadają nieśmiertelną duszę, która po przemianie zyskuje swoją własną sygnaturę - kombinację koloru, wibracji i dźwięku. Shiro nie miał duszy takiej, jaką znamy - jego sygnatura różniła się od innych, gdyż mogła być swobodnie formowana przez kami z zewnątrz. Znałem doskonale wibracje duszy Hikariego, więc mogłem go spokojnie odnaleźć. Wystarczyła odrobina skupienia.
Ale teraz... nie czułem nic.
Sygnatura zniknęła, została wymazana.
Mogło to oznaczać tylko jedno - Shiro odzyskał wspomnienia, a istota zwana Hikarim, którą stworzyłem, przestała istnieć.
Uderzyłem z całej siły pięścią w balustradę. Jak to możliwe? Przecież nie powinien być w stanie przełamać bariery stworzonej przez amulet, odgradzającej go od jego przeszłości. Ktoś musiał mu pomóc. Nie wierzyłem, że te dwie smarkule, Fatum i Kuro, miałyby wystarczającą moc na roztrzaskanie muru. Jedyną taką osobą była...
Amaterasu albo Zennyo Ryuo.
A to oznaczało, że obydwie wiedziały o moich zamiarach. Znały mój plan, przez co nawet moja obecna pozycja była zagrożona... Co robić... Co robić?!

niedziela, 23 sierpnia 2015

XXI - Tabula rasa

Pisane oczami Mesmera

   Siedziałem wygodnie w swoim fotelu w gabinecie i przeglądałem po raz już setny akta "Arma Viventem". Wciąż szukałem zapisków, w których Eriel opisał kodowanie psychiki i osobowości swoich tworów. Przede wszystkim interesował mnie Shiro. Jedynie on był dla mnie względnie przydatny, bo Kuro była zbyt niestabilna.
- Eureka - uśmiechnąłem się do siebie, widząc zapiski z 258 dnia projektu, gdy to ciała były już gotowe, lecz stanowiły jedynie puste skorupy. Wtedy to zaczął się proces tworzenia ich osobowości. W przypadku chłopaka wszystko poszło dobrze, bo obydwa elementy były dobrze zrównoważone. Niestety dziewczyna nie była tak łatwa do poskromienia ze względu na słaby ludzki genom. Zatrzasnąłem księgę i ruszyłem do lochów, gdzie czekał już mój nowy pupil. Do podziemi gmachu zostałem wpuszczony bez szemrania i od razu zaprowadzono mnie do celi tego dzieciaka. Leżał na ziemi, brudny, wychudzony i wyczerpany. Oczywiście wiedziałem, że moi podwładni wyżywają się trochę na nim za to, że muszą go strzec w zamian za tak niski żołd, ale nie miałem zamiaru nic z tym robić. Pomagało mi to złamać jego wolę, gdyż konieczne to było, by ulepić na nowo jego umysł.
Uczynię z niego tabula rasa, a potem sam tę czystą tablicę zapiszę.
Słyszałem jego ciężki, rzężący już oddech. Z pewnością miał złamane żebro albo dwa, ale to nawet lepiej. Nie będzie miał sił, by sprzeciwiać się mojej woli.
Wszedłem więc do tej zapyziałej dziury, w której dzieciak spędził ponad dwa tygodnie. Łypał na mnie tymi wilczymi oczami, a gdyby mógł wykrzesać choć odrobinę energii, z pewnością rzuciłby mi się do gardła. Uśmiechnąłem się szeroko.
- Witaj, Shiro. Jak się miewasz?
- Spadaj, stara prukwo... - wydyszał, a ja zauważyłem, że w kącikach ust zaschniętą krew. Kiwnąłem głową na jednego ze strażników stojących przy wejściu. Chwycił chłopaka za włosy i podciągnął do góry tak, że jego oczy były na wysokości moich.
- Powinieneś się odzywać z większym szacunkiem do swojego pana.
- Nie jesteś... moim panem.
- Zaraz się przekonamy.
Wyciągnąłem z kieszeni medalion, o którym była mowa w aktach. Miał on ponoć zareagować z elementem chaosu, który był częścią jego jestestwa. W jego przypadku, energia Devonanta jest bezpośrednio odpowiedzialna za świadomość, więc będzie łatwo. Kazałem go przytrzymać tak, by nie ruszył głową i przybliżyłem wisior tak, by go wyraźnie widział. Mrugnęło raz, drugi, trzeci, a ten smarkacz stracił przytomność. Pozostawało tylko mieć nadzieję, że podziałało.
   Trzy dni później złożyłem znów wizytę w lochu. Shiro wciąż się nie obudził, co mnie powoli zaczynało irytować. Mogło to oznaczać uszkodzenie ośrodka nerwowego, albo co innego. Ale czekajmy. Jak się ocknie, wszystko będzie jasne.
Już miałem wychodzić, gdy usłyszałem ciche stęknięcie i szelest, towarzyszący ruchowi. Obejrzałem się na leżącego, który w tej chwili wyraźnie próbował usiąść.
- Gdzie... jestem? - mruknął. Brzmiał na zdezorientowanego. Serce zabiło mi radośnie, bo to oznaczało, że plan wypalił.
- Pamiętasz cokolwiek? - spytałem, podchodząc do niego. Mówiłem łagodnie, ruszałem się powoli, bo teraz musiałem jedynie zyskać jego zaufanie. Ledwie powstrzymałem uśmiech, gdy pokręcił głową - Mam na imię Mesmer. Moi ludzie znaleźli cię sponiewieranego przed murami miasta Triron. Poleciłem im cię tu przyprowadzić. Nie wiedzieliśmy jednak, czy nie jesteś jednym z ayakashi, dlatego byłeś tu zamknięty. Jeżeli zechcesz tu zostać, możemy zapewnić ci opiekę, pracę, miejsce zamieszkania. Co ty na to?
Zastanawiał się chwilę, ale potem na jego twarz wyjrzał uśmiech. Ten, z którego jest tak dobrze znany. Ten, którego tak nienawidzę i którym gardzę.
Wezwałem lekarza, który miał go opatrzyć.
- Jak cię zwą? - odpowiedziało mi milczenie - Rozumiem, że swojego imienia też nie pamiętasz? - skinął głową - Dobrze więc... nadam ci imię. Co powiesz na Hikari?
- Bardzo mi się podoba... panie.
Odwróciłem się do niego plecami, by nie widział tego, jak się uśmiecham. Wszystko poszło zgodnie z planem. Teraz tylko na nowo nauczyć go walczyć.

sobota, 22 sierpnia 2015

XX - Breaking the will

   Wiele dni minęło, od kiedy Shiro zamknięty został w lochach pod Radą Bogów. Wiele godzin trwały jego rozmowy z Erielem i Ghose, którzy za wszelką cenę pragnęli mu pomóc, odzyskać wewnętrzny spokój i porządek. Chłopak był wyraźnie zagubiony i wystraszony. Krył się w kącie, uciekając przed jakimikolwiek kontaktami ze strażnikami.
Jego stwórca za każdym razem zauważał co raz więcej siniaków, zadrapań i innych urazów. Widać białowłosy nie stracił nic ze swojego uporu i nie zamierzał poddać się osiłkom podlegającym Mesmerowi, który najwyraźniej pragnął złamać wolę młodego kami. Eriel zbyt dobrze znał swojego podopiecznego. Prędzej by zginął, niż zgiął kark przed kimś, kim gardzi. A niewątpliwie obecny przewodniczący taką osobą był.
Shiro był na skraju wytrzymałości fizycznej i psychicznej. Nie pamiętał już, kiedy ostatnio dostał świeży chleb i czystą wodę. Z resztą bał się jeść i pić to, co przynosili ludzie Mesmera, bo nie wiadomo przecież, czego mogli mu tam dosypać. Nie ufał im. Dlatego też po ponad tygodniu jego ciało zaczęło odmawiać mu posłuszeństwa. Mięśnie nie słuchały poleceń, nie pozwalały się podnieść, usiąść, zmienić jakkolwiek pozycji. Nawet oddychanie zaczęło sprawiać mu kłopoty. Czyżby to był efekt uboczny elementu chaosu, który był w nim zaszczepiony? Czyżby to ciało tak rozpaczliwie potrzebowało jedzenia, że już po tygodniu opadało tak strasznie z sił?
Nie wiedział, a z Erielem nie miał najmniejszej ochoty o tym rozmawiać. W ogóle nie miał ochoty go widzieć, bo to przecież przez niego to wszystko się stało. Gdyby nie on, ta mroczna siła nigdy by się w nim nie obudziła.
Zacisnął zęby czując, jak złość znów zalewa jego ciało. Paliła w piersi, zalewała umysł żywym ogniem.
Zabić.
Nie, pomyślał. Nie mogę się znów temu poddać.
   Fatum wiele myślała. Od kiedy zabrali Shiro, dostała kilka zleceń. Zupełnie tak, jakby Rada Bogów pragnęła odciągnąć ją od sprawy przyjaciela. Nie podobało jej się to. Wcale a wcale. Tęskniła za nim, źle sypiała, zamartwiała się. Kiedy on wróci? I czy będzie taki, jak wcześniej? Nie potrafiła odpowiedzieć sobie na to pytanie. Miała tylko nadzieję, modliła się o to, żeby wszystko było jak dawniej. Albo żeby te wszystkie złe wydarzenie, które ostatnio miały miejsce, okazały się tylko złym snem.
