Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fatum. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fatum. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 września 2015

XLVIII - United

Pisane oczami Rin

   Nie mam pojęcia, kiedy zasnęłam. Ostatnie co sobie jestem w stanie przypomnień to to, jak siedziałam przy tym gigantycznym słoju, w którym był Shiro... i jak z nim rozmawiałam. Nie byłam nawet do końca pewna, czy mnie słyszał, ale po prostu miałam potrzebę mówienia do niego. Przesiedziałam tak całą noc. A przynajmniej jej większość, bo zmęczona i zestresowana, wkrótce zasnęłam.
Gdy się obudziłam, słój był pusty. Poderwałam się na równe nogi, przerażona. Zaczęłam biegać po pomieszczeniu, szukając Eriela, ale nigdzie go nie mogłam znaleźć. Wyszłam więc korytarzem prowadzącym na pewno do wyjścia z całego kompleksu, a przy najbliższym rozgałęzieniu skręciłam w prawo. Nie myślałam wtedy o tym, co będzie, jeśli się zgubię. Liczyło się to, że musiałam wiedzieć, co z Shiro. Gdzie jest. Nie patrzyłam kompletnie pod nogi. Byle przed siebie. Do Shiro, albo do Eriela. Bo on mnie do niego zaprowadzi.
Wpadłam na coś. A raczej na kogoś, bo gdy już miałam uderzyć tyłkiem o ziemię, zostałam złapana przez Hachibiego, który wyrósł na mojej drodze jak spod ziemi.
- Dokąd ci się tak śpieszy, że nie patrzysz, gdzie biegniesz? - spytał, przekrzywiając głowę.
- Ja... - speszona starałam się złapać równowagę i stanąć samej - Szukam Eriela. Bo obudziłam się, a Shiro nie było w tym... czymś.
Mężczyzna wydawał się rozbawiony moim brakiem ogarnięcia, ale nie przejmowałam się tym w tamtej chwili. Musiałam wiedzieć, gdzie on jest.
- Twój przyjaciel się obudził - zaczął, a mi zabiło mocniej serce - Wraz z Erielem przenieśliśmy go do pokoju, gdzie już do końca dojdzie do siebie. Zaprowadzę cię do niego.
Skinęłam głową, niezdolna nic powiedzieć. Byłam taka szczęśliwa, że mu się udało! Że poradził sobie. Zostałam wprowadzona do małego przedpokoju, w którym było wejście do łaźni i do pokoju Shiro. Hachibi kazał mi wejść najpierw, umyć się i przebrać, żeby nie wnieść żadnych zarazków. Nie musiałam na szczęście zakładać tego cholernego fartucha, ale dostałam białe ciuchy pod postacią przylegających spodni i golfa. Nie mam pojęcia, skąd wiedzieli, jaki mam rozmiar...
Gdy byłam gotowa, drzwi do jego pokoju otworzyły się przede mną, rażąc oczy sterylną bielą. Na środku stało duże łóżko, a przy nim dwie maszyny - monitorująca pracę serca i wspomagająca oddychanie. Wśród nich leżał, jak mi się wtedy zdawało, strasznie kruchy i bezbronny Shiro. Mój kochany Shiro. Żywy. Wciąż z maską tlenową, ale co z tego, skoro był tu, obok, a jego życiu, jak przekazał mi Hachibi, już nic nie zagrażało. Ujęłam delikatnie jego dłoń, która nie była tak zimna, jak wcześniej i splotłam z nim palce.
- Jestem tu, Shiro - wyszeptałam, przyciągając jego dłoń do swojej twarzy tak, aby poczuł dotyk mojej skóry - Cały czas tu będę przy tobie.
Mijały dni, a Shiro się nie budził. Eriel wspominał, że odzyskał na chwilę przytomność, przez co zdecydowali się zabrać go z tego całego zbiornika.
Codziennie pomagałam przy zmienianiu opatrunku i pielęgnowaniu go, ale mimo woli traciłam już nadzieję. To trwało tak długo... a on nie dawał żadnego znaku, że nas słyszy... Któregoś dnia postanowiłam złamać zakaz Eriela i położyłam się w łóżku przy nim, kładąc sobie jego głowę na piersi tak, aby słyszał bicie mojego serca. Przeczesywałam palcami jego włosy, które teraz były matowe i łatwo wypadały. Niewiele myśląc, zaczęłam cicho śpiewać piosenkę, którą usłyszałam, kiedy byliśmy jeszcze w szmaragdowym pałacu. Pamiętam jak dziś, gdy siedział na jednym z głazów w ogrodzie zen Zannyo, wpatrując się w zamyśleniu w gwiazdy.
- Przemija magia, chociaż wielkie moce
jak były są. W sierpniowe noce
nie wiesz, czy gwiazda spada, czy rzecz inna.
I nie wiesz, czy to właśnie rzecz, co spaść powinna.
I nie wiesz, czy przystoi bawić się w życzenia,
wróżyć? Z gwiezdnego nieporozumienia?*
Patrzyłam cały czas na jego twarz, która pozostawała cały czas tak samo nieruchoma, jak wcześniej, a podkrążone i naznaczone cieniem oczy nie zamierzały się uchylić. Zaczęłam łkać. Bo mimo, że był tak blisko, cały czas był tak samo odległy jak w chwili, gdy stał na granicy życia i śmierci. Przytuliłam mocniej jego głowę do serca płacząc strasznie. Sama nie wiem, kiedy usnęłam.

Było ciemno. Taki mrok widziałam kiedyś, dawno temu, tylko w jednym momencie mojego życia. W chwili, gdy Shiro odwiedził mnie we śnie, gdy jeszcze byłam człowiekiem. Wtedy znałam go pod imieniem Sudba, nie mając pojęcia, jak nieszczęśliwą jest istotą.
Rozglądałam się mając nadzieję, że go ujrzę.
"Przemija magia, chociaż wielkie moce jak były są"
Słyszę znajome strofy wypowiadane przez głos, który poznałabym na krańcu świata.
"W sierpniowe noce nie wiesz, czy gwiazda spada, czy rzecz inna"
Obracam się wokół własnej osi mając nadzieję, że już zaraz, za sekundę on wyłoni się z mroku i zapełni pustkę w moim sercu.
"I nie wiesz, czy to właśnie rzecz, co spaść powinna"
Słyszę kroki, które niosą się echem wokół mnie, przez co nie jestem w stanie określić, skąd dochodzą.
"I nie wiesz, czy przystoi bawić się w życzenia, wróżyć?"
Czuję dotyk na ramieniu.
- Z gwiezdnego nieporozumienia... - szepczę, odwracając się i widzę jedyną osobę, jaką chcę teraz ujrzeć. Patrzę w te piękne, pełne głębi, błękitne oczy, które zawsze mnie hipnotyzują - Shiro.
Czuję, że znów płaczę. Że znów nie jestem w stanie powstrzymać potoku łez, których on tak bardzo nie lubi oglądać. Zasłaniam się rękami, starając się przed nim to ukryć. Ale on ujmuje moje dłonie w swoje i przyciąga mnie do siebie, po chwili zamykając w pełnym czułości uścisku, który tak uwielbiam.
- Dziękuję, Rin - szepcze, a mnie bombardują złe przeczucia - Dziękuję, że przy mnie jesteś, że czuwasz. Nie masz pojęcia, ile to dla mnie znaczy.
- Czemu... czemu czuję, że się ze mną żegnasz?
Napotykam jego wzrok. Teraz wyjątkowo odległy... smutny.
- Nie - szepczę znowu - Nie mogę cię stracić... Nie w ten sposób, kiedy jesteśmy tam, na jawie, razem, blisko siebie...! Nie możesz odejść...
- Rin...
- Nie możesz, nie zgadzam się!
Widzę w jego oczach cierpienie i zmęczenie. Dokładnie tak samo, jak wtedy. Ten umęczony wzrok... On ma już dość.
- Wiesz... - szepczę, spuszczając głowę i opierając czoło o jego pierś - Pamiętam, jak spotkałam cię po raz pierwszy. Wtedy, we śnie, gdy dałeś mi wybór. Powiedziałeś wtedy, że zaczyna się moja wewnętrzna walka dobra ze złem... że zachowam człowieczeństwo, bądź stanę się ayakashi... pamiętasz?
- Tak...
- Wiesz, czemu się na to zgodziłam?
- Powiedz.
- Zgodziłam się, bo byłeś przy mnie - szepczę jeszcze ciszej, bo nie ufam swojemu głosowi - Przyrzekłeś, że będziesz przy mnie na zawsze. Dziwiłeś się parę razy, że nie męczą mnie żadne pokusy, nie mam myśli autodestrukcyjnych... Teraz już wiem, czemu. Wiem już, co zachowuje moje człowieczeństwo... nie... KTO je zachowuje. To dzięki tobie jestem tym, kim jestem. Gdy Mesmer powiedział nam, że nie żyjesz, straciłam nad sobą kontrolę. Pragnęłam zmieść wszystko i wszystkich z powierzchni ziemi, a potem zabić siebie, by do ciebie dołączyć. Zrobiłabym to. Gdyby nie Kuro. Wiesz czemu?! - podniosłam głowę, patrząc w jego pełne w tej chwili przerażenia oczy - Bo cię kocham, do jasnej cholery! Kocham cię nad życie, ponad wszystko, co kiedykolwiek miałam! Dla ciebie stałam się kami. Dla ciebie podjęłam decyzję... Bo ty jesteś tym jedynym...
Spuścił głowę, a ja poczułam, jakby ktoś mi wpychał sztylet w serce. Nie potrafiłam zinterpretować jego gestu... czyżby mnie odtrącał?
Zauważyłam, że jego ramiona drżą, jakby od powstrzymywanego szlochu... a potem byłam już w jego objęciach. Czułam, jak wciska twarz w zagłębienie mojej szyi, jakby szukając schronienia. Co się właśnie działo...?
Gdy odsunął się trochę, ujął w dłonie moją twarz i pocałował. Tak jak przeddzień ataku Mesmera... tak jak wtedy... był to pocałunek pełen miłości. To była obietnica.
Gdy oderwał się ode mnie, przytknął czoło do mego czoła i spojrzał mi głęboko w oczy.
- Dajcie mi kilka dni. Muszę coś zrobić - wyszeptał, a gdy miałam otworzyć usta, by coś powiedzieć, on mi przerwał - Nie pozwól Erielowi mnie odłączyć. Wrócę, najdroższa.
Przesunął delikatnie kciukiem po moim policzku, ścierając samotną łzę, która zaplątała się jakimś cudem na mojej twarzy i znów delikatnie pocałował.

Otworzyłam oczy i usiadłam, rozglądając się na wpół przytomnie po pomieszczeniu. Siedziałam na łóżku wciąż śpiącego Shiro, nie będąc do końca pewną, co się właściwie stało. Gdy spojrzałam na swoją rękę dostrzegłam, że chłopak odwzajemnia uścisk. Znów przygarnęłam go do siebie tak, by słyszał bicie mojego serca i zaczęłam raz za razem powtarzać słowa pieśni.
- Przemija magia, chociaż wielkie moce jak były są. W sierpniowe noce...


