Pisane oczami Mesmera
Wszystkie moje starania szły na nic, jakby ten smarkacz zapadł się pod ziemię. W akcie desperacji poustawiałem punkty kontrolne wokół całego starego miasta. To na jego obszarze dzieciak najczęściej się poruszał. To tu mieszkały Rin i Kuro, które najprawdopodobniej zabrały go do domu po tym, jak odzyskał pamięć.
Jeśli będzie chciał się spotkać z Zannyo bądź z Amaterasu, których siedziby znajdują się poza tą dzielnicą. Musiał wpaść. Nie było innej opcji.
Pozostawało więc czekać.
Od ustawienia punktów kontrolnych minęły dwa tygodnie.
A po chłopaku ani śladu. Nie wierzyłem, że nie ruszał się poza stare miasto. Musiał więc jakoś obejść moich strażników.
Uderzyłem z całej siły pięścią w stół, na co Adel podskoczyła, wystraszona.
- Wezwij łowców - warknąłem, na co dziewczyna natychmiast się zerwała i wybiegła z mojego gabinetu. Pierwszy raz od objęcia stanowiska przewodniczącego Rady Bogów byłem zmuszony wezwać tę elitarną jednostkę ścigającą. Nie miałem wyboru. Zwykła straż nie zdawała egzaminu, a ja nie mogłem sobie pozwolić na najmniejszy błąd.
Shiro już najpewniej poszedł do jednej z dwóch najwyższych bogiń... a to nie wróżyło nic dobrego.
Po niecałych trzydziestu minutach do mojego gabinetu weszła piątka elitarnych łowców. Każdy specjalizował się w osobnej sztuce walki. Od strzelania z łuku, przez walkę wręcz, władanie mieczem, włócznią, sai. Oni wszyscy, doskonale wyszkoleni wojownicy, prócz mistrzostwa w tych dziedzinach, nie mieli sobie równych w tropieniu kami.
- Panie - odezwał się najstarszy z nich, będący równocześnie przywódcą, klękając przede mną na jedno kolano, okazując odpowiedni szacunek - Wzywałeś nas. Kogo mamy dla ciebie wyśledzić?
- Shiranui - uśmiechnąłem się szeroko - Potrzebuję waszych umiejętności, by odnaleźć pewnego zbiegłego kami, który znacznie zagraża mej pozycji. Jego imię brzmi Shiro, należy do kasty ryu. Czego potrzebujecie, abyście byli w stanie go złapać?
- Jakiegoś przedmiotu, który do niego należał i pozostał na nim zapach zbiega.
Nic prostszego. Podszedłem do ustawionej obok drzwi szafki i wyciągnąłem pakunek z rzeczami zabranymi z domu Fatum po tym, jak ukartowaliśmy śmierć tego szczeniaka. To, co podoba mi się w tej grupie to to, że nie zwlekają i od razu biorą się do roboty. Dlatego, gdy tylko dostali rzeczy swojego celu, natychmiast ruszyli na poszukiwania.
Teraz tylko czekać. Bo nieważne, jak silnych chłopak ma sprzymierzeńców, z łowcami sobie nie poradzi.
Jeśli będzie chciał się spotkać z Zannyo bądź z Amaterasu, których siedziby znajdują się poza tą dzielnicą. Musiał wpaść. Nie było innej opcji.
Pozostawało więc czekać.
Od ustawienia punktów kontrolnych minęły dwa tygodnie.
A po chłopaku ani śladu. Nie wierzyłem, że nie ruszał się poza stare miasto. Musiał więc jakoś obejść moich strażników.
Uderzyłem z całej siły pięścią w stół, na co Adel podskoczyła, wystraszona.
- Wezwij łowców - warknąłem, na co dziewczyna natychmiast się zerwała i wybiegła z mojego gabinetu. Pierwszy raz od objęcia stanowiska przewodniczącego Rady Bogów byłem zmuszony wezwać tę elitarną jednostkę ścigającą. Nie miałem wyboru. Zwykła straż nie zdawała egzaminu, a ja nie mogłem sobie pozwolić na najmniejszy błąd.
Shiro już najpewniej poszedł do jednej z dwóch najwyższych bogiń... a to nie wróżyło nic dobrego.
Po niecałych trzydziestu minutach do mojego gabinetu weszła piątka elitarnych łowców. Każdy specjalizował się w osobnej sztuce walki. Od strzelania z łuku, przez walkę wręcz, władanie mieczem, włócznią, sai. Oni wszyscy, doskonale wyszkoleni wojownicy, prócz mistrzostwa w tych dziedzinach, nie mieli sobie równych w tropieniu kami.
- Panie - odezwał się najstarszy z nich, będący równocześnie przywódcą, klękając przede mną na jedno kolano, okazując odpowiedni szacunek - Wzywałeś nas. Kogo mamy dla ciebie wyśledzić?
- Shiranui - uśmiechnąłem się szeroko - Potrzebuję waszych umiejętności, by odnaleźć pewnego zbiegłego kami, który znacznie zagraża mej pozycji. Jego imię brzmi Shiro, należy do kasty ryu. Czego potrzebujecie, abyście byli w stanie go złapać?
- Jakiegoś przedmiotu, który do niego należał i pozostał na nim zapach zbiega.