Tak. To na pewno zły sen. Zaraz obudzi się w ramionach Shiro, on się zaśmieje, że znowu najadła się czegoś na noc, przez co ma głupie koszmary. Uszczypnęła się nawet, ale wraz z bólem w ramieniu, poczuła ukłucie smutku i żalu. Bo to nie był sen. Wszystko działo się naprawdę. Całe to zło było jawą. A jedyne na co było ją w tej sytuacji stać, to gorzkie łzy tęsknoty. Co z tego, że Kuro codziennie przychodziła i jej pomagała? Co z tego, że ta nieogarnięta dziewczyna wreszcie zaczęła się w miarę przyzwoicie i normalnie zachowywać? Nic nie zastąpi Shiro. Jego błękitnych oczu pełnych radości, tych uszczypliwych żarcików co rano, opisujących jej skołtunione po nocy włosy. I jego mocnych i bezpiecznych ramion, w których tak uwielbiała znikać. Od kiedy pamiętała. Od kiedy to on pojawił się w jej śnie, dając jej wybór i możliwość stania się kami.
Musiała to wreszcie przyznać. Zgodziła się tylko po to, by być u jego boku. By móc przez resztę wieczności obserwować te łagodne i pełne miłosierdzia rysy twarzy. Towarzyszyć mu, uczyć się od niego. Żeby mieć możliwość wielbienia go każdą cząstką swej nieśmiertelnej duszy. A teraz jej dusza wyła, rozpaczała, wrzeszczała za utraconą cząstką, a serce płakało krwawymi łzami za swoją druga połówką.
   Wszystko szło zgodnie z planem. Według sprawozdań strażników, jeszcze dzień lub dwa i będzie można wprowadzić drugą fazę. A wtedy ten smarkacz wreszcie pozna swoje miejsce. Wreszcie będzie posłuszny. No i przydatny.
Mesmer niechętnie to przyznawał, ale gówniarz miał potencjał. Nie wiedział, czy to za sprawą genów Angeli, czy pokrewieństwa z Devonantem, ale Shiro miał w sobie ogromną moc, której nie można było ot tak zignorować. Zamierzał wykorzystać cały ten potencjał, dokończyć ten cholerny, niedoskonały projekt i stworzyć broń idealną. Posłuszną, potężną.
Niszczycielską.
Miał zamiar jednak dopilnować, aby ten chaos skierowany został w odpowiednią stronę i przypadkiem rykoszetem nie uderzył w niego samego. Musiał się tylko dowiedzieć paru rzeczy. Dlatego wezwał tego starego idiotę, Eriela. Niestety tylko on mógł pomóc mu w finalizacji projektu "Arma Viventem". Bo przecież tak naprawdę nigdy nie został skończony.
Rada Bogów dowiedziała się o jego eksperymentach. Mesmer doskonale pamiętał ten dzień. Ten ogromny skandal, który nie wiedzieć jakim cudem, nie wyciekł do opinii publicznej. Wszyscy zachowali milczenie, Eriel odszedł z urzędu, a on sam go zastąpił. Nie wiedział jednak, że jeden obiekt został już wypuszczony. Kuro, bo tak nazwał ją jej stwórca, nie nadawała się do planu, który Mesmer uknuł po odsunięciu swojego poprzednika i zapoznaniem się z aktami całego projektu. Była zbyt agresywna, nieposkromiona, niekontrolowana. Element chaosu był znacznie silniejszy, niż genom ludzki. Nie było więc możliwości, aby w jej przypadku projekt zakończył się powodzeniem. Co innego w przypadku Shiro.
Pozostawało go tylko złamać. A to już niedługo się stanie.

piątek, 21 sierpnia 2015

XIX - Blood on your hands pt II

   Biegła co sił, z duszą na ramieniu. Musiała go powstrzymać, zanim zrobił coś głupiego, bo inaczej nie będzie już w stanie go uratować...!
Biegła więc mimo, że brakło jej sił.
Bo nie chciała go znów stracić.
Dopadła do bram gmachu i weszła, odgarniając fioletowe kosmyki grzywki z oczu. Łapczywie chwytała oddech do piekących z wysiłku płuc. Przemierzała już wolniej ten ciemny, kamienny korytarz, który tak dobrze znała, prowadzący do gabinetu Mesmera. Wyraźnie czuła w powietrzu wibracje elementu chaosu Shiro.
- Spóźniłam się... - szepnęła ze zgrozą, widząc na ziemi dwóch poobijanych strażników, którzy zabrali jej brata. Znów pobiegła co sił za tak dobrze znaną jej energią i gdy tylko wpadła do pomieszczenia, gdzie lada chwila miała stać się tragedia, chwyciła białowłosego i wytrąciła mu z ręki sztylet. Poczuła, jak jego mięśnie się spinają.
Zabij.
Zamrugała kilka razy, słysząc ten straszny, chrapliwy głos i doznała olśnienia.
- Nie słuchaj go, braciszku - szepnęła łagodnie, przyciskając głowę do jego pleców - Nie możesz się zatracić. Nie pozwól Devonantowi nad sobą zawładnąć. Udowodnij wszystkim, że to nieprawda, że nie oszalałeś...
- Puść mnie, Kuro.
- Jeżeli się nie opanujesz, zabiją cię.
Napotkała pełen niebezpiecznej pewności siebie wzrok szkarłatnych oczu Mesmera. Ten stary zgred znów coś kombinował. Widziała to. Szukał jedynie sposobności, by się ich pozbyć, zabić, zmieść z powierzchni ziemi. Shiro i tak już był zagrożony, ale na nią wciąż nic nie miał. Jeżeli jej brat zrobi coś złego, ona odpowie wraz z nim. Bo to, co teraz zrobi, przekreśli jej szanse, jeśli plan się nie powiedzie.
Puściła go.
- Dobrze - powiedziała, prostując się i samej dobywając sztyletu - W takim razie ci pomogę.
Poczuł, jak cały gniew znika, zastąpiony strachem. Nie o to, że ktoś zniszczy jego cel, nie o to, że to nie on przeleje krew Mesmera, ale o to, że jego siostra będzie w niebezpieczeństwie.
- Nie.
Szepnął, przełamując jakąś wewnętrzną blokadę, nie pozwalając mu mówić. Potem powtórzył głośniej. I jeszcze raz. I jeszcze. A ona już wiedziała, że plan się powiódł, bo zaczął się cofać. Stawiał niepewne kroki, jeden, po drugim, zbliżając się niepewnie do drzwi.
I wtedy wszystko runęło jak domek z kart.
Mesmer wstał i podszedł do oszołomionego i wystraszonego chłopaka. Chwycił go za głowę i przycisnął do ściany, uniemożliwiając ucieczkę.
- Adel, wezwij straż - rozkazał swojej podwładnej, która z przerażeniem obserwowała całe zajście. Po raz kolejny musiała wybierać między przyjacielem i zajmowanym stanowiskiem. Mężczyzna stał i mierzył ją wyczekująco wzrokiem. Nie miała wyboru. Musiała wykonać polecenie swojego przełożonego.
   Cela była ciemna i śmierdząca. Shiro leżał poobijany i osłabiony na mokrej podłodze, gdzie pleśń i grzyb rozwijały się w najlepsze. Nie wiedział na co czekał. Nie wiedział też, dlaczego go po prostu nie zabili.
Bo Mesmer przecież chciał to zrobić. Widział to w jego oczach - tych szkarłatnych, bezlitosnych ślepiach.
- Skąd on miał tyle siły...? - zapytał sam siebie - Przecież... jest tak starym kami, że nie powinien mieć możliwości móc mną tak rzucić...
Pozostawało siedzieć i oczekiwać nieuniknionego. Bo był pewien, że kara za to co zrobił, na pewno go dosięgnie.

XVIII - Blood on your hands pt I

Narrator trzecioosobowy

   Jak ściekły pies, prowadzony do swojego pana, Shiro ciągnięty był przed Mesmera, w tej chwili jego przełożonego, a tak naprawdę kami, od którego zależało to, czy ujrzy jeszcze zachód słońca. Doskonale wiedział, co go czekało, jeśli przewodniczący Rady Bogów położy na nim swoje łapska. Nie był bowiem tak współczujący i pełen litości jak jego poprzednik, który tchnął w Shiro iskrę życia.
Zabij.
Poddawał się silniejszym i większym od siebie strażnikom, którzy trzymając go pod ramiona, dosłownie ciągnęli biedaka... nie, buntownika do swojego szefa. Bo przecież nim właśnie był. Buntownikiem, zdrajcą, żywym elementem chaosu, który ostatnio tak gwałtownie przejął nad nim kontrolę i do reszty pożarł już niższe bóstwo znane pod imieniem Sudba.
Rozszarp.
W uszach szumi mu krew, zmysły wyostrzają się. Chęć mordu narasta. Już czuje na skórze lepką, metalicznie pachnącą posokę. Pragnie umazać się w jusze swoich oprawców, którzy tak niedelikatnie się z nim obeszli. Adrenalina wypełniała jego krwioobieg, zachęcając serce do wytężonej pracy. Jeszcze tylko chwilę. Zbierz jeszcze odrobinę siły i zaatakuj, niczym drapieżnik, którym się stałeś. Niech chaos ponownie wypłynie z twego ciała i umysłu.
Zniszcz.
Uniósł głowę i błyskając błękitnymi ślepiami czeka na okazję, by się uwolnić.
Teraz.
Zatrzymuje się gwałtownie tak, że strażnicy muszą się z nim szarpać. Wyrywa się z ich uścisku i jednego kopie z całej siły w kolano tak, że słychać nieprzyjemny gruchot łamanych stawów. Drugi, starając się dopaść swojego więźnia, zachodzi Shiro od tyłu i zamyka go w swoim niedźwiedzim uścisku.
- Tylko na tyle cię stać? - zaśmiał się białowłosy, wsadzając żołnierzowi piętę w krocze. Czerwony na twarzy mężczyzna pada na ziemię jęcząc, ale wciąż stanowi zagrożenie. Wystarczy jedno mocne kopnięcie w brzuch, by był już bezradny i nie mógł powstrzymać stworzonej przez Eriela hybrydy. Ponoć tej spokojniejszej, łatwiejszej do kontrolowania.
Jakiż byłeś naiwny, dawny przewodniczący. Ślepo wierzyłeś, że tak straszna istota pozostanie w okowach twojej władzy.
Przeliczyłeś się jednak.
Shiro szedł teraz spokojnym krokiem, wolny. Szedł by zobaczyć się ze swoim właścicielem, Mesmerem. Szedł teraz nie jako zaszlachtowany pies, lecz jako wilk, który pragnie uwolnić się z sideł.
Zagryź.
Znaleźć tylko coś ostrego, by przeciąć te cholerne liny krępujące ręce. Znaleźć coś ostrego, by posłużyło mu za broń, bo jego miecz już się go nie słucha.
W korytarzu słychać było tylko jego własne kroki. Nie słyszał nic innego poza nimi i szumem adrenaliny w swojej własnej krwi.
Czas zakończyć to wszystko.
Pogrąż świat w chaosie.
Czas zabić szkarłatnookiego diabła.
Zmieć go z powierzchni świata.
Nadszedł czas, by każdy był każdemu równy.
Spal i rozsyp jego prochy na wietrze.
Nadszedł czas, by Mesmer zginął.

Niech świat o nim zapomni.

   Mesmer siedział w swoim biurze w towarzystwie Adel. Jak zawsze, pracowita dziewczyna pilnowała porządku w dokumentach, przyrządzała mu doskonałą kawę. Była to jedyna niższa kami, z którą potrafił przesiedzieć cały dzień. Mimo niskiego urodzenia, zachowywała się godnie, z klasą, lecz ostatnio wydawała się jakaś przygnębiona. Czyżby wieść o pochwyceniu Shiro ją tak przybiła?
- Nie warto przejmować się tym chłopakiem - powiedział mimo woli, spoglądając na zapracowaną kami. Uniosła na niego wzrok, a okrągłe okulary w czarnych oprawkach zsunęły jej się nieco z nosa - Nie jest wart nawet jednej linijki sutry.
W oczach Adel zalśniły łzy, bo pamiętała, jaki jej przyjaciel był kiedyś. Zawsze uśmiechnięty, łagodny. Nie chciała wierzyć w to, że się zatracił, lecz nie mogła zaprzeczyć, że się zmienił. Wszyscy, którzy go znali, doskonale to widzieli.
Poprawiła szkła i kontynuowała pracę bez słowa choć wiedziała, że to niegrzeczne pozostawić słowa przełożonego bez odpowiedzi. Nie miała jednak co odpowiedzieć. Nie zgadzała się z Mesmerem, lecz z drugiej strony nie chciała się z nim kłócić, sprzeciwiać się mu, ponieważ mogła stracić w jego oczach.
A była przecież jedyną niższą kami, którą do siebie dopuścił. Przecież to taki zaszczyt!
Nie wiedziałaby co ze sobą zrobić, gdyby ją potępił.
Mimo, że kosztowało ją to zdradę przyjaciela.
   Jesteś sam. Wszyscy cię zostawili, pozostałeś na łasce losu i swojego ojca. A każdy wie, że Devonant nie wybacza. Pan cieni zawsze dostawał to, co chciał. A teraz pragnął śmierci Mesmera. Co za problem?
Ten złoty kami jest stary i słaby. Nic już nie może zdziałać w prawdziwej walce.
Dlatego, teraz już z wolnymi rękami i z ukradzionym komuś sztyletem w dłoni, wchodzisz bezceremonialnie do jego gabinetu. Spokojnym i pewnym krokiem.
Sprawiasz wrażenie wielkiego, potężnego, dumnego.
Pozwalasz, by szaleństwo zawładnęło twoim ciałem i umysłem, by adrenalina zmieszała się z chaosem w twoim sercu.
Rzucasz przelotne spojrzenie na dawną przyjaciółkę. Na tę parszywą zdrajczynię, która poświęciła cię dla stanowiska.
Niech zginie wraz z nim.
Ale najpierw on.
Patrzysz w jego szkarłatne oczy i widzisz tę bezgraniczną pychę, pewność siebie.
Ukruć to.

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

XVI - Friend

Pisane oczami Adel

   Jak co dzień siedziałam i porządkowałam dokumenty mojego szefa, obecnego przewodniczącego Rady Bogów, Mesmera. Należał do tego typu osób, które musiały mieć wszystko dokładnie ułożone na swoim specjalnie wyznaczonym miejscu, a gdy coś leży porozwalane, dostaje białej gorączki. Układałam właśnie pliki i akta z czasów, gdy stanowisko to zajmował Eriel, gdy w holu powstało niemałe zamieszanie. Kami zaczęli się sprzeczać, popychać, wykłócać. Jeden z nich mnie popchnął, a ja, ofiara losu, upuściłam wszystkie teczki, które leżały teraz na podłodze niczym papierowy dywan. Zaczęłam pośpiesznie zbierać dokumenty, ale jeden z podpisów przyciągnął moją uwagę... "Arma Viventem"...
Rozejrzałam się uważnie patrząc, czy ktoś mnie nie widzi i schowałam dokumenty do swojej torby. To może być ciekawe.
   Usiadłam w domu przy biurku i otworzyłam teczkę. Odręcznie pisane litery łechtały mile oczy. Widać ktoś bardzo długo ćwiczył kaligrafię, gdyż każda litera była dokładnie i precyzyjnie nakreślona. Czytałam uważnie każde słowo i czułam, jak odpływa mi krew z twarzy. Kto by pomyślał, że Rada Bogów robiła coś takiego?! Zwłaszcza, że... chłopak z opisu przypominał jednego mojego znajomego... Sudbę. Nie wiem, czy to możliwe, aby to on był jednym z tej dwójki...
Dotarłam do ostatniej strony. Pismo tu różniło się znacznie - widać to pisała już inna osoba, a i data była niedawna. Zaczęłam czytać.
Shiro zaczyna przejawiać oznaki niestabilności psychicznej. Stał się agresywny, niespokojny. Zaleca się zamknięcie obiektu pod obserwację.
Możliwy rozrost elementu chaosu.
Musiałam się zobaczyć z przyjacielem. I to jak najszybciej.
   Spotkaliśmy się w parku. Sudba wyglądał na zmęczonego, niewyspanego, trochę nieobecnego myślami. Uśmiechał się, lecz grymas nie dosięgał oczu, teraz błękitnych i zimnych niczym lód. Wyciągnęłam z torby pudełko z jego ulubionymi ciastkami, które piekłam dla niego przy każdym naszym spotkaniu. Podziękował cicho i ugryzł jedno. Zapanowała ciężka cisza.
- Sudba, wiesz, że mnie przenieśli do kancelarii przewodniczącego Rady? - zagadnęłam, skubiąc rąbek kraciastej spódnicy, którą wtedy założyłam.
- Naprawdę? - założył znów tę maskę uśmiechu - Gratuluję.
- Mhm. Zajmuję się tam porządkowaniem akt i dokumentów - zerknęłam na niego, lecz on wciąż spokojnie żuł ciastka - Trafiłam na bardzo ciekawe zapiski, których pierwsze zdania są jeszcze z czasów, gdy Radzie przewodniczył Eriel. A najnowsze są sprzed kilku dni.
Jego oczy o barwie nieba przeniosły się na mnie i wwiercały się nieprzyjemnie w moje. Przełknęłam ślinę żeby zwilżyć gardło i kontynuowałam.
- Akta zatytułowane są "Arma Viventem"…  - zauważyłam, że poruszył się niespokojnie, gryzł mocniej i dłużej każdy kawałek ciastka, a wzrok, przeniesiony znów gdzieś w dal, stał się nieobecny więc nie byłam pewna, czy wciąż mnie słucha - Traktują o dwójce istot...
- Przenieśmy się - mruknął - To nie miejsce, aby o tym rozmawiać. Jest tu za dużo osób.
Poszliśmy więc do mojego mieszkania, gdzie mogliśmy w spokoju kontynuować naszą konwersację. Zrobiłam mu kawy, którą niemal natychmiast wypił, usadowił się wygodnie na kanapie, westchnął parę razy i zaczął mówić.
- Wiem, co zawarte jest w tych aktach. Musiałaś czytać opisy, skoro skojarzyłaś że jednym z "obiektów", jak to ładnie jest tam określone, mogę być ja. Masz rację. Moje prawdziwe imię brzmi Shiro, jestem w tej chwili w połowie kami, w połowie ayakashi, choć początkowo moim elementem kontrolowanym był genom ludzki... - zawiesił głos i patrzył mi w oczy, obserwując moją reakcję. Było mi gorąco. Mój przyjaciel był efektem jakiegoś pieprzonego eksperymentu, a na dodatek chcieli go teraz schwytać i zamknąć, jak szczura laboratoryjnego...
Ale z drugiej strony... Sama widzę, jak się zmienił. Stał się wyprany z emocji, zimny, oschły. Co ja miałam robić...? Pomóc mu... czy wykonać mój obowiązek względem Rady...?
Siedział z zamkniętymi oczami, zamyślony. Wyglądał tak jak zawsze, gdy coś rozważał, analizował... I po cichu zaczął odliczać... od dziesięciu w dół.
A gdy doliczył do zera.
Łomotanie do drzwi.
Uśmiechnął się łagodnie, wstał i otworzył drzwi.
- Wybacz nam, Shiro. Ale jesteśmy tu po ciebie - dał się słyszeć głos jednego ze znanych mi strażników. A on stał. Odwrócił się tyłem do nich, twarzą do okna...
- Nie, panowie. To wy mi wybaczcie.
Jego oczy błysnęły, a oni wszyscy leżeli na ziemi. Z mojego gardła wydobył się krzyk. W jednej chwili on był już przy mnie, przytykając mi dłoń do ust, uniemożliwiając wydanie jakiegokolwiek dźwięku.
- Przepraszam, że cię w to wplątałem. Ale tak naprawdę sama sobie jesteś winna, bo to ty odnalazłaś te dokumenty. Czasem nie warto wtykać nosa w nieswoje sprawy.
Pocałował mnie lekko w czoło i zniknął.
Od tak.
Rozwiał się, niczym dym na wietrze.
Co tu się stało...?