* - "Spadające z nieba" Wisława Szymborska

piątek, 25 września 2015

XLVI - On The Edge

Pisane oczami Rin

   To się nie działo.
Najzwyczajniej to nie ma prawa się dziać!
Patrzę na stojącego tuż obok mnie Shiro. I nie wierzę w to, co widzę.
Wepchnięta w jego pierś klinga sterczy z pleców, a po tym doskonałym ostrzu ścieka niespiesznie szkarłatna krew.
- To było nierozważne chłopcze, żeby zasłaniać ją własnym ciałem - odezwał się przysłany przez Mesmera wojownik. Shiro uniósł zwieszoną dotąd głowę i uśmiechnął się.
- Być może - powiedział cicho, a ja zauważyłam, że zacisnął mocniej palce na rękojeści swojego miecza - Rzeczywiście, po chwili zastanowienia, mogłem to rozegrać nieco inaczej, ale przynajmniej mam cię dokładnie tu, gdzie chciałem.
Najemnik zrobił wielkie oczy i wyrwawszy miecz z piersi białowłosego, szykował się do odskoczenia. Nie zdążył, bo jego głowa już toczyła się po ziemi, oddzielona od ciała jednym, błyskawicznym cięciem.
Siedziałam zszokowana, jak dosłownie chwilę później Shiro pada na kolana, a z jego ust wylewa się spora ilość krwi. Obejrzał się na Kuro, uśmiechając słabo.
- Jest... remis... siostrzyczko - wyszeptał, po czym osunął się na bok. Dopiero wtedy opuścił mnie paraliż i podbiegłam do niego. Przekręciłam go na plecy i ułożyłam sobie jego głowę na kolanach. Miał zamknięte oczy, a oddech do najlżejszych nie należał. Dotknęłam delikatnie jego policzka. Spojrzałam na Kuro i kazałam jej biec po sanitariusza. Skinęła głową i pognała szukać medyka.
Ja zostałam z nim. Udało mi się go przekonać, aby na mnie spojrzał.
- Nie umieraj mi tu - szepnęłam, przeczesując jego włosy. Nie teraz, kiedy wreszcie jesteśmy razem...
Uśmiechnął się słabo, wiedziałam, że starał się pokazać, że się nie podda, ale byłam także świadoma, że z każ∂ą chwilą opuszczały go siły. Starałam się nie dopuścić do tego, żeby zamknął oczy, albo zasnął, bo wtedy to byłby już jego koniec. Dlatego mimo łamiącego się głosu i łez cisnących się do oczu, cały czas z nim rozmawiałam, starając się go zmusić do tego, by mi odpowiadał.
Aż w końcu zawiesił głos w połowie słowa, a ja spostrzegłam, że jego spojrzenie stało się bardziej odległe, nieobecne. Zaczęłam klepać go po policzku z nadzieją, że odzyska choć odrobinę przytomności.
Udało się.
Ale moja radość nie trwała długo.
- Rin... - wychrypiał z trudem - Muszę chwilę odpocząć... Naprawdę, tylko sekundkę... Zaraz się obudzę...
Nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, on już spał. W jednym momencie... Mimo moich starań, nie zdołałam go już obudzić. Co gorsze, tuż po tym jak zasnął, zaczął zanikać jego oddech.
Niewiele myśląc przytknęłam usta do jego ust i zaczęłam dzielić się z nim oddechem mając jedynie nadzieję, że uda mi się przedłużyć jego życie na tyle, by dotrwał do przybycia medyka.
Gdzie do cholery była ta Kuro?!
Moje łzy spływały na twarz Shiro, mieszając się z powoli zasychającą na brodzie krwią. Sięgnęłam do jego lodowatej dłoni i splotłam z nim palce modląc się w duchu, by jego serce nie przestało bić. Bo co ja bez niego zrobię?
Zaczęłam trząść się ze strachu przed tym, co mogło się stać. Że Shiro zabraknie. Co wtedy? Jak pokonamy Mesmera?
Jak... ja będę mogła żyć bez niego?
Moje przemyślenia przerwał trzask otwieranych drzwi.
- Puść mnie, Fatum - odezwał się przybysz, a po głosie poznałam, że to Eriel. Oderwałam się od chłopaka, który teraz oddychał jako tako o własnych siłach - Spisałaś się, dziewczyno.
Pokiwałam głową, ocierając łzy. Staruszek rozpiął kaftan rannego, odklejając delikatnie materiał od ciała. Moim oczom ukazała się okropna rana, która dokładnie przepołowiła pieczęć chłopaka, znajdującą się na lewej piersi.
- Muszę go stąd jak najszybciej zabrać - mruknął były przewodniczący Rady Bogów - Nie jestem w stanie mu tutaj pomóc.
- Pomogę ci - odezwał się kami o dwóch różnych oczach, którego imię brzmiało chyba Hachibi - Dzieciak uratował mi tyłek. Jestem mu to winien.
- Ja też idę! - powiedziałam, wstając na równe nogi - Nie mogę go zostawić!
Eriel się nie zgodził twierdząc, że to dla mojego dobra. 
Dosłownie minutę później zostałam sama, ubabarana krwią ukochanej osoby nie wiedząc, co ze sobą zrobić.
Nie będąc pewną, czy kiedykolwiek jeszcze zobaczę Shiro, zaczęłam się modlić, aby przeżył. Byśmy mogli znów się spotkać.

niedziela, 20 września 2015

XLI - Peaceful Moments

Pisane oczami Rin

   Siedziałam sama w pokoju. W środku nocy, wystraszona. Wiedziałam, że Shiro nas uratował, mnie i Kuro, ale wciąż bałam się zostawać sama. Co, jeśli ktoś się zakradnie i znów będzie chciał nas porwać tylko po to, żeby ściągnąć do siebie Shiro?
Dlatego dzieliliśmy jeden pokój. Żebym mogła w spokoju zasnąć.
Ale obudziłam się, a jego nie było, czego omal nie przypłaciłam zawałem serca. Otworzyłam przesuwane drzwi pokoju, którego wejście prowadziło do ogrodu zen. Tam odnalazłam zgubę.
Shiro siedział na głazie i spoglądał w gwiazdy. Spokojny, wyciszony.
Jak ja dawno go takim nie widziałam… W tej chwili nie rozmyślał o starciu z Mesmerem, który chciał go wykorzystać jako żywą broń, ale podziwiał i kontemplował piękno nocy, które rzeczywiście zapierało dech w piersiach. I wtedy usłyszałam jego głos. Jak zaczął cicho śpiewać, nie do końca zdając sobie sprawę z mojej obecności. Melodia była spokojna, piękna, a historia opowiadała o parze zakochanych kami, których miłość okazała się zakazanym owocem. Kiedyś słyszałam już tę pieśń, ale nigdy w istach białowłosego. Jego głos nadawał melodii cudowny, romantyczny klimat.
Mogłabym słuchać tego cały czas…
Otworzyłam usta, a z nich wydobył się śpiew. Drugi głos do tej pięknej ballady. Mimo, że spojrzał na mnie, nie przerwał opowieści. Uśmiechnął się do mnie i wyciągnął rękę zapraszając do siebie.
Przeszłam kilka kroków po kamyczkach i usiadłam tuż obok niego.
I siedzieliśmy tak jakiś czas, śpiewając kolejne zwrotki. A słuchała nas tylko noc.
   Obudziłam się wcześnie rano, w łóżku, w ramionach najbliższej mi osoby. Shiro wyglądał tak spokojnie, że nikt nie powiedziałby, że zaledwie wczoraj ryzykował życie, by nas ratować. Dotknęłam jego policzka, ale spał tak głęboko, że nawet nie zareagował. I tak znów zasnęłam.
Gdy przebudziłam się po raz kolejny, jego już nie było. Na jego miejscu, na poduszce leżała karteczka.
Jestem w kuchni
No tak. Poprzedniego dnia mówił mi, że Zennyo zadecydowała, że w ramach kary za niesubordynację, będzie pomagał przy przygotowywaniu posiłków.
Dlatego siedziałam teraz w samotności zastanawiając się, jak to wszystko będzie dalej wyglądało. Czy nadejdą spokojniejsze czasy... takie, jak wtedy, zanim Shiro dowiedział się, czym jest...
Usłyszałam kroi, przez co momentalnie powróciłam ze świata fantazji i rozmyślań, spinając się w jednej sekundzie, gotowa do ucieczki. Drzwi rozchyliły się lekko, a w nich stanął białowłosy chłopak z tacą w dłoniach.
- O, wstałaś już - ucieszył się i wszedł, zamykając za sobą - Przyniosłem dla ciebie śniadanie.
A ze mnie wylał się cały strach. Po prostu się rozpłakałam. A Shiro siedział i patrzył na mnie zdziwiony, nie rozumiejąc, co się stało. Ale postawił tacę na stoliku, podszedł i mnie przytulił. Łkałam, głupia, jakby umarła mi cała rodzina.
   Shiro przesiadywał u Kuro. Nie mogłam go za to winić, bo w końcu była dla niego jak siostra. Siedziałam przy oknie i patrzyłam, jak ją pielęgnuje. Mimo, że nie należało to do jego obowiązków, czesał ją, przebierał, czasem nawet mył. Poprawiał poduszkę, żeby było jej jak najwygodniej.
- Przestań głupku - burknęła którymś razem, wyraźnie zawstydzona tym, jak koło niej skacze - Nie musisz tego robić. To przecież zajęcie dla pielęgniarek i sanitariuszek.
On tylko pokręcił głową i kontynuował.
Teraz to widziałam. Dlaczego Eriel pozwolił Shiro żyć wśród innych, naturalnie zrodzonych kami. Jego serce było tak wielkie, że nie było możliwości, aby stanowił dla kogokolwiek choćby najmniejsze zagrożenie. Kochał.
Wszystko i wszystkich.
I to go uwarunkowała.
Osobę, którą kocham i ja.

sobota, 12 września 2015

XXXII - Must Act

   Ranek. Łagodne promienie słońca wpadały przez okno, oświetlając moją twarz. Obudziło mnie to. Shiro nie siedział już przede mną, na parapecie, bo leżałam tuż obok Kuro. Usiadłam i przeciągnęłam się, szukając wzrokiem chłopaka. Ale nie było go.
- Gdzież on mógł tak wcześnie rano pójść? - mruknęłam do siebie, trąc oczy. Odrzuciłam kołdrę na bok uważając, żeby nie obudzić śpiącej obok dziewczyny.
Poszłam do łazienki, gdy usłyszałam dźwięk otwieranego zamka. W drzwiach stanął Shiro, obładowany siatkami i tobołkami.
- O, już wstałaś śpiochu? - uśmiechnął się szeroko, wchodząc do kuchni i rozpakowując zakupy - Kuro dalej śpi?
- Tak. Miała wczoraj dużo wrażeń. Tęskniła za tobą, wiesz?
Spojrzał na leżącą w łóżku dziewczynę, a na jego twarzy odbiła się ogromna czułość. Byłam doskonale świadoma miłości, jaką ją darzył. Była to miłość do siostry. Odwzajemniona z resztą.
   Mimo wszystko, większość czasu Shiro spędzał samotnie. Rozmyślając, planując. Rzadko odzywał się do mnie, czy do Kuro, ale rozumiałyśmy to. Próbował wymyślić, co zrobić z Mesmerem. Jak z nim postępować, jakie kroki przedsięwziąć. Nie było to proste zadanie zwłaszcza, że przewodniczący Rady Bogów cały czas go szukał.
- Nie mogę od tak wparować, jak to zrobiłem ostatnio - podzielił się z nami swoimi przemyśleniami - Po pierwsze, najpewniej się tego spodziewa. Po drugie, posądzi mnie o zdradę stanu. Nieważne, że Zennyo i Amaterasu są po mojej stronie. Mleko się rozleje i nic nie będę mógł z tym zrobić. Mesmer mnie potrzebuje, więc nie będzie chciał mojej śmierci.
- Ale jak to? - zdziwiła się Kuro, która podczas całego monologu Shiro, wierciła się niespokojnie - Dlaczego akurat ty jesteś mu potrzebny? Można by zastawić pułapkę. Ja bym była przynętą, a wy...
- Nie! - krzyknął chłopak podnosząc się tak gwałtownie, że prawie rozlał stojące na stole herbaty - Nie zgadzam się, Kuro. Mesmer jest nieobliczalny, nie wiem, co by ci zrobił tylko po to, by zdobyć mnie.
- Ale dlaczego?
- Z tego samego powodu, dla którego to Shiro został wypuszczony na świat - szepnęłam - Jesteś impulsywna, ciężka do kontrolowania, gdy on jest ten spokojny. Mesmer ma talent do znajdowania haczyków na swoich podwładnych. Jakkolwiek to zrobił, musiał osłabić wolę Shiro by w ogóle móc wykasować mu wspomnienia... mam rację?
Jego twarz miała dziwny wyraz. Ściągnięte brwi, niepokojąco lśniące oczy... I wtedy od tak odwrócił się na pięcie i wyszedł. Bez słowa.

Pisane oczami Shiro

   Musiałem działać. Działać jak najszybciej. Nie mogłem sam stanąć przeciwko Mesmerowi, ale wiedziałem, gdzie mogę szukać wsparcia. Ruszyłem na północ Trironu, gdzie znajdował się szmaragdowy zamek matki smoków. Jako kami ryu, mogłem zawsze liczyć na jej pomoc i gościnę. Szedłem więc co sił główną ulicą pilnując, bym nie został rozpoznany. Pomagał mi w tym płaszcz z kapturem. Byłem jednak świadom, że strażnicy na służbie u Mesmera mają nadrzędne zadanie, by mnie znaleźć i zaprowadzić do swojego pana. Dlatego chciałem jak najszybciej dotrzeć do mego celu.
Zatrzymałem się przy jednej z bram. Czyżby nasz przewodniczący był tak zdesperowany w odnalezieniu mnie, że przy bramach starego miasta ustawił punkty kontrolne? Zgrzytnąłem zębami i wszedłem w jedną z bocznych uliczek, gdzie spokojnie mogłem zebrać myśli i przeanalizować dostępne dla mnie możliwości.
Mogłem wspiąć się na stojący obok mnie budynek i przeskoczyć z jego dachu na mur, a potem z niego najzwyczajniej zejść. Nie miałem jednak pewności, że i tam nie stoją straże...
Drugą opcją było zmienienie się w smoka wielkości jaszczurki i przedostanie się kanałami, bądź po prostu prześlizgnąć się po suficie bramy. Ten pomysł wydawał się bezsensowny, ale miał największą szansę na powodzenie.
Nie ryzykowałem już przyjmowania ludzkiej postaci, tylko kryjąc się w cieniu domów przemykałem czym prędzej w stronę szmaragdowego zamku.
Matka Zennyo siedziała w swoim gabinecie, do którego każdy smok miał swobodny dostęp. Wślizgnąłem się więc do pomieszczenia i usiadłem bogini na ramieniu.
- Witaj, Shiro - uśmiechnęła się, drapiąc mnie za uszami - Co cię do mnie sprowadza?
Zeskoczyłem na podłogę i przyjąłem swoją ludzką postać.
- Pani, będę potrzebował twojego wsparcia w starciu z Mesmerem, które niewątpliwie niedługo będzie miało miejsce - powiedziałem - Sam nie mam szans się z nim równać, a nie chcę narażać Kuro i Rin.
- Możesz na mnie liczyć, chłopcze. Wierzę również, że i Amaterasu zechce mieć w tym swój udział. Polubiła cię, a obrzydzeniem napawa ją myśl, co jej podwładny uczynił tylko po to, żeby się jej przypodobać. Dlatego wiedz, że masz wsparcie zarówno moje, jak i naszej matki. Jednak to ty będziesz musiał się z nim zmierzyć, mój synu.
Skinąłem głową. Mimo wszystko czułem, że mam teraz jakiekolwiek szanse...

XXXI - Things To Do

Pisane oczami Rin

   Minęło kilka godzin od jego powrotu. Wciąż spał, ale rozumiałam to. Musiał odpocząć, bo na pewno taki zabieg przywracania wspomnień jest bardzo wyczerpujący. Zarówno dla ciała, jak i dla umysłu.
Siedziałam więc przy nim, trzymając go w ramionach i przytulając. Chciałam, by czuł moją obecność.
Nie potrafiłam przestać się uśmiechać, tak byłam szczęśliwa. Bo wrócił. Znów tu był, tuż obok mnie. Znów czułam dotyk jego skóry, jego zapach, który ani trochę się nie zmienił.
Czułam na sobie spojrzenie Amaterasu i Zennyo, więc obróciłam się w ich stronę. Również się uśmiechały. Widać cieszyły się z takiego obrotu spraw. Nie wiedziały w końcu, czy przypadkiem Shiro nie będzie stawiał oporu, co - jak mi wcześniej wytłumaczyły - mogło skutkować uszkodzeniem niektórych wspomnień. Ale wszystko poszło zgodnie z oczekiwaniami.
- Posłałam po waszą przyjaciółkę - odezwała się matka smoków, podchodząc nieco bliżej i dotykając czoła chłopaka.
- Kuro na pewno będzie szczęśliwa - odparłam - Ona chyba bardziej ode mnie odczuła stratę Shiro.
W tym momencie drzwi się otworzyły, a w nich stanęła moja współlokatorka. Widząc swojego brata, zapomniała o wszelkich zwrotach grzecznościowych, powitaniu, czymkolwiek. Po prostu podbiegła i niemal wyrwała go z moich objęć. Nie winiłam jej. Tuliła go mocno, szlochając. Nie musiałyśmy jej nic mówić, bo już wiedziała, że wrócił. Nie wiem skąd. Może po prostu to czuła?
Położyłam jej dłoń na ramieniu, a po chwili również objęłam.
I tak trwaliśmy we trójkę. Ona szlochając z radości, a ja jedynie uśmiechając się w ciszy, w myślach dziękując Zennyo i Amaterasu. Bo dzięki nim wreszcie byliśmy w komplecie.
   Byliśmy w domu. Shiro budził się raz na jakiś czas, ale był tak nieprzytomny, że jedynie pomagałyśmy mu coś zjeść, by potem znów dać mu zapaść w sen. Matka smoków nas uspokoiła, że to naturalna kolej rzeczy, bo wszystkie wspomnienia muszą ułożyć się na nowo w jednolitą i chronologiczną całość.
Robiłam różne rzeczy w domu, od sprzątania, przez pranie, po gotowanie posiłków, ale wciąż obserwowałam go kątem oka. Jego i Kuro, bo nie wiedziałam, co ona też może wymyślić. Ludzie robią najdziwniejsze rzeczy pod wpływem emocji.
W pewnym momencie zauważyłam, że odkrywa Shiro. Stanęłam w drzwiach pokoju, by ich obserwować. Dziewczyna położyła się obok niego i objęła go tak, że stykali się czołami. Jednak okrycie się kołdrą stanowiło już zadanie, którego nie mogła pokonać.
- Pomogę ci - uśmiechnęłam się, na co ona odpowiedziała tym samym i podziękowała. Przykryłam ich dokładnie - tak, aby przede wszystkim zakryte były plecy, po czym wróciłam do swoich zadań.
- Przepraszam - usłyszałam głos dziewczyny - Przepraszam, że ci nie pomagam w pracach domowych.
- Daj spokój - machnęłam ręką - W takim stanie nic byś mi nie pomogła. Musiałabym po tobie poprawiać.
Uśmiechnęłam się, puszczając jej oczko, na co ona zachichotała i przyznała mi rację. Zostawiłam więc ją sam na sam z chłopakiem i poszłam pracować.
   Na noc przysunęłyśmy moje łóżko do ich łóżka tak, abyśmy mogli spać razem. W końcu i ja musiałam się nacieszyć powrotem Shiro, prawda? On cały czas spał, a ja, zmęczona po całodziennej pracy, szybko usnęłam. Fakt, że cały ten koszmar się skończył, że już byliśmy wszyscy razem, uspokajał mnie. Wreszcie mogłam odpocząć. Bo Shiro już był bezpieczny.
Śniłam o wielkim, pięknym smoku. Białym, jak śnieg, o błękitnych oczach. Wiedziałam, że to on. Tańczył na niebie, niczym motyl przelatujący z jednego kwiatu na drugi. Był piękny.
Tak, jak zawsze się uważa, smoki sprowadzają deszcz, są duchami rzek i innych akwenów wodnych. I w tym przypadku niebo zasnuło się chmurami, a na spękaną od słońca ziemię zaczęły spadać ciężkie krople wody. Ostatnią rzeczą jaką pamiętam to to, że smok wziął mnie na swój grzbiet i lecieliśmy tak razem przez te wszystkie chmury. A gdy wzlecieliśmy ponad nie, mogliśmy oglądać piękny zachód słońca.
Otworzyłam oczy. Wciąż było ciemno, ale otaczał mnie dziwny chłód. Rozejrzałam się, a na łóżku zobaczyłam tylko skuloną, zakopaną w kołdrze Kuro.
Serce mi stanęło, bo nigdzie nie widziałam Shiro. Usiadłam gwałtownie, rozglądając się po pokoju.
I zobaczyłam go.
Na jego ulubionym miejscu. Siedzącego na parapecie, z głową opartą o szybę.
Rozmyślającego.
Wstałam i wzięłam swoją kołdrę.
- Zmarzniesz - uśmiechnęłam się do niego, okrywając jego nogi i klatkę piersiową. On spojrzał na mnie, lekko nieprzytomnie. Widać bardzo daleko zawędrował w swych myślach.
- Obudziłem cię? - spytał cicho, widać nie chcąc wyrwać Kuro ze snu, a ja pokręciłam głową, uspokajając go. Dotknęłam jego twarzy, a on uniósł swoją dłoń i dotknął mojej. Tym samym gestem, którym powitał mnie, gdy wrócił z wymiaru ayakashi.
- Jakie to uczucie? - wyszeptałam, a jego oczy przybrały wyraz niezrozumienia - Jakie to uczucie, gdy jesteś smokiem i szybujesz wysoko, pośród chmur?
Uśmiechnął się szeroko, a ja już wiedziałam, że to jedno z tych doświadczeń, które pokochał. Mimo, że nie był wtedy do końca sobą, pamiętał najwyraźniej to, co robił jako Hikari. 
- To tak, jakbyś... jakbyś zanurzyła się w wodzie, ale nie musiała wypływać by zaczerpnąć powietrza. Widzisz wszystko z wielkiej odległości i czujesz, że jesteś najpotężniejsza na świecie... Bo ty jesteś tam wysoko, a inni nie mogą nic... bo są skazani na stąpanie tylko po ziemi, gdy ty możesz oderwać się od niej jak ptak...
Słuchałam go z zafascynowaniem, obserwując, jak w jego oczach rozbłyskują miliony radosnych iskierek. Kochał latanie. Widziałam to wyraźnie.
Ale nagle posmutniał. Radość przygasła, pojawił się niepokój. Gdy spytałam, co się stało, on się skrzywił.
- Mesmer mnie szuka. Czuję to - mruknął, znów wyglądając przez okno. Doskonale wiedziałam, na co patrzył. Gmach Rady Bogów. 
- Ochronimy cię. Ja i Kuro.
- Nie - odparł gwałtownie, co trochę mnie wystraszyło - Nie pozwolę wam się do niego zbliżyć. Jest dla was zbyt potężny, zniszczy was jednym skinieniem palca. To kami o ogromnej mocy, nie lekceważ go.
- Wiem to - powiedziałam, czym teraz jego zdziwiłam - Będziemy twoim wsparciem, Shiro. Nie pozwolimy mu cię zabrać, bo przecież dopiero co cię odzyskałyśmy. Zaledwie kilkanaście godzin temu do nas wróciłeś... Myślisz, że oddamy cię bez walki? Nie ma mowy.
Nie musiałam nic więcej mówić. Widziałam to w jego spojrzeniu. Uspokoiłam go, bo poczuł, że nie jest sam. 
- Nigdy już nie będziesz sam - szepnęłam, przytulając go do serca. A on tylko cicho podziękował i się rozpłakał.

wtorek, 8 września 2015

XXVII - Glimmering Light Of Hope

   A na świecie zapanuje chaos. Istoty potężne zapanują nad słabymi.
Mrok pochłonie światłość a duchy opętają żyjących.
Jasność umrze.

   Wróciłam do domu. Kuro już nie spała, lecz wciąż leżała w łóżku, wpatrując się w sufit.
- Co tak znikłaś z samego rana? - spytała, siadając, a ja odpowiedziałam jej tylko uśmiechem i poszłam do kuchni, żeby zrobić śniadanie. Weszła za mną, niosąc siatkę z bułkami, którą zostawiłam w przedpokoju.
- Miałaś leżeć - powiedziałam zaskoczona, biorąc od niej bułki, na co ona wzruszyła ramionami.
- Mam dosyć ciągłego leżenia i gapienia się w sufit.
Westchnęłam. Martwiłam się o nią, bo wciąż była blada. Mimo takiej ilości snu.
Pokroiłam bułki, posmarowałam je masłem i nałożyłam po plasterku szynki i sera. Na wierzch jeszcze tylko plasterek pomidora, odrobina szczypiorku i można jeść. Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko na widok takiej wyżerki. Wciąż odkrywała nowe smaki, choć od jej wyjścia na świat minęło już sporo czasu.
Obserwowałam, jak je. Nie była już tak nieokrzesana - potrafiła jeść sztućcami, nie zalewała się podczas jedzenia zupy, a na ulicy nie wymachiwała już rękami i nie wrzeszczała na całe gardło, gdy zobaczyła coś nowego. Uśmiechnęłam się szczerze. Shiro byłby z niej dumny.
Myślami powędrowałam do wspomnień z rozmowy z Amaterasu i Zennyo. Całym sercem wierzyłam, że będą w stanie odzyskać naszego przyjaciela. Nie chodziło już nawet o mnie, tylko o Kuro, która bez niego wydawała się być zagubiona, wystraszona. Widziałam to doskonale. Bała się tego wielkiego świata, od którego całe życie była trzymana z daleka. Obawiała się spaceru po ulicy, gdy nie było obok silnego ramienia jej brata.
- Myślisz, że on wróci? - me rozmyślania przerwał lekko przytłumiony głos przyjaciółki. Wpatrywała się w swoje dłonie. Dopiero teraz zauważyłam, że na środkowym palcu lewej ręki miała piękny pierścionek z drobnym, czarnym kamyczkiem w kształcie róży. Uśmiechnęłam się znów do niej.
- Na pewno. W końcu to nasz Shiro, nie?
Jej usta wygięły się nieśmiało, ale wiedziałam, udało mi się ją pocieszyć. Gdy spytałam o pierścionek, opowiedziała, że dostała go od niego. W dniu, gdy pierwszy raz go spotkała. Od tamtej pory go nie zdejmowała. I go nie zdejmie. Tego byłam pewna.
   Był środek nocy, a ja nie mogłam spać. Siedziałam przy oknie, oglądając spływające po szybie krople deszczu. Było zimno i ponuro. Niebo, zasnute chmurami jasno dawało do zrozumienia, że nadchodzi jesień.
Ale coś nie pasowało. Jakiś jasny, podłużny kształt przecinający noc.
I pojęłam, co to jest.
Smok.
Zerwałam się na równe nogi, założyłam na siebie to, co miałam pod ręką i wybiegłam z mieszkania na dwór. Byle zdążyć, nie zgubić go.
Bo to mógł być on.
Nie, to BYŁ on!
Shiro.
Biegłam przez ulicę, nie zważając na kałuże, przez które przemokły mi buty. Biegłam co sił, by chociaż go ujrzeć. Z bliska. By upewnić się, że to na pewno on. Że Kuro się nie pomyliła.
Już dawno opuściłam wysokie zabudowania miasta, wypadając na okalające je błonie. I ujrzałam go.
Pięknego, białego smoka, długiego na cztery metry, z potężnymi szponami... Duży, szlachetny łeb zdobiły piękne rogi. Obserwował mnie.
- Znam cię - odezwał się głos w mej głowie. Głos, który tak dobrze znałam. Głos Shiro.
- To ty... - szepnęłam, podchodząc nieco bliżej, powoli, by nie pomyślał, że go atakuję - To naprawdę ty... Shiro...
Smok potrząsnął łbem i warknął.
- Jesteś już drugą osobą, która mnie tak nazywa. Nie rozumiem tego, ale nie podoba mi się to. Mam na imię Hikari. Zapamiętajcie to wreszcie!
Teraz to ja pokręciłam głową. Byłam już na tyle blisko, że mogłam dotknąć jego ciała. Sięgnęłam więc dłonią, by dotknąć jego pyska, ale on cofnął się, zawarczał i wzbił w powietrze. Zatoczył nade mną parę kół i odleciał.
A ja stałam na środku polany, patrząc za nim i moknąc.
Bo teraz wiedziałam, że to co robię, jest słuszne.

niedziela, 6 września 2015

XXVI - The Dragon

   Dwa smoki walczące ze sobą. Dwa potężne kami, stojące naprzeciw siebie. Jeden czarny niczym noc, drugi jasny niczym śnieg. Obydwa wielkie. Obydwa niepokonane.
Jeden stary, drugi młody.
Jeden w sile wieku, drugi u bram śmierci.
Dwa byty z dwóch różnych światów. Przedstawiciele światła i ciemności. Dwa unoszące się cienie na firmamencie nieba.
Czerń i biel.
Zieleń i błękit.
Potwór o ośmiu głowach przeciwko nadziei, która nie wie, kim jest, skąd przybyła i ile znaczy dla tych, którzy wciąż pamiętają.

Pisane oczami Fatum.

   Samotność mnie przytłaczała. Pustka mieszkania, cisza. Bałam się tego.
Myśli, że zostanę zapomniana.
Zwłaszcza, że jego już nie było.
Chociaż nie. On żył. Żył w moim sercu i w mych wspomnieniach. A to przecież najważniejsze. Żyjesz, dopóki ludzie cię pamiętają.
Dlatego bycie zapomnianym jest takie straszne...
Przeglądałam już któryś raz album ze zdjęciami. Moimi i Shiro. Fotografie z imprez z naszymi przyjaciółmi, z kami, których nie ma już wśród żywych.
Życie jest jednak strasznie ulotne...
W zamyśleniu wyjrzałam przez okno. Kuro już dawno powinna była wrócić z misji. Ranga była wysoka, ale uważałam, że dziewczyna była już gotowa na takie wyzwanie. Była silna. O wiele silniejsza ode mnie.
Zupełnie jak Shiro.
Mimo, że wydawali się tak różni od siebie, tak naprawdę są niemal identyczni z zachowania. Prawda, Kuro potrafi być wulgarna, ale zawsze jest szczera, otwarta i pomaga innym. Tak jak on. Chyba dlatego darzyłam ją taką sympatią. Co nie zmieniało faktu, że tęskniłam za Shiro.
   Po trzech dniach wróciła. Poobijana, w szoku, ale żywa. Niewiele myśląc rzuciłam się w jej stronę i mocno przytuliłam szczęśliwa, że moja nowa przyjaciółka już wróciła.
Ale gdy spojrzałam w jej oczy, ujrzałam mrok.
- Kuro, co się stało?
- Zostałyśmy okłamane, Rin - szepnęła zachrypniętym głosem - Mesmer nas oszukał... On nie umarł...
Nie dokończyła, padając w moich ramionach. Wyczerpaną dziewczynę ułożyłam w łóżku, okryłam kołdrą i napoiłam. Potrzebowała czasu. Widać misja była cięższa, niż myślałam.
Ale co to znaczy, że "on nie umarł"?
Dziewczyna spała cały dzień i całą noc z przerwami na jedzenie. Gdy wróciłam późnym wieczorem ze spotkania, zobaczyłam ją siedzącą na łóżku. Przebraną, ale z mokrymi włosami. Czuła się widać już na tyle dobrze, że postanowiła wziąć kąpiel. Jej fioletowe oczy powędrowały na mnie, a teraz, zamiast tego nieprzeniknionego mroku i zmęczenia, widziałam złość i frustrację.
- Powiesz mi, czego się dowiedziałaś?
Skinęła głową i przesunęła się tak, abym mogła usiąść obok niej na łóżku. Kuro wzięła głęboki oddech i zaczęła opowiadać.
- Nie poszłam sama na misję. Miał mi towarzyszyć wyższy rangą kami. Wydawało mi się to naturalne, bo to w końcu misja rangi A...
- Ale? - niecierpliwiłam się.
- Towarzyszącym mi kami był niejaki "Hikari".
Zmarszczyłam brwi, bo nie kojarzyłam nikogo takiego. Usta Kuro wykrzywił nieprzyjemny grymas.
- Tyle, że tak naprawdę nikt taki nie istnieje - spojrzałam na nią zaintrygowana - Podczas podróży przez las, zostaliśmy zaatakowani przez grupkę pomniejszych ayakashi. Jeden z nich zerwał z niego płaszcz.
Zawahała się.
- To był Shiro, Rin. - powiedziała, przenosząc znów na mnie wzrok - Z nikim innym bym go nie pomyliła. TO był on. Białe włosy, te same rysy, błękitne, bystre oczy... Ale... Ale był jakiś inny. Nie poznał mnie, był oschły, nieprzyjemny. Jak każdy wyższy kami. Na dodatek należy do kasty ryu... Widziałam jego smoczą postać... Ale to na pewno on, Rin!
Kuro mówiła dalej, ale ja już nie słuchałam. Byłam w zbyt wielkim szoku. Co Mesmer miał na celu kłamiąc co do śmierci Shiro?
   Obudziłam się wcześnie rano. Dziewczyna spała smacznie, chociaż na poduszce widniały mokre ślady łez. Wstałam po cichu, ubrałam się i wyszłam, zabierając ze sobą list, który dostałam poprzedniego wieczoru. List oprawiony był pieczęcią Amaterasu, matki wszystkich kami, stojącej wysoko ponad Radą Bogów. Czegóż tak doskonały byt mógł chcieć od tak nisko postawionego robaka, jakim byłam?
Stanęłam przed pięknym pałacem przylegającym do gmachu Rady i okazałam list strażnikom, którzy od razu mnie wpuścili. Za spiżową bramą dołączył do mnie jeden ze służących matki, mający zaprowadzić mnie przed oblicze Amaterasu.
I ujrzałam ją. Piękną kobietę o porcelanowej urodzie z wielkimi, złotymi oczami i długimi do pasa kruczoczarnymi włosami. Karminowe usta będące niczym klejnot na niemal białej twarzy wyginały się pięknie w łagodnym i pełnym miłości uśmiechu. U jej boku zauważyłam wysoką i niemal równie piękną Zennyo Ryuo, matkę smoków o ciemnych niczym noc oczach. Uklękłam niedaleko piedestału, na którym siedziała bogini i ukłoniłam się.
- Matko - szepnęłam z namaszczeniem, po czym obróciłam się w stronę smoczycy - Pani Zennyo... Cóż może dla was zrobić tak marna istota jak ja?
Nie śmiałam podnieść wzroku. Ich moc przytłaczała.
- Wezwałam cię, ponieważ dotarły do mnie wieści o nowym ryu - odezwała się białowłosa bogini.
- Również o tym słyszałam, pani, ale nie znam szczegółów... - powiedziałam zawstydzona. Usłyszałam szelest szlachetnych jedwabiów, a mej twarzy dotknęła ciepła i łagodna dłoń matki.
- Wiemy o tym. Znamy również jego prawdziwe imię - odparła Amaterasu, unosząc delikatnie moją głowę tak, abym na nią spojrzała - Shiro. To cudowny kami, lecz zagubiony. Wykorzystany przez mojego sługę, Mesmera. Nie podoba mi się to. Bardzo. Zamierzam ukrócić jego samowolę i uwolnić twojego przyjaciela spod jego wpływu, ale do tego będzie potrzebna twoja pomoc. Moc twej miłości do niego jest o wiele większa niż siła zaklęcia, jakie rzucił na niego przewodniczący Rady Bogów.
- Co mam więc robić, matko?
- Czekać. Opiekować się jego siostrą. I nic jej nie mów. Przyjdzie odpowiednia chwila, gdy wszyscy poznają prawdę.
- Gdy chłopak będzie już świadom, gdy odzyska swą dusze i jestestwo, dostanie wybór - odezwała się Zennyo - Pozwolę mu wybrać, czy chce pozostać ryu, czy woli na powrót stać się bożkiem losu.
- Zależnie od jego decyzji, może się również zmienić status twój i Kuro.
W głowie szumiała mi krew. Nie zależało mi na czymś tak błahym, jak awans. Mogłam go odzyskać. Shiro miał szansę wrócić do mnie i do swojej siostry.

wtorek, 25 sierpnia 2015

XXIII - Grief

   Płakałam wiele dni i nocy. Wciąż nie mogłam uwierzyć, że Shiro już nie ma wśród nas. Że nigdy więcej już go nie ujrzę, że nie usłyszę jego śmiechu, nie poczuję wokół siebie jego mocnych i bezpiecznych ramion...
On nie mógł umrzeć...
Nie mógł. Nie on. Dlaczego tak kochające i dobre istoty zawsze muszą być tymi, które cierpią najbardziej, które na sobie skupiają całe zło i nieszczęście tego świata?
Leżałam całe dnie pod kołdrą, tuląc do siebie jego bluzę - jedną z nielicznych należących do niego rzeczy, które nie zostały zabrane przez podwładnych Mesmera. Materiał zachował w sobie jeszcze wspomnienie zapachu charakterystycznego dla Shiro. Łagodnego, lecz wciąż męskiego. Woń ta pomagała mi udawać, że nic się nie stało, a białowłosy niedługo wróci do domu. Do mnie i do Kuro.
Dziewczyna bardzo mnie wspierała choć widziałam, że jej jest o wiele ciężej, niż mi. W końcu to między nimi zawiązała się ta nadnaturalna więź, która splatała ze sobą ich umysły.
Musiałam wziąć się w garść i zacząć wspierać nową przyjaciółkę, chronić ją przed losem, który spotkał Shiro. Zwłaszcza że nie wierzyłam, aby jego śmierć była przypadkowa. Byłam niemal pewna, że to Mesmer wydał rozkaz zabicia go. Był za silny, przez co stwarzał zagrożenie. Na dodatek miał duży posłuch wśród niższych kami, którzy nieszczególnie przepadali za obecnym przewodniczącym, ani pozostałymi wyższymi, od shinigami poczynając. Niby była możliwość "awansu" poprzez wykazanie się odwagą, lojalnością i odpowiednimi umiejętnościami, ale tak naprawdę mało kto słyszał o tym, by ktoś niżej postawiony został dopuszczony chociażby do rangi kosiarzy, stanowiących najniższą kastę shinigami.
No, poza jednym wyjątkiem - Eriusem, który ze zwykłego bożka szczęścia wybrany został przewodniczącym Rady Bogów. Jak się to skończyło, wszyscy już dobrze wiemy. Miał wiele zasług, ale jego plamą na honorze był ten nieszczęsny projekt...
Zamrugałam parę razy, starając się zrzucić z oczu resztki smutku i łez. Czas wstać, wyjść do świata. Odwiedzić Kuro. Na pewno siedziała teraz sama i pogrążała się w rozpaczy. Wczoraj to ona mnie odwiedziła i pocieszała, więc teraz moja kolej. Odrzuciłam kołdrę, ubrałam się, dokładnie złożyłam bluzę Shiro i włożyłam ją do plecaka, który po chwili zarzuciłam na ramię. Pochwyciwszy klucze leżące przy lustrze, wyszłam i zamknęłam drzwi na zamek. Na ten dolny, do którego Shiro zgubił zapas... Co za ciapa...
Od razu poczułam się lepiej, gdy wyszłam na dwór, a twarz oświetliły mi łagodne promienie jesiennego słońca. Poprawiłam kurtkę i ruszyłam na drugą stronę ulicy, do kamieniczki, w której zakwaterowana była Kuro. Zapukałam raz. Potem jeszcze raz. I cisza.
Nacisnęłam klamkę.
Otwarte. Poczułam falę strachu. Wbigłam do środka, rzucając na podłogę plecak. W pokoju jej nie było, w kuchni też nie. Łazienka. Wpadłam jak wicher bez pukania.
I widzę tę bidulę.
Siedzi w wannie, w ubraniu, cała mokra, z prysznica leci woda. Lodowata.
- Kuro... - szepczę, a ona odwraca się w moją stronę, z oczami pełnymi łez. Tak ciemnymi i pustymi, że przez kilka chwil nie wiem, co ze sobą zrobić. Ale podchodzę do niej, gramolę się do wanny i ją mocno przytulam. - Teraz ja będę wspierać ciebie. Bo to ty mnie teraz potrzebujesz.
Chwyciła się moich ramion i zaczęła szlochać. Nigdy nie słyszałam takiej rozpaczy. Dlatego siedziałam z nią w tej pieprzonej wannie, dopóki się nie uspokoiła i nie zasnęła.
Zakręciłam wodę, rozebrałam ją, wytarłam. Wyciągnęłam z plecaka bluzę Shiro. Jej teraz się bardziej przyda.
Obudziłam ją delikatnie i podałam bluzę.
- Ubierz się w to. Będzie ci cieplej, a myślę, że podniesie cię też trochę na duchu.
- To... jego...? - jej głos znów się załamywał. Pokiwałam tylko głową, a gdy się ubrała, pomogłam jej wyjść i odprowadziłam do łóżka. Chciałam pójść do kuchni, zrobić ciepłej herbaty, ale chwyciła mnie za rąbek koszulki. - Zostaniesz?
- Tak - uśmiechnęłam się do niej szczerze - Zrobię nam herbaty.
Jakimś cudem udało jej się odwzajemnić uśmiech, co bardzo mnie ucieszyło. Po kilku minutach wróciłam z dwoma kubkami parującego wywaru. Podałam przyjaciółce jeden z kubków - ona dostała z napisem "Nie jestem aniołem", a ja wybrałam sobie stylizowany na przeciągającego się kota, którego ogon stanowił ucho kubka.
Obserwowałam czarnowłosą dziewczynę, jak wtulała się w jedyną rzecz, którą miała po swoim bracie. Co z tego, że nie byli ze sobą spokrewnieni? Narodzili się w tym samym miejscu i w tym samym momencie, a ich umysły były jednością. Kuro ma więc najświętsze prawo, by nazywać go swoim bratem...
Gdy obydwie skończyłyśmy pić, ta pogrążona w żałobie istota ułożyła się do snu. A ja nie byłam w stanie odmówić parze wpatrujących się we mnie fioletowych oczu błagających, bym jej nie opuszczała. Tego dnia nie wróciłam do domu, tylko pilnowałam, aby tej zagubionej duszy nie spotkało nic złego.
- Nie opuszczę jej - szepnęłam, gdy Kuro już zasnęła - Masz na to moje słowo, Shiro. Zaopiekuję się nią tak, jak ty to chciałeś zrobić. Pomścimy cię.
Po czym sama zagłębiłam się w snach o nieobecnym już wśród nas przyjacielu.

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

XXII - Unawareness

Pisane oczami Rin

   Nie wiem, ile czasu czekałam na jakiekolwiek wieści o Shiro...  Czekałam bardzo długo, ciągle się denerwując. Kuro mówiła, że powstrzymała go przed zabiciem Mesmera, co dla niego niewątpliwie byłoby definitywnym końcem... Byłam świadoma tego, że na pewno spotka go kara, miałam jedynie nadzieję, że nie będzie zbyt surowa. Minęło wiele nieprzespanych przeze mnie nocy, podczas których przesiadywałam na zwykle zajmowanym przez niego miejscu na parapecie, wpatrując się w gwiazdy.
Modląc się.
Błagając te odległe migoczące paciorki o to, by mój przyjaciel wyszedł z tej całej przygody w jednym kawałku.
Po tylu dniach bez snu czułam się jak cień samej siebie. Jak skorupa bez duszy. Jak ayakashi. Wiele razy słyszałam i wiele razy miałam okazję czytać o tym, że zjawy to dawni kami, którzy utracili radość i cel w życiu. Czy i mnie to czeka, jeśli stracę Shiro...?
Wreszcie zasnęłam. Przytulona do okna, otulona jedynie bluzą, którą dał mi mój przyjaciel.
   Miałam koszmary. Widziałam, jak cienie otaczają białowłosego bożka o błękitnych i bezkresnych niczym ocean oczach. Uśmiechał się tak, jak zawsze to robił... a przynajmniej dopóki nie zaczęło się to wszystko. Dopóki ten biedak nie dowiedział się kim jest. Dopóki się nie załamał i nie zatracił.
Cienie pochwyciły Shiro i zaczęły go pochłaniać.
Obudziłam się z krzykiem czując, że stało się coś strasznego. Wstałam i pognałam do Kuro. Ona na pewno coś musiała wiedzieć. Wpadłam czym prędzej do mieszkania.
- Coś się stało, Kuro! - krzyknęłam od progu, lecz odpowiedziała mi cisza. Weszłam więc dalej, szukając jej - Coś się musiało stać z Shiro...
Umilkłam widząc ją skuloną, zawiniętą w kołdrę. Usłyszałam szloch.
- Nie ma go - załkała - Nie ma. Nie czuję, nie słyszę...
Zamarłam. Nie wierzyłam.
Łzy pociekły po policzkach.
To był koniec.
Koniec wszystkiego.
Jeszcze tego samego dnia przyszedł do nas posłaniec Mesmera oświadczając, że Shiro zmarł. A ja tylko pragnęłam dołączyć do niego.

czwartek, 20 sierpnia 2015

XVII - Betrayed

Pisane oczami Rin

   Coś się działo złego... Nie wiedziałam jeszcze co, ale miałam bardzo złe przeczucia. Dotarła do mnie informacja, że Shiro zniknął ze szpitala, a potem był widziany z Adel. Co on znowu wyprawiał? Nawet Kuro siedziała jak na minie, niespokojna. Tak jak on, przesiadywała w oknie, obserwując świat zewnętrzny.
- Rin, on się chyba zatracił - szepnęła nie odrywając wzroku od ulicy - Ostatnio gdy go widziałam, zachowywał się... inaczej. Nie potrafił skupić myśli, przerywał w tracie mówienia. Wydawał się rozbity, a po sobie wiem, że tak się dzieje, gdy do głosu dochodzi element chaosu...
Jej fioletowe oczy przeniosły się na mnie, a ja wiedziałam, co chce powiedzieć. Shiro potrzebował mojego wsparcia, a ja się od niego odwróciłam. Zacisnęłam zęby powstrzymując się przed płaczem. Moje łzy nic tu nie dadzą, nie pomogą mojemu przyjacielowi wrócić do domu.
   Po kilku dniach odwiedzili nas przedstawiciele straży. Szukali go. Więc to prawda, że chcieli go zabrać, gdy był z naszą wspólną znajomą, która obecnie była pod bezpośrednią jurysdykcją przewodniczącego Rady Bogów...
Ja i Kuro zostałyśmy zabrane do jego siedziby, gdzie miałyśmy zdać relację z tego, jak Shiro się ostatnio zachowywał. Wyjdzie wtedy na jaw, że to przeze mnie cały ten element chaosu, czy jak to się tam zwało, zaczął dochodzić do głosu...
Siedziałam przed wysokim i szczupłym mężczyzną o oczach barwy krwi i włosach jasnych niczym promienie słońca. Mesmer patrzył na mnie uważnie, chociaż miałam wrażenie, że na dnie tego morza szkarłatu widzę pogardę. Nie od dziś wiadomo, że kami z wyższych stopni hierarchii mają sobie za nic bogów niżej postawionych od siebie. Smutne, ale prawdziwe. Musiał to być dla niego nie lada wysiłek, by nie przywołać na twarz grymasu obrzydzenia.
- Jesteś osobą, która jest najbliżej obiektu, którego poszukujemy - powiedział, a mnie przeszedł dreszcz, gdy potraktował Shiro tak przedmiotowo... - Możesz być źródłem istotnych informacji co do jego położenia, więc nie muszę cię chyba informować, że zatajenie jakichkolwiek faktów, które mogą mieć znaczenie dla Rady, będzie traktowane jako zdradę stanu, prawda?
Przełknęłam gulę, która narastała mi w gardle. Miałam do wyboru zdradzić Radę, albo przyjaciela. Po której stronie miałam się opowiedzieć?
   Leżałam skulona na łóżku i płakałam. Nie miałam wyboru, Shiro, wybacz mi. Chcę cię tylko odzyskać, rozumiesz?
Poczucie winy paliło mnie, niczym najpodlejsza sake, jaką można było kupić w zaułkach tego miasta. Słone łzy ściekały mi po policzkach, głowa zaczynała pulsować bólem.
Szelest za oknem.
Siadam i prowadzona przeczuciem podchodzę do niego i wyglądam na zewnątrz.
Nie widzę nic, ale w sercu czuję... ulgę?
I słyszę ten dobrze mi znany głos.
- Nie musisz się martwić. Wszystko rozumiem. Rozumiem, dlaczego to wszystko powiedziałaś. Czuję twoje poczucie winy, ale jest ono niepotrzebne. Sam wybrałem tę ścieżkę. Widać takie było moje przeznaczenie.
Oglądam się za siebie i widzę błękitne, zimne, świecące w ciemności oczy o pionowych źrenicach ayakashi i czuję, jak z twarzy odpływa mi krew.
Świat wiruje, ziemia usuwa mi się spod nóg i czuję, jak lecę w tył.
Ale nie upadam, bo chwytają mnie jego mocne, lecz delikatne dłonie. Unoszą mnie w górę, przytulają, kładą do łóżka i otulają kocem.
Tak, jak to robiły wiele, wiele razy.
Ostatkiem sił chwytam skrawek jego koszulki, błagam, żeby został. On spogląda na mnie, ale nie ma już tego chłodu. Jest żal, smutek i coś, czego nie potrafię rozpoznać. Zbliża twarz do mojej twarzy, szepcze kilka słów i...
całuje.
Kładzie się koło mnie, przytula i szepcze, że już jest dobrze. A ja osuwam się w czerń nieprzytomności.
   Budzą mnie hałasy i dźwięki szamotaniny. Siadam gwałtownie i widzę osiłków przyciskających Shiro do ziemi. Jeden wciska mu kolano między łopatki i przytrzymuje głowę przy ziemi, a drugi związuje ręce za plecami.
Słyszę jego ciche przekleństwa.
- Dobrze się spisałaś, Fatum - mówi jeden ze strażników - Gdybyś go nie zatrzymała tutaj na noc, pewnie znów by nam zwiał.
Shiro unosi głowę i patrzy na mnie z niedowierzaniem, a ja czuję, jak po twarzy znów spływają słone krople. Uciekam wzrokiem, byleby nie widzieć tej rozpaczy.
- Wybacz mi kiedyś, Shiro - szepczę, gdy go wyprowadzają jak przestępcę.

sobota, 15 sierpnia 2015

XIII - Fear

Pisane oczami Rin

Unikałam Shiro. Sama tak naprawdę nie wiedziałam czemu, ale… przerażał mnie. Niby zachowywał się dokładnie tak samo jak zawsze, lecz nie potrafiłam go traktować jak wcześniej. Świadomość, że jest ayakashi mnie przytłaczała. Co z tego, że tylko po części? Widziałam, jak niemal zabił tamtą dziewczynę. Widziałam w jego oczach tę koszmarną rządzę mordu, krwi. Skąd mogłam wiedzieć, że nie rzuci się zaraz na mnie? Nie potrafiłam przebywać ze spokojem w jego obecności. Dlatego postanowiłam go ignorować. Zero rozmów, zero interakcji. Cisza, spokój.
Ale ta Kuro… Dlaczego miał się opiekować tym potworem? Słyszałam kiedyś, że w podziemiach gmachu Rady Bogów istnieje istota potężna  i niebezpieczna. Agresywna… Jeden z naszych znajomych, pełniących rolę strażnika, opowiadał nam o niej. Mówił, że to kobieta nie posiadająca skrupułów. Opisał nam jej wygląd, a gdy zobaczyłam nową “podopieczną” Shiro, byłam pewna, że to o niej mowa. Czyżby i ona była stworzeniem takim jak on? Hybrydą? Okropnością?
Zadrżałam. Po plecach zaczął spływać zimny pot. Przecież mógł być w wielkim niebezpieczeństwie…! Chociaż z drugiej strony Shiro jest potężnym kami i potrafi walczyć, obronić się…
Spojrzałam na niego. Siedział znów na parapecie, wyglądając przez okno. Od kiedy wrócił z tą sałatką, nie odzywa się. A minęło kilka dni… Zaczynałam się o niego martwić chociaż wiem, że nie powinnam. Sama doprowadziłam do tego, że zaprzestał prób. To dobrze, ale dziwnie mi było nie słyszeć jego głosu.
- Shiro, trzeba iść do sklepu po zakupy – powiedziałam, zamykając książkę i zakładając buty.
- To idź – warknął pod nosem – Przecież dla mnie i tak nic nie kupujesz, więc po co mnie informujesz?
Przeniósł na mnie spojrzenie błękitnych oczu. Zimnych i pustych jak letnie niebo. Zatkało mnie, nie mogłam wydusić żadnego słowa, a po pewnej chwili zauważyłam, że przestałam nawet oddychać.
- Myślałam, że zechcesz pójść ze mną – szepnęłam, starając się zapanować nad drżeniem głosu – Wiesz, żebyś sobie coś wybrał.
- Nic nie chcę.
Skinęłam głową, zabrałam pieniądze i wyszłam. A gdy wróciłam... jego nie było.
   Było późno. Środek nocy, a jego wciąż nie było. Siedziałam przy oknie i czekałam, aż wróci. Pierwsze, co chciałam zrobić po jego powrocie, to przeprosić... Teraz widziałam, jak idiotycznie się zachowywałam, jak okropnie go traktowałam. Nie zauważyłam nawet, kiedy zasnęłam.
Ktoś pukał do drzwi. Poderwałam się, niewiele robiąc ze swoim wyglądem i pobiegłam do drzwi mając nadzieję, że to Shiro. Gdy otworzyłam, zamiast białowłosego chłopaka, zobaczyłam dziewczynę. Czarne, krótko obcięte włosy z fioletową grzywką i oczami w podobnym kolorze. Zadrżałam. To była ONA.
- Witaj, mam na imię Kuro - powiedziała miękkim głosem, a mój wzrok utkwiony był w srebrnym kolczyku umieszczonym pod jej dolną wargą - Shiro miał wczoraj do mnie przyjść, ale nie dotarł. Jest może w domu?
Poczułam jak krew odpływa mi z twarzy. Cały czas byłam pewna, że poszedł do niej... ale... skoro ona jest tu... jego u niej nie było, to gdzie on jest?! Wpadłam z powrotem do domu, zaczęłam chodzić w kółko, próbując coś wymyślić, dojść do tego, gdzie Shiro mógł zniknąć, ale nic mi nie przychodziło do głowy.
A po chwili poczułam jak podłoga usuwa mi się spod nóg, a świat niknie w mroku.
   Następną rzeczą którą pamiętam to to, że leżałam w swoim łóżku. Wszędzie było ciemno - widać już dawno zapadła noc. Słyszałam ściszone głosy należące do Kuro i Ghose.
- Wiadomo coś? - odezwała się dziewczyna, wyraźnie przejęta. Kroki niosące się po pokoju ucichły.
- Nie. Ciągle go szukają. Nikt nic nie wie, nikt nic nie widział. Zastanawia mnie, dlaczego Fatum nikomu nic nie zgłosiła...
- Pewnie myślała, że poszedł do mnie...
Zgrzytała zębami, a w jej głosie słychać było złość. Rozchyliłam powieki i rozejrzałam się. Dziewczyna siedziała na stołeczku przy stole, a staruszek chodził w kółko po pokoju. Gdy zauważyli że się obudziłam, zaczęli zadawać mi pytania. A zwłaszcza mój przełożony. Chciał wiedzieć, kiedy spostrzegłam zniknięcie Shiro, w jakich okolicznościach się rozstaliśmy i tak dalej. Kiedy skończyłam opowiadać o tym, jak napięta była między nami sytuacja... kiedy powiedziałam, że tak naprawdę to wszystko z mojej winy, cała tama trzymająca moje emocje na wodzy, przestała istnieć. Potoki łez zaczęły spływać po policzkach znacząc słone ścieżki. Jak mogłam go tak potraktować? Przecież znam go od zawsze, nigdy mnie nie zawiódł, nie zostawił, nie porzucił... Opiekował się mną od kiedy pamiętam. To przecież dzięki niemu jestem tym, kim jestem, więc dlaczego go tak zraniłam?
Poczułam czyjeś dłonie na plecach, delikatne objęcie, a gdy podniosłam wzrok, zobaczyłam leciutki blask fioletowych oczu. Kuro tuliła mnie lekko, starając się nie wystraszyć. Widać Shiro powiedział jej o mojej reakcji... Rozszlochałam się jeszcze bardziej i wtuliłam w dziewczynę, której jeszcze kilka godzin temu bałam się jak ayakashi świętej wody.
   Minęły trzy dni. Żadnych wieści o tym, gdzie jest Shiro. Kolejne 72 godziny strachu.
I wreszcie telefon.
Znaleźli go.
Jest w szpitalu, ale żyje.
Pognałam jak najprędzej do Kuro i jej powiedziałam, po czym obydwie pobiegłyśmy do szpitala. Gdy weszłyśmy na salę na której leżał, zamarłam. Cały posiniaczony, podrapany, poobijany. Głowę miał owiniętą ciasno bandażem, który w jednym miejscu przesiąkał krwią.
Podeszłam na miękkich nogach do jego łóżka i usiadłam. Ujęłam delikatnie jego dłoń, która była strasznie zimna i zaczęłam do niego mówić. Szeptać przeprosiny i mieć nadzieję, że leżący bez przytomności chłopak usłyszy i mi wybaczy.
Bo nie chcę stracić takiego przyjaciela.
I osoby, którą kocham.

czwartek, 6 sierpnia 2015

IV - The Crack

   Stałam w bibliotece, przeglądając katalog ayakashi. Ciarki przechodziły mnie na samą myśl, że Sudba otoczony jest takimi stworzeniami. Martwiłam się.
Czytałam opisy kolejnych duchów, przygotowując się do starcia z nimi. Dzień wcześniej znalazłam ślady przejścia do świata zjaw, więc byłam niemal całkowicie pewna, że Sudba tam utknął...
Zamknęłam księgę i ruszyłam do magazynu po wyposażenie - wodę święconą, koraliki modlitewne oraz inne potrzebne rzeczy. Uśmiechnęłam się do naznaczonego wieloma bliznami boga nieszczęścia, Pitlara, który po spotkaniu z gryfem nie potrafił już odwzajemnić tego gestu. Zamiast tego puścił mi oczko i zaprosił do siebie gestem.
- Słyszałem, że wybierasz się do świata zjaw - zagadnął, opierając się o ladę, na co jedynie skinęłam głową. Czyżby każdy już wiedział o mojej prywatnej misji? - Weź w takim razie to.
Spod lady wyciągnął długie zawiniątko, przewiązane pięknym, złotym sznurem. Odwiązałam niepewnie splot, zdjęłam otulający podłużny przedmiot jedwab i ujrzałam piękną, ciemną niczym noc rękojeść miecza. Katany. Spojrzałam wielkimi oczami na Pitlara, na co jego twarz wykrzywił nieprzyjemny grymas, mający być uśmiechem.
Pod powiekami zapiekły łzy. Łzy wdzięczności i szczęścia, że nie tylko ja chcę uratować przyjaciela. Podziękowałam serdecznie magazynierowi i odebrałam potrzebne mi rzeczy.
   Spojrzałam w lustro. Moje czarne, sięgające kości ogonowej włosy, spływały swobodnie, a z ich końców na podłogę skapywała woda.
- Nie ścinaj włosów - powiedział któregoś razu... - Uwielbiam się nimi bawić. Nie wybaczyłbym ci, gdybyś coś z nimi zrobiła. Daj im rosnąć.
Uśmiechnęłam się gorzko, do zielonookiej dziewczyny w zwierciadle. Naga, poznaczona nielicznymi bliznami na ramionach, wydawała się bardzo krucha, lecz promieniowała z niej jakaś dziwna, wewnętrzna siła, a twarz miała wyraz wielkiej determinacji.
To była moja twarz.
Osiągnę cel i odzyskam przyjaciela. Odzyskam osobę, dzięki której stałam się tym, kim jestem.
Podeszłam do szafy i wyciągnęłam z niej mój uniform. Krótki czarny top, czarne szorty i długi płaszcz. Lakierowane(oczywiście czarne) glany dopełniały całości stroju. W tym ubraniu pieczęć, symbol kami, która w moim przypadku ulokowana była wokół pępka, była doskonale widoczna. Stanęłam przed drzwiami mieszkanka, w którym żyłam z Sudbą. Obejrzałam się jeszcze raz na tę klitkę z aneksem kuchennym i ślepą łazienką.
- Wrócę tu z nim - szepnęłam do siebie i wyszłam.
   Stałam przed Pęknięciem. Dziwiłam się, że otworzyło się w takim miejscu... bo zazwyczaj świątynie były od nich wolne. Wszędzie wokół mnóstwo małych, bezbronnych zjaw, nie stanowiących zagrożenia, więc nie musiałam sobie nimi zawracać głowy.
Rozglądam się nerwowo.
Patrzę na zegarek, żeby wiedzieć gdzie i kiedy przekroczyłam Pęknięcie.
Żeby móc mu powiedzieć, jak długo go nie było.
Robię krok... i czuję szarpnięcie w okolicach pępka. Ogarniają mnie mdłości, ale nie zamykam oczu. Muszę wiedzieć, gdzie idę. Stawiam kolejne, co raz to mniej pewne kroki... a czas i przestrzeń zapadają mi się pod stopami.
Nie ma nic.
Tylko pustka.

wtorek, 4 sierpnia 2015

III - Lost

   Mijał dzień za dniem, a Sudba... nie... Shiro, powoli wracał do zdrowia. Wieczorem wciąż gorączkował, lecz rankiem było już dobrze. Nie opuszczałam go na krok, pielęgnowałam, opiekowałam się. Widziałam, że sprawiało mu to radość, a samotność go przerażała. Wciąż nie byłam w stanie zrozumieć, co się stało, że z radosnego, pełnego energii mężczyzny, zmienił się w przestraszonego chłopaka. Nawet błękit jego oczu nieco przygasł...
Wstałam od łóżka by zrobić jedzenie, ale powstrzymała mnie dłoń zaciśnięta na moim nadgarstku.
- Zaraz będę, Shiro - obejrzałam się na niego, uśmiechając ciepło.
Nie patrzył na mnie. Oczy przysłaniała biała grzywka włosów, głowa pochylona była w dół. Jego dłoń zacisnęła się, przez co sprawił mi ból. Syknęłam cicho.
- To boli... - powiedziałam, starając się zabrać rękę, ale to było niemożliwe.
Palców, jak szpony orła, zamkniętych wokół ręki niczym na pochwyconej ofierze, nie dało się rozchylić. Uniósł na mnie wzrok, ale... zamiast błękitu nieba widziałam szkarłat krwi. Dotąd łagodne spojrzenie wypełniał gniew i nienawiść...
To nie był Sudba.
To nie była osoba, którą znałam, tylko...
Ayakashi.
Stwór podszył się pod mojego przyjaciela, by zaskarbić sobie moje zaufanie, a potem zniszczyć. A ja dałam się tak omamić!
Gniew rozpalił mój umysł i serce. Zaczęłam się modlić. Święte słowa spływały z mych ust, niczym wodospad, zalewając nieczyste stworzenie. Zjawa zaczęła wyć, wrzeszczeć, wić się, byle uciec poza zasięg mojej mocy. Teraz to ja musiałam go trzymać by być pewną, że mi się nie wywinie.
   Leżałam na podłodze wręcz wykończona. Dyszałam ciężko czując, jakby krew pulsująca w skroniach miała mi zaraz rozsadzić czaszkę.
Pamiętałam, że ta metoda walki jest wyczerpująca... ale najwyraźniej trafiłam na potężnego przeciwnika. Teraz w łóżku, zamiast postaci chłopaka, leżały szczątki ayakashi - popiół. Zmusiłam ciało do bezgranicznego wysiłku i usiadłam. Musiałam coś zjeść, by uzupełnić braki w energii wywołane mantrą.
Poczułam, że coś cieknie po mych policzkach. Gdy dotknęłam tego i spojrzałam na palce, zobaczyłam wodę.
Płakałam, ale tego nie czułam.
Nie miałam bowiem czasu na płacz. Musiałam jak najszybciej odzyskać siły...
Odzyskać energię i ruszać na poszukiwania.
Ale obawiałam się, że skoro to była zjawa, to Sudba uwięziony jest w ich wymiarze. Musiałam znaleźć potwierdzenie tej tezy, a potem sposób, by się tam dostać... Nie wiedziałam, czy to przeżyję, ale nie byłabym w stanie spojrzeć w lustro wiedząc, że zostawiłam w takim miejscu przyjaciela... niemal brata! Bo nie wolno tak robić... Moja karma by się na mnie zemściła.
   Weszłam do gmachu siedziby Rady Bóstw. To oni przydzielali zadania, powoływali nowych kami i tak dalej... Musiałam zawiadomić o zniknięciu Sudby i poinformować o moich zamiarach. Chciałam również wykorzystać zasoby biblioteki.
Zapukałam do sali w której obradował przedstawiciel niższych kami. Gdy tylko weszłam, mym oczom ukazał się staruszek pochylony nad jakimiś manuskryptami. Rzadkie, niemal białe włosy były związane w warkocz opadający na łopatki, okular na nosie odbijał światło świec stojących na mahoniowym biurku. Ghose, bo tak miał na imię, uniósł głowę i spojrzał na mnie z uśmiechem.
- Fatum! Jak dawno cię nie widziałem, ptaszynko! - wstał i podszedł do mnie, od razu porywając w ramiona - Aleś urosła!
Uwielbiałam staruszka. Dawał mi wspomnienie ciepła domu rodzinnego, z którego odeszłam, stając się kami. Uśmiechnęłam się blado, na co dziadziuś posmutniał. Już wiedział o Sudbie. Wtajemniczyłam go w mój plan, w przedsięwzięcie, które mogło przynieść mi nawet śmierć... Ale nie interesowało mnie to.
Chciałam go odzyskać.
To samolubne, prawda?
- Nieprawda - Ghose odezwał się nagle, jakby słysząc moje myśli - Martwisz się o niego, kochasz go, więc chcesz go uratować. Żaden kami nie może skończyć w tak tragiczny i straszny sposób. Więc obiecaj mi coś. Nie rób tego dla siebie. Rób to dla niego. Nieś w sercu nadzieję, nieś miłość, a żaden ayakashi cię nie skrzywdzi.
Uśmiech rozpromienił pomarszczoną twarz staruszka. A we mnie coś pękło.
Łzy poczęły płynąć wartkim strumieniem, jakby zdjęta została jakaś blokada. Ukryłam twarz w dłoniach starając się trochę stłumić wyrywający się z piersi szloch.
Wokół mnie zamknęły się słabe, stare dłonie i ramiona, emanujące ciepłem i miłością.
Nie byłam sama. I to dawało mi siłę.
Siłę, by odnaleźć Sudbę.

czwartek, 30 lipca 2015

II - Shiro

   Kilka godzin przeszukiwałam miejsce, gdzie toczyła się walka, by znaleźć Sudbę. Wołałam go, lecz nie było żadnego odzewu.
Gdy zaczęło świtać, usiadłam na pozostałościach dachu i zaczęłam płakać.
Płakałam jak nigdy przedtem.
Jedyna osoba na której mi zależało, zniknęła, przepadła, jak kamień w wodę.
Nie chciałam, nie mogłam dopuścić do siebie myśli, że mógł zginąć. Bo nie mógł od tak sobie umrzeć... prawda?
Zauważyłam błysk wśród gruzów i pobiegłam w to miejsce najszybciej jak tylko mogłam. Zobaczyłam tam... Sudbę...
Całego we krwi, nieprzytomnego. Z mieczem w dłoni.
Musiałam go jak najszybciej zabrać do domu.
   Od potyczki z ayakashi minęły już dwa dni, a chłopak wciąż nie odzyskał przytomności. Martwiło mnie to.
Największym niepokojem napawał mnie fakt, że gorączkował. Bardzo. Co mu się stało...?
Wieczory były najgorsze, bo temperatura rosła, a Sudba cierpiał. Siedziałam przy łóżku, co jakiś czas sprawdzając, czy okład na jego czole jest jeszcze chłodny. Dotknęłam delikatnie jego dłoni jakby dając mu znać, że nie jest sam.
   Dostałam zlecenie. Tym razem swoje. Niepewnie spojrzałam na leżącą w łóżku postać. Odwróciłam się, przy przygotować się do zadania, gdy usłyszałam cichy głos.
- Rin, nie zostawiaj mnie samego...
Podbiegłam do niego i wzięłam w dłonie jego twarz. Błękitne, błyszczące od gorączki oczy pełne były niezrozumiałego dla mnie strachu.
- Idę tylko na chwilę - zapewniałam go, przytykając czoło do jego czoła i spoglądając mu w oczy starając się go uspokoić - Będę najpóźniej za godzinkę.
On spoglądał na mnie na wpół przytomnie, niczym wystraszone zwierzę. Głaskałam go po twarzy, chcąc dodać mu otuchy. Pocałowałam skorpione zimnym potem czoło i wstałam, posyłając mu szczery uśmiech, po czym skierowałam się do wyjścia.
- Shiro... - usłyszałam - Moje prawdziwe imię brzmi Shiro...
Uśmiechnęłam się jeszcze szerzej i wyszłam.

poniedziałek, 27 lipca 2015

I - Quest

   Czasem do obowiązków pomniejszych Kami jak my, należy zastępowanie jakiegoś innego bóstwa, które nie jest obecnie w stanie wykonać swojego zadania. Takowe zostało nam przydzielone. Jeden z shinigami, bóstw śmierci, dostał ważniejsze zlecenie, niż odwiedzenie staruszka, by odprowadzić go na drugą stronę.
- Sudba... - jęknęłam - Znowu mamy bawić się w kostuchę...
Odpowiedział mi jego stłumiony śmiech. Za każdym razem, gdy dostaliśmy jakieś beznadziejne zadanie, a ja zaczynałam narzekać, on dostawał ataku śmiechu, co mi nie poprawiało nastroju.
- Nie Marudź, Rin - podszedł do mnie, wycierając ręce w ścierkę - Lepsze to, niż siedzenie i nudzenie się, prawda?
- Powinniśmy dostawać własne zlecenia, a nie odwalać brudną robotę za kogoś. Jesteśmy w końcu bóstwami losu...
- NIŻSZYMI bóstwami... - przerwał mi.
- Ale wciąż nie na dnie hierarchii.
- Pragnę ci przypomnieć, że shinigami są Kami, które nie zostały zrodzone z człowieka, tylko pochodzą z zaświatów. My, niżsi, jesteśmy ludźmi, którzy dostąpili zaszczytu naznaczenia przez bóstwo.
Zgrzytnęłam zębami, zirytowana, a on poszedł przygotować się do wykonania zadania.
   Nocą miasto jest piękne. W oknach palą się mdłe światła świec, czasem lamp naftowych. Mrok przechadzał się między uliczkami, gdzie nie świeciły latarnie. Samym środkiem ulicy szedł czarny kot, błyskając na boki swoimi złotymi ślepiami. Gdzie Kami, tam i koty.
Wraz z Sudbą staliśmy na dachu i obserwowaliśmy okolicę. Dokładnie pod nami znajdował się już dogorywający staruszek, którego mieliśmy przeprowadzić. Czekaliśmy jedynie, aż wyda ostatnie tchnienie.
- Wydajesz się zaniepokojony - szepnęłam do mojego towarzysza, który w odpowiedzi uniósł dłoń, nakazując milczenie.
Wyczuwał coś.
Albo kogoś.
W każdym razie coś, co stanowi dla nas zagrożenie. Jego twarz jest ściągnięta w powadze i napięciu.
Doskonale znam tę twarz.
Boi się.
W jednej chwili łapie mnie wpół, unosi i przeskakuje na sąsiedni budynek. Nim udaje mi się wydobyć z siebie jakikolwiek głos, dach, na którym dopiero co staliśmy zawala się, a z tego co pozostało, wyłania się czarny bezkształtny twór.
- Ayakashi... - słyszę tuż przy swoim uchu czując, jak jego ręce drżą. Słyszę nerwowy zgrzyt zębów, a gdy spoglądam w jego oczy, zazwyczaj zimne, niczym lód, widzę, że teraz jarzą się przerażającym, błękitnym blaskiem. Ten łagodny Kami na mych oczach przeistacza się w boga wojny.
Moja dłoń dotyka jego policzka, a bezdenny błękit nieba wwierca się teraz w moje jestestwo.
- Spokojnie, Sudba... - szepczę, próbując go choć trochę uspokoić, pocieszyć, wesprzeć. Jednak zamiast się uśmiechnąć, dać jakikolwiek znak, że gest został doceniony, sadza mnie na ziemi, i nawet się nie odwracając, lodowatym głosem zakazuje mi wtrącać się do walki.
Chcę chwycić jego rękę, lecz nikt już przede mną nie stoi. Siedzę sama na dachu patrząc, jak najbliższa mi osoba rusza na pewną śmierć.
Miecz zamigotał odbitym blaskiem księżyca w pełni, gdy Sudba zaatakował ayakashi. Stwór zaczął przyjmować materialną postać, co błękitnooki Kami chciał wykorzystać tnąc i siekając co raz to bardziej rzeczywistego przeciwnika. Nie zważał przy tym kompletnie, czy sam nie zostanie uderzony. Gniew go zaślepił...
- Odsłaniasz się! - wrzasnęłam starając się przypomnieć przyjacielowi o obronie.
Za późno.
Fizyczne już szpony ayakashi z impetem cisnęły chłopakiem o sąsiednią kamienicę, skutecznie pozbywając go w tej chwili możliwości bojowych.
Zaczęłam się modlić.
Święte słowa są czymś, czego zjawy nie potrafią znieść, a w ustach boga, jak nisko w hierarchii by nie był, sprawiają mu ból zarówno psychiczny, jak i fizyczny.
Modliłam się najmocniej, jak tylko byłam w stanie. Mocno i gorliwie, wkładając w sutrę całe swoje serce.
Stwór zaczął wyć, wrzeszczeć, pluć pianą na wszystkie strony, a w końcu, w ostatecznej desperacji rzucił się na mnie, chcąc przerwać tę litanię bólu.
   Księżyc w pełni oświetlał dokładnie moją twarz. Uniosłam się i rozejrzałam.
Po ayakashim nie było śladu.
Ani po zjawie... ani po moim przyjacielu.

czwartek, 23 lipca 2015

Prolog - Fatum's Humanity

   Ludzie rzadko zastanawiają się nad swoimi czynami. Ulegają chwili, nie biorą pod uwagę konsekwencji, które mogą na siebie ściągnąć.
Na siebie, bądź innych. Bo przecież nie tylko my odczuwamy skutki naszych decyzji...
Każdy przynajmniej raz dostaje szansę, by zmienić swoje dotychczasowe życie. Nie zawsze na lepsze.
Jestem różnie nazywana. W każdym języku moje imię brzmi inaczej, chodź najlepiej jestem znana jako Los, Przeznaczenie...
Kiedyś byłam człowiekiem. Mój poprzednik dał mi wybór. Prowadzić nudne życie uczennicy, bądź stać się wyższym bytem.
Nad czym się tu zastanawiać, powiecie...
Też się nie zastanawiałam.
Miał na imię Sudba. A przynajmniej takie imię przyjął. Pamiętam, że pierwszy raz zobaczyłam go we śnie. Wokół panował nieprzenikniony mrok, a mimo to, obydwoje byliśmy doskonale dla siebie widoczni. Jego białe, związane w luźny warkocz włosy, poruszały się lekko, jakby niesione porannym wiaterkiem.
Wyglądał na nie więcej, niż 20 lat... jego niebieskie niczym niebo oczy, wypełniał smutek i zmęczenie. Serce zalał żal i współczucie. Cokolwiek się stało, cierpiał.
- Izumi Rin... - jego szept rozbrzmiewał wokół mimo, że usta pozostawały zamknięte - Nadszedł czas wyboru... Zachowasz człowieczeństwo, bądź staniesz się upiorem, ayakashi.
Patrzyłam na niego, nie rozumiejąc, a po plecach przeszedł mi dreszcz. Jak mogłam zachować swoje człowieczeństwo...?
Później wszystko już się wyjaśniło...
Gdy człowiek spotyka Kami... bóstwo i zostaje przez nie naznaczony, staje się czymś w rodzaju pół człowieka, pół boga... To spotkało mnie. Przestałam być zauważana. Nikt mnie nie pamiętał, nie poznawał. Z dnia na dzień.
Zostałam sama...
Gdy siedziałam tak w samotności, w ulewie, podszedł do mnie chłopak o oczach w barwie nieba. Uśmiechnął się i podał mi dłoń.
- Od teraz zaczyna się twoje nowe życie - powiedział, a ja od razu poznałam jego głos - Od teraz zaczyna się twoja wewnętrzna walka między dobrem a złem. A ja ci będę towarzyszyć.
Tak mijały dni, tygodnie, miesiące, lata, dekady, wieki.
Przyjęłam nowe imię.
Fatum.
Sudba był przy mnie każdego dnia. I mam nadzieję, że tak pozostanie.
Na zawsze.