Nic prostszego. Podszedłem do ustawionej obok drzwi szafki i wyciągnąłem pakunek z rzeczami zabranymi z domu Fatum po tym, jak ukartowaliśmy śmierć tego szczeniaka. To, co podoba mi się w tej grupie to to, że nie zwlekają i od razu biorą się do roboty. Dlatego, gdy tylko dostali rzeczy swojego celu, natychmiast ruszyli na poszukiwania.
Teraz tylko czekać. Bo nieważne, jak silnych chłopak ma sprzymierzeńców, z łowcami sobie nie poradzi.
Pisane oczami Shiro
Miałem bardzo złe przeczucia. Byłem pewien, że Mesmer coś kombinuje, bo nie należy do tego typu osób, które łatwo dają uciec swoim sługom... A niewątpliwie do takich osób ja się zaliczałem. Co z tego, że nie z własnej woli...
Od kilku dni przebywałem w smoczym domu, szmaragdowym pałacu. Musiałem oddzielić się od Rin i Kuro, bo przeze mnie znajdowały się w ciągłym niebezpieczeństwie. A jako, że nie były ryu, nie miały prawa tu przebywać bez zezwolenia Zennyo Ryuo. Matka byłaby skłonna wydać takie zezwolenie, ale groziłoby to sprzeciwem pozostałych smoków zamieszkujących pałac. A tego nie chciałem. Pragnąłem choć odrobinę zasymilować się z pozostałymi członkami mojej nowej kasty, chociaż nie powiem, żeby przyjęli mnie szczególnie ciepło.
W końcu byłem awansowanym bożkiem losu...
Spędzałem więc większość czasu w swoim pokoju, kontemplując i obmyślając kolejne kroki przeciwko Mesmerowi.
Usiłując odgadnąć, co też ten stary grzyb może zrobić, by mnie złapać.
Zennyo się martwiła. Widziałem to jako jeden z nielicznych, który mógł jej towarzyszyć w trakcie dnia.
Akurat przechadzała się po ogrodzie zen, gdy przyszły te wieści... Siedziałem na jej ramieniu, więc wszystko dokładnie słyszałem.
Przewodniczący Rady Bogów wysłał za mną łowców. TYCH łowców. Elitarną jednostkę ścigającą kami, będącą na osobistych usługach Mesmera...
- Wydal go, pani - warknął ryu, który przyniósł te straszne wieści - Stanowi dla nas wszystkich zagrożenie. Łowcy nie zawahają się zabić tych, którzy staną im na drodze do ich celu. Wiesz to przecież!
- Nie mogę go wydalić, Hachibi - powiedziała łagodnie białowłosa bogini - Jest jednym z nas, jak bardzo by wam się to nie podobało. Pamiętaj o naszym kodeksie, synu. Przede wszystkim nie porzucać swoich.
- Tak, ale...!
- Żadnych "ale"! - warknęła matka, a jej oczy rozbłysły groźnym blaskiem - Mesmer go potrzebuje, bo ma w sobie potężną moc. Jeśli dzieciak wpadnie w jego łapy, znów zrobi z niego swoją bezwolną marionetkę. A wtedy może nas zmieść z powierzchni ziemi. Nieważne, jak silnych ryu byśmy nie sprowadzili do Trironu. O ile byśmy w ogóle zdążyli wydać taki rozkaz.
Chłopak prychnął i zmierzył mnie nieprzyjemnym spojrzeniem złowrogich, oczu - jednego szkarłatnego, drugiego złotego... Wydawało mi się, że gdzieś już go widziałem... ale gdzie?
Gdy odszedł, zeskoczyłem z ramienia Zennyo i przyjąłem swoją ludzką postać. Patrzyłem z niepokojem za odchodzącym Hachibi...
- Coś cię trapi, Shiro.
- Nie, matko, ale... mam wrażenie, jakbym gdzieś go już widział. Ale nie mogę sobie przypomnieć, skąd... - bogini uśmiechnęła się z czułością i dotknęła mojej twarzy.
- Hachibi miał brata bliźniaka - zaczęła Zennyo - Niskiego rangą kami, bożka szczęścia, Marunae.
- Tak, pamiętam go...! Był w straży bram miasta podczas ataku ayakashi przed wieloma laty... Spotkałem go kilka razy... uratował mi życie, sam oddając swoje...
I zrozumiałem, dlaczego Hachibi mnie tak traktował. Obwiniał mnie o śmierć brata, czego nie mogłem mieć mu za złe. Poczułem żal i współczucie dla osamotnionego ryu...
- Masz dobre serce, synku - szepnęła białowłosa, przygarniając mnie do serca - Żałujesz losu tych, których spotykasz. Jesteś tworem niemal doskonałym... zazdroszczę ci.
Spojrzałem na nią zdziwiony, ale nie odezwałem się.
- Świat potrzebuje takich jak ty. Więc nie waż mi się umierać...
- Dobrze, matko.
Po tych słowach obdarowała mnie jednym z najpiękniejszych uśmiechów, jaki kiedykolwiek widziałem. Nie umywał się jednak do tych, które dawała mi Rin.
Nie wiedziałem jednak, co teraz mam robić. Zamierzałem się wykraść ze szmaragdowego pałacu, ale teraz...
Teraz nie byłbym w stanie tego zrobić...
Jak mam się zachować...? Jakie czyny przedsięwziąć...?
Pomocy...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz