Patrzyłem z troską na nieprzytomną Kuro. Bardzo dużo wycierpiała, a na domiar złego, zaczynała gorączkować. Rin zdawała się nie zauważać tego, że mam pionowe źrenice.
- Chodźmy stąd - szepnąłem, biorąc w ramiona ranną dziewczynę, po czym wyszliśmy na korytarz na górze. A wtedy otworzyła oczy. Dotknęła mojej twarzy i uśmiechnęła się promiennie.
- Jesteś tu - powiedziała zachrypniętym głosem, a gdy na nią spojrzałem, wystraszyła się - Shiro, twoje oczy...
- Jest dobrze. Kontroluję to. Odpoczywaj.
Skinęła słabo głową i oparła ją o moją pierś.
Jakimś cudem niezauważeni wyszliśmy z gmachu. Na podwórzu, gdzie zgromadzona była duża ilość straży, szybko zmieniłem się w smoka i wziąłem obydwie uratowane na grzbiet.
W powietrzu byliśmy już bezpieczni, a ja skierowałem się ku szmaragdowemu pałacowi.
Siedziałem przed Zannyo Ryuo. Była zła.
Nie dziwiłem się zbytnio - w końcu złamałem jej zakaz. Ale nie żałowałem. Uratowałem dwie najbliższe mi osoby.
Trwaliśmy tak w ciszy, ja wlepiając wzrok w podłogę, na której siedzieliśmy, a ona patrząc na mnie gniewnie, wręcz z wyrzutem.
- Naraziłeś się na ogromne niebezpieczeństwo, Shiro - zaczęła, prostując się, unosząc głowę i wypychając pierś do przodu - Gdyby Mesmer cię dorwał, wszystkie nasze starania poszłyby na marne, jesteś tego świadom?
- Tak, pani.
- Tylko tyle masz mi do powiedzenia?
- Pragnę tylko dodać, że nie zamierzałem pozwolić, aby z mojego powodu niewinne kami cierpiały. W tym osoba, która ma niemal tak wielką moc jak moja.
Bogini zerwała się na równe nogi i zaczęła krążyć po niewielkim pomieszczeniu, wyraźnie starając się zebrać myśli. Byłem świadom, że czeka mnie kara, ale nie bałem się tego. Zennyo przystanęła i spojrzała na mnie. Nie mogłem nic jednak wyczytać z jej oczu.
- Przez miesiąc będziesz pomagał w kuchni - powiedziała cicho, a ja czułem, że potraktowała mnie ulgowo.
- Proszę o taką karę, jaką uważasz za słuszną. Nie chcę żadnych forów, względów. Chcę być potraktowany tak, jak każdy inny ryu znajdujący się pod twoją jurysdykcją.
Na jej twarzy dostrzegłem zdziwienie, ale i aprobatę. W efekcie końcowym moją karę stanowiło pół roku w kuchni. Nie sprzeciwiałem się. Od zawsze to ja gotowałem, a kuchnia była moim zakątkiem.
Gdy moja wizyta u matki smoków dobiegła końca, skierowałem swe kroki w stronę ambulatorium, gdzie leżała ranna Kuro.
Umieszczona była na łóżku na samym końcu - żeby miała spokój i ciszę. Odsunąłem kotarę, która oddzielała ją od przejścia i sąsiedniego łóżka. Leżała sobie drzemiąc, z twarzą skierowaną w stronę okna po swojej prawej stronie. Wyglądała na strasznie bladą mimo, że przyzwyczaiłem się już do jej jasnej karnacji. Usiadłem na krześle obok i czuwałem przy niej. Nie musiała być przytomna, żebym czuł się dobrze w jej obecności. A zależało mi, by spędzić choć chwilę przy jej łóżku, aby czuła, że jestem obok.
Ująłem delikatnie jej dłoń i splotłem z nią palce. Nie wiem, czy zrobiła to świadomie, czy to był odruch, ale uścisnęła lekko moją dłoń, co wywołało uśmiech na mojej twarzy. Cieszyłem się, że zdążyłem ją uratować, nim Mesmer ją trwale okaleczył, a może i zabił.
Moje rozmyślania przerwało ciche mruknięcie. Obudziła się. Uśmiechnąłem się do niej szeroko, gdy spojrzała na mnie zaspana.
- Jesteś tu - powiedziała cicho - A już myślałam, że mi się tylko przyśniło.
- Nie, głuptasku - zaśmiałem się, odgarniając z oczu włosy, które były już na tyle długie, że zaczynały mi przeszkadzać - Jesteś tu. Ty i Rin. Wyrwałem was z łap Mesmera. Jesteście już bezpieczne.
Widziałem, że moje słowa przyniosły jej ulgę. Wyciągnęła do mnie ręce, jakby prosząc bym ją przytulił, a ja nie byłem w stanie odmówić. Przycupnąłem więc na skraju jej łóżka i przygarnąłem tę biedną, ranną dziewczynę do serca. Moją siostrę. Istotę podobną do mnie. Jedną z nielicznych przyjaznych mi osób w tych czasach.
- Pamiętam... - usłyszałem jej stłumiony głos - Że jak uciekaliśmy, miałeś oczy zjawy... Naprawdę to kontrolujesz?
Skinąłem głową. Nie wybaczyłbym sobie, gdybym w tym newralgicznym momencie pozwolił abym i ja stanowił dla nich zagrożenie.
- Zostanę, dopóki nie zaśniesz - obiecałem, układając się obok niej i tuląc do siebie - Masz moje słowo, siostrzyczko.
Noc była piękna. Bezchmurne niebo obdarowywało chodzących po tej skorupie kami widokiem migoczących gwiazd, niekiedy przecinających nieboskłon gromady perseidów, zwanych spadającymi gwiazdami. Nie mogłem się powstrzymać. Wzleciałem ku nim, tańcząc wokół pojedynczych obłoków, ciesząc się chwilową wolnością od zmartwień. Ulgą, niesioną przez chłodny, nocny wiatr. Pragnąłem być tam zawsze. Gdy wylądowałem, znów usiadłem na głazie stojącym na środku ogrodu zen. Oparłem się z tyłu rękami i podziwiałem piękną noc. Panią najmroczniejszych kami i zjaw. Dom tych, którzy obawiają się światła słonecznego.
Kontemplowałem tak w ciszy i spokoju nieświadom tego, jak ciężkie czasy nadchodziły.
Obyśmy tylko to wszystko przetrwali.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Shiro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Shiro. Pokaż wszystkie posty
piątek, 18 września 2015
czwartek, 17 września 2015
XXXIX - Fight!
Obserwowałem ruchy stojącego przede mną starego kami. Mimo tak sędziwego wieku, poruszał się z ogromną gracją i oszczędnością. Był bardzo wymagającym przeciwnikiem.
Zasypywał mnie gradem ciosów, markując je, odwracając i wykorzystując odbicie miecza, by nadać pędu kolejnemu uderzeniu.
Nie mogłem przegrać.
Zacisnąłem mocniej palce na rękojeści zabranego któremuś strażnikowi miecza. Nie przegram. Mogę nawet uciec, ale nie przegram. Nie dam się znowu złapać temu idiocie.
Zerknąłem na skryte w kącie dwie dziewczyny.
Dwie najbliższe mi osoby, które przeze mnie już tyle wycierpiały. Nie poniosę tu klęski, bo muszę je stąd wyprowadzić. Gdziekolwiek. Wszędzie, byle nie tu...
Cofam się powoli, z wyciągniętym mieczem tak, że jestem tuż koło dziewczyn.
- Rin, jak dam ci znak, weź Kuro i biegnijcie na górę.
Była tak przerażona, że nawet się już ze mną nie wykłócała. Natarłem na Mesmera frontalnie tak, że musiał unieść miecz i zblokować. Siłowaliśmy się tak, sprawdzając, kto wytrzyma dłużej. A ja krzyknąłem do Rin, żeby uciekały. Gdy wykonała polecenie, ja mogłem skupić się już całkowicie na walce z moim przeciwnikiem.
- Co się stało? - zakpił, uśmiechając się nieprzyjemnie - Czyżbyś obawiał się, że z nimi u boku sobie nie poradzisz?
Pochyliłem głowę, ukrywając uśmiech. On tak bardzo nic nie rozumiał. Nie chodziło o to, że one ujmowały mi mocy. Po prostu nie chciałem, żeby widziały mnie podczas walki na serio.
W towarzystwie Zennyo Ryuo nauczyłem się, jak uwolnić cały swój potencjał. Całą tą siłę, którą podarował mi Eriel, gdy jeszcze tworzył moje ciało.
Spośród naszej dwójki, to ja byłem silniejszy fizycznie.
Jak na ironię, Kuro czerpała swą siłę z genomu ludzkiego. Ja - z elementu chaosu, co omal nie doprowadziło mnie do zguby.
Spojrzałem znów na mojego przeciwnika. Teraz widziałem jego strach. Zauważył.
Uśmiech rozświetlił moją twarz, a on dostał furii.
Skoro jestem synem Pana Cieni - myślałem - powinienem móc wykorzystać chociaż element jego mocy.
W korytarzu panował półmrok, co znacznie zwiększało moje szanse na przywołanie do siebie mroku, który niewątpliwie by mi się teraz przydał. Stanąłem znów w pozycji do ataku, przysuwając ostrze bliżej twarzy.
Czas to zakończyć.
Zrobiłem krok, drugi, trzeci... czas zwolnił, a Mesmer, który już zamierzał się do ciosu, ruszał się jak mucha w smole. Błyskawicznie znalazłem się za nim, szykując się do uderzenia. Ale on się obronił. Nie wiem, jak zdołał odczytać moje zamierzenia, skoro poruszałem się tak szybko?
Uśmiechnął się szeroko, a w jego oczach odczytać można było chciwość.
- Cieszę się, że opanowałeś swój element chaosu - powiedział, odtrącając na bok mój miecz i natarł - Dzięki temu łatwiej wykonasz swoje zadanie.
Warknąłem gniewnie i zacząłem uderzać z furią. Pozwoliłem, aby krew Devonanta zaczęła płynąć szybciej w moich żyłach, lecz nie pozwalałem, by przejęła nade mną kontrolę. Zadawałem cios za ciosem z prędkością większą, niż mrugnięcie oka, popychając swoje ciało do granic możliwości i wytrzymałości. Ale on wciąż jakimś cudem był w stanie odpierać moje ataki, a niekiedy je oddawać. Wiedział jednak, że nie ma sensu uderzać w osłonięte przez strój części ciała. Dlatego celował w twarz i szyję, a na mych policzkach było co raz więcej zadrapań od jego miecza. On sam nie wychodził z tej potyczki bez szwanku. Prawe oko zalewała krew, co dawało mi odrobinę przewagi.
Usłyszałem kroki. I krzyk.
W klatce schodowej prowadzącej z gmachu do lochów stanęła Adel.
Już miałem zadać Mesmerowi ostatni, śmiertelny cios.
Ale musiała.
Musiała wejść mi w drogę, ochronić tego dupka.
Przyjąć na siebie uderzenie.
Spojrzałem w jej brązowe, rozszerzone od bólu i zdziwienia oczy, które chwilę później stały się puste, niczym bezkres kosmosu.
Martwe.
Zabiłem...
Zabiłem Adel...
Usłyszałem wrzask Mesmera. Nie byłem pewien, dlaczego właściwie krzyknął, bo przecież to była tylko jego służąca.
Ale po jego policzkach pociekły łzy, chwycił martwą dziewczynę... i ją przytulił.
Nie rozumiałem, co tu się właściwie działo, ale nie miałem zamiaru teraz tego roztrząsać. Cała ta walka zajęła zbyt wiele czasu. Postanowiłem zostawić tutaj mojego największego wroga, dopóki był na tyle skołowany, że nie podąży moim śladem i dołączyć do moich przyjaciółek.
Zasypywał mnie gradem ciosów, markując je, odwracając i wykorzystując odbicie miecza, by nadać pędu kolejnemu uderzeniu.
Nie mogłem przegrać.
Zacisnąłem mocniej palce na rękojeści zabranego któremuś strażnikowi miecza. Nie przegram. Mogę nawet uciec, ale nie przegram. Nie dam się znowu złapać temu idiocie.
Zerknąłem na skryte w kącie dwie dziewczyny.
Dwie najbliższe mi osoby, które przeze mnie już tyle wycierpiały. Nie poniosę tu klęski, bo muszę je stąd wyprowadzić. Gdziekolwiek. Wszędzie, byle nie tu...
Cofam się powoli, z wyciągniętym mieczem tak, że jestem tuż koło dziewczyn.
- Rin, jak dam ci znak, weź Kuro i biegnijcie na górę.
Była tak przerażona, że nawet się już ze mną nie wykłócała. Natarłem na Mesmera frontalnie tak, że musiał unieść miecz i zblokować. Siłowaliśmy się tak, sprawdzając, kto wytrzyma dłużej. A ja krzyknąłem do Rin, żeby uciekały. Gdy wykonała polecenie, ja mogłem skupić się już całkowicie na walce z moim przeciwnikiem.
- Co się stało? - zakpił, uśmiechając się nieprzyjemnie - Czyżbyś obawiał się, że z nimi u boku sobie nie poradzisz?
Pochyliłem głowę, ukrywając uśmiech. On tak bardzo nic nie rozumiał. Nie chodziło o to, że one ujmowały mi mocy. Po prostu nie chciałem, żeby widziały mnie podczas walki na serio.
W towarzystwie Zennyo Ryuo nauczyłem się, jak uwolnić cały swój potencjał. Całą tą siłę, którą podarował mi Eriel, gdy jeszcze tworzył moje ciało.
Spośród naszej dwójki, to ja byłem silniejszy fizycznie.
Jak na ironię, Kuro czerpała swą siłę z genomu ludzkiego. Ja - z elementu chaosu, co omal nie doprowadziło mnie do zguby.
Spojrzałem znów na mojego przeciwnika. Teraz widziałem jego strach. Zauważył.
Uśmiech rozświetlił moją twarz, a on dostał furii.
Skoro jestem synem Pana Cieni - myślałem - powinienem móc wykorzystać chociaż element jego mocy.
W korytarzu panował półmrok, co znacznie zwiększało moje szanse na przywołanie do siebie mroku, który niewątpliwie by mi się teraz przydał. Stanąłem znów w pozycji do ataku, przysuwając ostrze bliżej twarzy.
Czas to zakończyć.
Zrobiłem krok, drugi, trzeci... czas zwolnił, a Mesmer, który już zamierzał się do ciosu, ruszał się jak mucha w smole. Błyskawicznie znalazłem się za nim, szykując się do uderzenia. Ale on się obronił. Nie wiem, jak zdołał odczytać moje zamierzenia, skoro poruszałem się tak szybko?
Uśmiechnął się szeroko, a w jego oczach odczytać można było chciwość.
- Cieszę się, że opanowałeś swój element chaosu - powiedział, odtrącając na bok mój miecz i natarł - Dzięki temu łatwiej wykonasz swoje zadanie.
Warknąłem gniewnie i zacząłem uderzać z furią. Pozwoliłem, aby krew Devonanta zaczęła płynąć szybciej w moich żyłach, lecz nie pozwalałem, by przejęła nade mną kontrolę. Zadawałem cios za ciosem z prędkością większą, niż mrugnięcie oka, popychając swoje ciało do granic możliwości i wytrzymałości. Ale on wciąż jakimś cudem był w stanie odpierać moje ataki, a niekiedy je oddawać. Wiedział jednak, że nie ma sensu uderzać w osłonięte przez strój części ciała. Dlatego celował w twarz i szyję, a na mych policzkach było co raz więcej zadrapań od jego miecza. On sam nie wychodził z tej potyczki bez szwanku. Prawe oko zalewała krew, co dawało mi odrobinę przewagi.
Usłyszałem kroki. I krzyk.
W klatce schodowej prowadzącej z gmachu do lochów stanęła Adel.
Już miałem zadać Mesmerowi ostatni, śmiertelny cios.
Ale musiała.
Musiała wejść mi w drogę, ochronić tego dupka.
Przyjąć na siebie uderzenie.
Spojrzałem w jej brązowe, rozszerzone od bólu i zdziwienia oczy, które chwilę później stały się puste, niczym bezkres kosmosu.
Martwe.
Zabiłem...
Zabiłem Adel...
Usłyszałem wrzask Mesmera. Nie byłem pewien, dlaczego właściwie krzyknął, bo przecież to była tylko jego służąca.
Ale po jego policzkach pociekły łzy, chwycił martwą dziewczynę... i ją przytulił.
Nie rozumiałem, co tu się właściwie działo, ale nie miałem zamiaru teraz tego roztrząsać. Cała ta walka zajęła zbyt wiele czasu. Postanowiłem zostawić tutaj mojego największego wroga, dopóki był na tyle skołowany, że nie podąży moim śladem i dołączyć do moich przyjaciółek.
środa, 16 września 2015
XXXVIII - To The Rescue
Musiałem działać najszybciej, jak się da. Nie wiadomo, co Mesmer wymyśli, jakie tortury wykorzysta, żeby dziewczyny mu powiedziały, gdzie się znajduję.
Spojrzałem na Ghose.
- Muszę odzyskać moje rzeczy - powiedziałem twardo, tonem nieznoszącym sprzeciwu. On jednak stwierdził, że będzie miał dla mnie coś lepszego. Poprowadził mnie do pomieszczenia, które już znałem.
- Miałem kiedyś znajomego ryu. Był w twoim wieku - zaczął snuć swoją opowieść, przekopując rzeczy w jednym z kufrów ustawionych pod ścianą - Niestety biedaka już nie ma z nami, ale dał mi swój osprzęt. Kazał go przekazać godnemu smokowi. Uważam, że właśnie takiego spotkałem.
Wyciągnął czarny strój przypominający kombinezon na motor. Cały czarny, skórzany. Na plecach, wzdłuż kręgosłupa poprzyszywane były metalowe płytki. Ochraniacze na ramionach i łokciach, mocne, ale nie ograniczające ruchów rękawiczki. Oprócz tego wręczył mi szkatułkę z mahoniu. To co w niej zobaczyłem, spowodowało, że zabiło mi mocniej serce. Pełna była medalionów przystosowanych specjalnie dla ryu.
- Nie mogę tego przyjąć, Ghose - speszyłem się, a on niemal siłą przycisnął do mnie trzymaną przeze mnie szkatułkę dając znać, że nie zgadza się, bym mu to oddał. Westchnąłem i poszedłem się przebrać.
Przekradałem się korytarzami w stronę wejścia do lochów, bo byłem przekonany, że to tam ten dupek trzymał Rin i Kuro. Pech chciał, że wejścia pilnowali strażnicy.
Heh, to by było na tyle z elementu zaskoczenia.
Wyszedłem przed nich. Ci od razu się spięli i wyciągnęli na mnie miecze.
Szybki skok i już jestem między nimi. Jednego uderzam w potylicę, ogłuszając, drugiemu wyrywam miecz i przytykając mu go do gardła żądam, by otworzył mi drzwi do lochów. On pośpiesznie wyciąga klucze zza pazuchy i otwiera. Podziękowałem mu, a potem tępą częścią ostrza uderzam go w bok szyi. Nie za mocno, żeby nie zrobić mu zbyt dużej krzywdy, ale wystarczająco, żeby stracił przytomność. Rzuciłem obok niego to niewygodne żelastwo, które nazywał mieczem i zbiegłem po schodach, przeskakując co trzeci, czwarty stopień. A potem już po cichutku skradałem się do kolejnych straży.
Pierwszego z brzegu złapałem od tyłu i zaciągnąłem go na bok. Jak się okazało, był to mój dobry przyjaciel. Miałem tylko nadzieję, że nie odwaliło mu tak, jak Adel...
- Sh...shiro...! - jęknął, a ja zatkałem mu usta, bo obok przechodził jeden z jego kolegów po fachu - Nie możesz tu być! Mesmer cię szuka...!
- Wiem to, ale zabrał Kuro i Rin. Muszę je uwolnić. Nie wiem, co może im zrobić, byle wyciągnąć informacje o mnie.
Skinął głową.
On pozostał wierny przyjaciołom. Chociaż tyle.
Widać nie każdemu zależy na zajmowanym stanowisku. Chociaż on mógł to przypłacić nawet życiem. Gdy spytałem czy wie, gdzie są dziewczyny, on pokiwał głową i poinstruował mnie, jak tam dotrzeć. Podziękowałem mu i pognałem czym prędzej we wskazaną stronę.
Wkrótce usłyszałem krzyki. Od razu poznałem głos należący do Kuro.
Zawładnął mną gniew. Wparowałem w swej smoczej postaci do celi, z której dobiegały te odgłosy bólu i zacisnąłem z całej siły szczęki na gościu, który bił moją leżącą na ziemi siostrę. Cisnąłem nim o przeciwległą ścianę i przyjąłem swą ludzką postać. Podbiegłem do niej i podłożyłem rękę pod jej głowę.
- Jestem tu, siostrzyczko - szepnąłem, uśmiechając się do niej - Już ci nic nie zrobią.
Odwzajemniła słabo uśmiech i straciła przytomność. W sąsiedniej celi zamknięta była Rin. Ułożyłem delikatnie Kuro tak, aby w razie czego się nie udusiła, a potem poszedłem uwolnić przyjaciółkę.
Ręce miała przykute łańcuchami do ściany, uniesione nad głowę, która zwisała tak, jakby dziewczyna wpatrywała się w podłogę.
- Rin..?
Uniosła wzrok, a gdy uświadomiła sobie, że jestem tu na prawdę, po jej policzkach pociekły łzy ulgi. Rozkułem ją najprędzej jak mogłem, a gdy tylko była wolna, rzuciła mi się na szyję i rozszlochała.
- Musimy się stąd zbierać, Rin - szepnąłem - Trzeba zabrać Kuro... Nie jest z nią najlepiej...
Skinęła głową i wzięła się w garść, na co uśmiechnąłem się z dumą. Dzielna dziewczyna.
Wyjrzałem na korytarz upewniając się, czy nikt nie idzie i przekradłem się szybko z powrotem do Kuro. Wziąłem ją na ręce i oparłszy sobie jej głowę o pierś, dałem znać Rin, że ruszamy. Miałem tylko nadzieję, że nie spotkamy już żadnych strażników...
Biegniemy co sił w nogach, a ja czuję dreszcze przechodzące mi po plecach.
Mam złe przeczucia.
Obejrzałem się na biegnącą za mną dziewczynę. Była zmęczona, ale trzymała się bardzo dzielnie.
Już widziałem drzwi do gabinetu Ghose, który obiecał zająć się rannymi.
I widzę jego.
Szkarłatnookiego kami. Chciwego jak nikt inny.
Mesmer.
Zatrzymuję się.
- Rin, weź Kuro i biegnij do Ghose najszybciej, jak tylko dasz radę.
- Nie - załkała.
- Powiedziałem, Rin! Weź ją! Nie dam rady z nim walczyć, jeśli będziecie nadal w niebezpieczeństwie. Błagam cię.
Po jej policzkach ciekną łzy, ale kiwa głową i przejmuje ode mnie nieprzytomną dziewczynę. A ja staję naprzeciw złotego kami. Mierzymy się wzrokiem próbując odczytać, co zrobi przeciwnik.
Cofam lekko nogę w tył, żeby w razie czego móc zrobić szybki unik.
- Cieszę się, że wpadłeś, Shiro - uśmiechnął się szeroko, a mnie zalewała krew - Miło, że postanowiłeś jednak do mnie wrócić.
- Nie jestem jakimś cholernym pudelkiem, żeby przybiegać do twojej nogi na każde gwizdnięcie.
- A jednak to zrobiłeś.
- Nie. Ja po prostu przyszedłem po moje przyjaciółki, które uprowadziłeś.
Wyszczerzył szeroko zęby i wyciągnął swój miecz. Piękny, prosty, o złoconej rękojeści.
No tak.
Złoty kami musi mieć złoty miecz. Jakże oryginalnie.
- Chcesz się bić? - warknąłem - Dobrze. Dostaniesz to, czego chcesz.
Spojrzałem na Ghose.
- Muszę odzyskać moje rzeczy - powiedziałem twardo, tonem nieznoszącym sprzeciwu. On jednak stwierdził, że będzie miał dla mnie coś lepszego. Poprowadził mnie do pomieszczenia, które już znałem.
- Miałem kiedyś znajomego ryu. Był w twoim wieku - zaczął snuć swoją opowieść, przekopując rzeczy w jednym z kufrów ustawionych pod ścianą - Niestety biedaka już nie ma z nami, ale dał mi swój osprzęt. Kazał go przekazać godnemu smokowi. Uważam, że właśnie takiego spotkałem.
Wyciągnął czarny strój przypominający kombinezon na motor. Cały czarny, skórzany. Na plecach, wzdłuż kręgosłupa poprzyszywane były metalowe płytki. Ochraniacze na ramionach i łokciach, mocne, ale nie ograniczające ruchów rękawiczki. Oprócz tego wręczył mi szkatułkę z mahoniu. To co w niej zobaczyłem, spowodowało, że zabiło mi mocniej serce. Pełna była medalionów przystosowanych specjalnie dla ryu.
- Nie mogę tego przyjąć, Ghose - speszyłem się, a on niemal siłą przycisnął do mnie trzymaną przeze mnie szkatułkę dając znać, że nie zgadza się, bym mu to oddał. Westchnąłem i poszedłem się przebrać.
Przekradałem się korytarzami w stronę wejścia do lochów, bo byłem przekonany, że to tam ten dupek trzymał Rin i Kuro. Pech chciał, że wejścia pilnowali strażnicy.
Heh, to by było na tyle z elementu zaskoczenia.
Wyszedłem przed nich. Ci od razu się spięli i wyciągnęli na mnie miecze.
Szybki skok i już jestem między nimi. Jednego uderzam w potylicę, ogłuszając, drugiemu wyrywam miecz i przytykając mu go do gardła żądam, by otworzył mi drzwi do lochów. On pośpiesznie wyciąga klucze zza pazuchy i otwiera. Podziękowałem mu, a potem tępą częścią ostrza uderzam go w bok szyi. Nie za mocno, żeby nie zrobić mu zbyt dużej krzywdy, ale wystarczająco, żeby stracił przytomność. Rzuciłem obok niego to niewygodne żelastwo, które nazywał mieczem i zbiegłem po schodach, przeskakując co trzeci, czwarty stopień. A potem już po cichutku skradałem się do kolejnych straży.
Pierwszego z brzegu złapałem od tyłu i zaciągnąłem go na bok. Jak się okazało, był to mój dobry przyjaciel. Miałem tylko nadzieję, że nie odwaliło mu tak, jak Adel...
- Sh...shiro...! - jęknął, a ja zatkałem mu usta, bo obok przechodził jeden z jego kolegów po fachu - Nie możesz tu być! Mesmer cię szuka...!
- Wiem to, ale zabrał Kuro i Rin. Muszę je uwolnić. Nie wiem, co może im zrobić, byle wyciągnąć informacje o mnie.
Skinął głową.
On pozostał wierny przyjaciołom. Chociaż tyle.
Widać nie każdemu zależy na zajmowanym stanowisku. Chociaż on mógł to przypłacić nawet życiem. Gdy spytałem czy wie, gdzie są dziewczyny, on pokiwał głową i poinstruował mnie, jak tam dotrzeć. Podziękowałem mu i pognałem czym prędzej we wskazaną stronę.
Wkrótce usłyszałem krzyki. Od razu poznałem głos należący do Kuro.
Zawładnął mną gniew. Wparowałem w swej smoczej postaci do celi, z której dobiegały te odgłosy bólu i zacisnąłem z całej siły szczęki na gościu, który bił moją leżącą na ziemi siostrę. Cisnąłem nim o przeciwległą ścianę i przyjąłem swą ludzką postać. Podbiegłem do niej i podłożyłem rękę pod jej głowę.
- Jestem tu, siostrzyczko - szepnąłem, uśmiechając się do niej - Już ci nic nie zrobią.
Odwzajemniła słabo uśmiech i straciła przytomność. W sąsiedniej celi zamknięta była Rin. Ułożyłem delikatnie Kuro tak, aby w razie czego się nie udusiła, a potem poszedłem uwolnić przyjaciółkę.
Ręce miała przykute łańcuchami do ściany, uniesione nad głowę, która zwisała tak, jakby dziewczyna wpatrywała się w podłogę.
- Rin..?
Uniosła wzrok, a gdy uświadomiła sobie, że jestem tu na prawdę, po jej policzkach pociekły łzy ulgi. Rozkułem ją najprędzej jak mogłem, a gdy tylko była wolna, rzuciła mi się na szyję i rozszlochała.
- Musimy się stąd zbierać, Rin - szepnąłem - Trzeba zabrać Kuro... Nie jest z nią najlepiej...
Skinęła głową i wzięła się w garść, na co uśmiechnąłem się z dumą. Dzielna dziewczyna.
Wyjrzałem na korytarz upewniając się, czy nikt nie idzie i przekradłem się szybko z powrotem do Kuro. Wziąłem ją na ręce i oparłszy sobie jej głowę o pierś, dałem znać Rin, że ruszamy. Miałem tylko nadzieję, że nie spotkamy już żadnych strażników...
Biegniemy co sił w nogach, a ja czuję dreszcze przechodzące mi po plecach.
Mam złe przeczucia.
Obejrzałem się na biegnącą za mną dziewczynę. Była zmęczona, ale trzymała się bardzo dzielnie.
Już widziałem drzwi do gabinetu Ghose, który obiecał zająć się rannymi.
I widzę jego.
Szkarłatnookiego kami. Chciwego jak nikt inny.
Mesmer.
Zatrzymuję się.
- Rin, weź Kuro i biegnij do Ghose najszybciej, jak tylko dasz radę.
- Nie - załkała.
- Powiedziałem, Rin! Weź ją! Nie dam rady z nim walczyć, jeśli będziecie nadal w niebezpieczeństwie. Błagam cię.
Po jej policzkach ciekną łzy, ale kiwa głową i przejmuje ode mnie nieprzytomną dziewczynę. A ja staję naprzeciw złotego kami. Mierzymy się wzrokiem próbując odczytać, co zrobi przeciwnik.
Cofam lekko nogę w tył, żeby w razie czego móc zrobić szybki unik.
- Cieszę się, że wpadłeś, Shiro - uśmiechnął się szeroko, a mnie zalewała krew - Miło, że postanowiłeś jednak do mnie wrócić.
- Nie jestem jakimś cholernym pudelkiem, żeby przybiegać do twojej nogi na każde gwizdnięcie.
- A jednak to zrobiłeś.
- Nie. Ja po prostu przyszedłem po moje przyjaciółki, które uprowadziłeś.
Wyszczerzył szeroko zęby i wyciągnął swój miecz. Piękny, prosty, o złoconej rękojeści.
No tak.
Złoty kami musi mieć złoty miecz. Jakże oryginalnie.
- Chcesz się bić? - warknąłem - Dobrze. Dostaniesz to, czego chcesz.
XXXVII - This Is War
Pisane oczami Shiro
Noc była koszmarna. Naprawdę.
Nie dość, że wszystko mnie bolało, to jeszcze nie mogłem położyć się na lewym boku, na którym zwykłem był spać. A wszystko przez tę cholerną złamaną rękę.
Pewnie nie przespałbym nawet godziny, gdyby nie Kuro. Przyszła do mnie w nocy, położyła się ze mną i tak spaliśmy. Razem.
Byłem o niebo spokojniejszy, gdy była obok.
Rin tak samo, ale z nią dzieli mnie trochę inny rodzaj relacji.
No właśnie. Jaki?
Nie do końca byłem pewien tego, co do niej czuję. Wiedziałem, że to miłość, ale nie byłem pewien, jakiego rodzaju. Czy to braterskie uczucie, takie, jakim darzę Kuro, czy już coś większego? Przewróciłem się na drugi bok i spojrzałem na uśniętą dziewczynę. Jak zwykle na noc, związywała swoje długie włosy w warkocz, albo koński ogon. Było jej tak bardzo ładnie.
Westchnąłem i wstałem, przeciągając się. Oczywiście zapomniałem o poobijanych bokach i plecach, więc nie obyło się bez syknięcia z bólu.
Kuro usiadła na łóżku i ziewnęła przeciągle, czym mnie rozbroiła. Wyglądała teraz tak niewinnie, że nikt by nie pomyślał, jaką tak naprawdę jest buntowniczką.
- Jak się spało? - uśmiechnąłem się do niej, na co ona pokiwała głową i odwzajemniła uśmiech. Zdjąłem rękę z temblaka, żeby móc normalnie się ubrać. Cały czas czułem na sobie jej spojrzenie.
- Shirooo? - ziewnęła, a ja spojrzałem na nią. W przeciwieństwie do większości mężczyzn, miałem nawyk utrzymywania kontaktu wzrokowego z osobą, z którą akurat rozmawiam - A gdzie jest twoja pieczęć? Bo nigdy jej nie widziałam.
Zdziwiłem się, bo byłem pewien, że Kuro miała okazję, i to nie jedną, żeby widzieć mnie bez koszulki. Uśmiechnąłem się i zdjąłem T-shirt, w którym spałem i odwróciłem się przodem do niej, pokazując ulokowaną na lewej piersi pieczęć. Wstała, podeszła i zaczęła się przyglądać, mrucząc coś pod nosem, po czym stwierdziła, że ma bardzo podobny wzór. Musiałem przyznać jej rację. Wiele razy widziałem jej symbol, który w jej przypadku znajdował się na mostku.
Otworzyłem drzwi od szafy, wyciągnąłem koszulkę i zacząłem się ubierać, ciągle czując na plecach wzrok Kuro.
- O co chodzi? - spytałem, spoglądając znów na nią. Jej twarz wyrażała niepokój - Coś się stało?
- Mam złe przeczucia... Mesmer znowu coś kombinuje.
Skinąłem głową. To to ja wiedziałem... a gdy chciałem je chronić, wszystko poszło nie tak, jak powinno. Podszedłem do niej i ją przytuliłem obiecując, że nie pozwolę ich skrzywdzić.
Musiałem ćwiczyć, jeśli chciałem mieć jakiekolwiek szanse w ewentualnej potyczce z Mesmerem, a przynajmniej z jego poplecznikami. Co z tego, że bolało? Myślę, że ból mi nawet pomagał, hartował moje ciało i umysł, przyzwyczajając do siebie.
Po upływie kilku dni mogłem już zdjąć gips z lewego przedramienia. Oto dowiedzieliśmy się o kolejnej zalecie bycia hybrydą - rany, a przynajmniej złamania, goiły się szybciej.
Któregoś dnia Zennyo przyprowadziła do nas Eriela. Niezbyt wiedziałem, jak mam się wobec niego zachować. W końcu podczas naszego ostatniego spotkania, omal go nie zabiłem.
On jednak sprawiał wrażenie, jakby nie pamiętał tego zajścia.
Siedzieliśmy więc w piątkę, Eriel, Kuro, Rin, Zannyo i ja, i rozmawialiśmy na temat tego, jak wygląda sytuacja w mieście. W końcu nie wychodziliśmy poza mury szmaragdowego pałacu. Zwłaszcza ja.
- Mesmer chyba oszalał na twoim punkcie - zwrócił się do mnie staruszek - Wystosował za tobą list gończy, z niemałą nagrodą. Przy każdej bramie przy starym mieście ustawione są punkty kontrolne, tak samo przy wylotówkach z Trironu. Godzina policyjna, patrole na ulicach... jak podczas okupacji. Ale mam zaufaną grupkę kami, która w razie czego będzie ci służyła schronieniem i pomocą. Więc jeśli chciałbyś opuścić szmaragdowy pałac, to wiedz, że masz się gdzie udać.
- Czy ta oferta obejmuje również Kuro i Rin? - spytałem cicho, nie patrząc na dwie siedzące obok mnie dziewczyny, które już nabierały powietrza, żeby mnie zrugać - Boję się, że Mesmerowi nie zajmie wiele czasu odnalezienie mnie tutaj. Zwłaszcza, że jego łowcy już raz mnie tu złapali. Co jak co, ale nie mam zamiaru ryzykować, że którejś z nich coś się stanie z mojego powodu. Nie wybaczyłbym sobie. Jestem pewien, że nasz kochany przewodniczący zdaje sobie z tego sprawę i nie wątpię, aby był w stanie je wykorzystać, by mnie wyciągnąć stąd siłą.
Zannyo i Eriel przyznali mi rację, ale moje przyjaciółki nie zamierzały tego zrobić. Upierały się, że przyrzekły mnie chronić, być przy mnie. To bardzo szlachetne z ich strony, ale nie rozumiały, w jak wielkim niebezpieczeństwie mogły się znaleźć z tego powodu. Poprosiłem Eriela, żeby upewił się, że dziewczyny mogą zatrzymać się u któregoś z jego znajomych. Obydwoje stwierdziliśmy, że Ghose będzie najlepszy. Staruszek mieszkał w Radzie Bogów, a jak powszechnie wiadomo, najciemniej zawsze pod latarnią. Mesmer przecież nie przeszuka kwater swoich sług, bo nie przyjdzie mu do głowy, żeby tam szukać.
Usiadłem sobie wygodnie na deptaku okalającym ogród zen, napawając się ostatnimi promieniami słońca przed zimą. Muszę jednak przyznać, że od kiedy stałem się ryu, polubiłem pochmurną pogodę, deszcz... ogólnie chłód i wilgoć.
Zamknąłem oczy i zacząłem się powoli wyciszać, uspokajać. Potrzebowałem tego, bo w ostatnich dniach moje nerwy były w strzępach. Od wizyty Eriela minęły dwa dni, a wciąż nie dostaliśmy wiadomości, czy uda się ukryć dziewczyny poza szmaragdowym pałacem.
Rozchyliłem powieki, słysząc kroki.
Rin przysiadła się obok mnie, spuszczając nogi z podwyższenia, na którym znajdował się deptak.
- Jesteś na mnie zła? - spytałem, przyglądając się jej twarzy, starając się cokolwiek odczytać z jej oczu i mimiki. Nie odzywała się do mnie od kiedy staruszek wyszedł. Byłem świadom, że jest rozgoryczona i rozżalona. W końcu wraz z Kuro chciały mi towarzyszyć.
- A jak myślisz? - burknęła - Myślałam, że ustaliliśmy, że zostajemy z tobą. A ty wyskakujesz z czymś takim! Jak mogłeś, nie pytając nas o zdanie?
- Mogłem, bo doskonale je znałem. Rin, nie było cię wtedy z nami, w lesie, gdy ścigało nas pół miasta. Gdy przyszedł ten pieprzony kleryk, od razu rzucając mantrami uśmiercającymi. A ja nie mogłem nic zrobić! Nie mogłem stanąć między nim i Kuro, żeby w razie czego ją ochronić! Wiesz, jak się czułem? Jak okropna była ta bezsilność? Nie chcę się czuć tak nigdy więcej. Nie zamierzam dopuścić do sytuacji, w której tobie albo jej coś grozi tylko dlatego, że szurnięty kami na mnie poluje! - odetchnąłem głęboko, próbując ponownie odzyskać spokój - Spróbuj mnie zrozumieć, Rin... Nie wiem, co bym ze sobą robił, gdybym stracił którąś z was.
Spojrzałem na nią błagalnie, próbując wyczytać z tych zielonych, bezkresnych oczu, o czym myśli. Jaką decyzję podejmie? Czy wysłucha moich argumentów?
Westchnęła szepcząc, że nie da się ze mną wygrać na argumenty, po czym zgodziła się pójść z Erielem.
A mi spadł kamień z serca. Ogromny i ciężki. A dzięki tym kilku słowom odzyskałem spokój, którego tak szukałem.
Trzy dni temu były przewodniczący Rady Bogów zabrał ze sobą Rin i Kuro. Przygotowania zajęły mu tak dużo czasu, ponieważ chciał się upewnić, że nikt nie znajdzie ich kryjówki.
Dziewczyny obiecały, że będą się ze mną kontaktować. Mimo to, od kiedy odeszły ze szmaragdowego pałacu, nie miałem od nich żadnych wieści. Martwiłem się.
Ruszyłem żwawym krokiem ku gabinetowi Zennyo Ryuo. Zapukałem do drzwi i wszedłem, gdy usłyszałem zaproszenie.
- Pani, przychodzę do ciebie z prośbą o zezwolenie na wyjście - powiedziałem twardo, kłaniając się jej. Usłyszałem, jak gwałtownie wciąga powietrze.
- Odmawiam - szepnęła - Nie po to obmyślaliśmy, jak cię ukryć, byś teraz od tak wyszedł na ulicę i dał się złapać pierwszemu lepszemu patrolowi!
- Obawiam się o moich przyjaciół, matko! Spróbuj to zrozumieć.
Jej oczy o barwie rzeki patrzyły twardo, nieustępliwie. Nie zgodzi się. Wiedziałem to.
- Powiedziałam już swoje zdanie, Shiro. Nie zmienię go.
Po czym mnie odprawiła. Od tak.
Czyżby wysokie bóstwa nie były w stanie pojąć czegoś tak fundamentalnego, jak miłość? A może nie potrafią kochać, tylko miłować?
Ukłoniłem się i wyszedłem. Czyli będę musiał się wymknąć. Nie chciałem tego robić, pragnąłem wyjść poza mury szmaragdowego pałacu za pozwoleniem Zannyo, ale skoro tak...
Zapadła noc. Bezksiężycowa.
Idealnie.
Wiedziałem, że nieopodal głównego wejścia do domu smoków, znajdowało się wejście do kanałów, łączące się z łaźniami w Radzie Bogów. Wślizgnąłem się przez nie w swojej mniejszej smoczej wersji i najszybciej jak mogłem przedostałem się do gmachu.
Już po raz kolejny cieszyłem się, że nauczyłem się na pamięć planów budynku, bo dzięki temu, bez przeszkód mogłem przekraść się do gabinetu Ghose, wykorzystując wentylację.
Staruszek siedział w fotelu, przy kominku, w którym wesoło buzował ogień. Wyglądał na strapionego. Siedział zgarbiony, co jakiś czas poprawiając zsuwający się z nosa okular. Wspiąłem się na oparcie fotela, uprzednio rozglądając się przez szparę w drzwiach, czy korytarzem nikt nie zmierza na spotkanie się z przedstawicielem niższych kami.
- Witaj, Ghose - przywitałem się, przyjmując swoją ludzką postać. Staruszek podskoczył na fotelu i obejrzał się na mnie.
- Och, Shiro, jak dobrze, że jesteś. Eriel przyszedł do mnie w zeszłym tygodniu. Miał przyprowadzić dziewczynki, ale potem już się z nim nie widziałem. Masz od niego jakieś wieści?
Czułem, jak robię się biały, niczym ściana. Zakręciło mi się w głowie, zaszumiało w uszach. Przecież Eriel po nie przyszedł... zabrał je, miał odprowadzić.
Ale jak się okazało, nie dotarli.
Czyli ten dupek ich przechwycił. Albo ten kami, który przyszedł do nas trzy dni temu, nie był naszym staruszkiem.
Poczułem, jak zalewa mnie gniew.
Tak się bawisz, przewodniczący Rady Bogów?
Dobrze.
W takim razie będziesz miał wojnę, której tak bardzo chcesz.
wtorek, 15 września 2015
XXXV - Escape
Kuro siedziała tuż obok mnie. Tak blisko, że spokojnie mogłem dojrzeć strach w jej oczach. Co jakiś czas znów próbowała otworzyć więżącą mnie klatkę, ale bezskutecznie. Po którejś już próbie zaczęła płakać.
- Co ja mam robić, Shiro? Wszędzie słychać tych cholernych strażników Mesmera... Nie mam możliwości, by bezpiecznie cię przenieść do szmaragdowego pałacu... Wiem, że Rin miała cię zabrać... ale sam widziałeś, jak to wyglądało. Nie miałam czasu. Ale na pewno nas znajdzie. Na pewno. W końcu to Rin...
Skinąłem głową i oparłem się przednimi łapkami o szklaną ścianę, a Kuro położyła dłoń na ich wysokości.
Ale miała rację. Wszędzie wokół chodzili wysłannicy przewodniczącego Rady Bogów, niewątpliwie nas szukając.
Nie mogłem powstrzymać chichotu na myśl o tym, że mimo faktu, że jestem uwięziony i tak znów zostałem wyrwany z jego łap. Jaka szkoda.
Z zarośli wyłonił się rosły mężczyzna o roztrzepanych włosach w kolorze zgniły blond. Na szyi miał jeden z talizmanów charakteryzujących wojowników walczących jedynie za pomocą sutr, modlitw i zaklęć. Kuro niemal natychmiast poderwała się, porywając w ramiona klatkę i zaczęła się cofać.
- Ochronię cię... - szepnęła, ale czułem, jak jej ramiona trzęsą się ze strachu. Mężczyzna zbliżał się do nas z szerokim uśmiechem, który ani trochę mi się nie podobał.
Uniósł prawą dłoń, na której miał pieczęć kami i zaczął inkantować słowa, które tak dobrze znałem i z których sam często korzystałem.
Sutra Umarłych.
Jedna z siedmiu śmiertelnych sutr, na tyle potężnych, że zabija w jednym momencie, nie pozostawiając na ciele ani śladu...
- Wiej, Kuro! - jak na komendę, dziewczyna zerwała się do biegu. Ale nie mogła rozwinąć pełnej prędkości przez trzymaną w rękach klatkę. Musiałem coś wymyślić, inaczej ten drań ją zabije...! Wiedziałem, że nie ma sensu jej przekonywać, by mnie zostawiła, bo tego nie zrobi. Bezsensowna strata czasu.
Przycisnąłem się więc do jednej ze ścianek pudełka i z największą siłą, jaką udało mi się tu osiągnąć, uderzyłem w przeciwległą szybę, równocześnie wytrącając dziewczynie moje więzienie z rąk. Nie zdążyła złapać.
Klatka spadła na korzenie drzew, przeturlała się kilka razy, przez co boleśnie poobijałem się o ściany. Piszczało mi w uszach, nie mogłem poruszyć jedną z przednich łap. Nie było to mądre posunięcie... ale miałem nadzieję, że Kuro nie będzie na tyle głupia, żeby się zatrzymać i po mnie wrócić...
Była.
Chwyciła znów klatkę i zaczęła uciekać.
- Zostaw! - krzyknąłem, ale nie reagowała - Chcą mnie, przez co jesteś w niebezpieczeństwie! Zostaw klatkę, głupia!
- Nie.
Nie powiedziała tego głośno, nie warknęła... ale słyszałem w jej głosie pewność siebie i moc, z którą nie byłem w stanie walczyć.
Ona już podjęła decyzję. Co z tego, że mogła przez to stracić życie?
Udało nam się uciec. Nie mam pojęcia, jakim cudem.
Wiedziałem tyko, że znacznie oddaliliśmy się od miasta, co miało zarówno pozytywy, jak i negatywy. Bo z jednej strony zgubiliśmy pościg, ale znaleźliśmy się przez to daleko od sprzymierzeńców i wsparcia.
Łapa bolała. Najpewniej była złamana, ale nie tym trzeba było się teraz przejmować. Kuro siedziała pod drzewem i dyszała. Była na mnie zła, ale w sumie jej się nie dziwiłem. Gdyby była na moim miejscu i coś takiego zrobiła, też bym się na nią gniewał.
- Co robimy...? - spytałem, podpełzając do ściany, która była bliżej niej.
- Nie wiem... - szepnęła - Musimy obejść pościg i jakoś dostać się do szmaragdowego pałacu... Albo spotkać się z Rin. A ty na razie odpocznij.
Skinąłem głową i zwinąłem się w kłębek, opierając łeb o zdrową łapę i ogon. Patrzyłem na Kuro. Była bardzo dzielna choć wiedziałem, że się bała.
W międzyczasie zapadła noc. Kolejna. Cały dzień uciekaliśmy. I zaczął doskwierać nam głód. Musieliśmy czym prędzej znaleźć się w Triron... Odnaleźć Zennyo albo Amaterasu, co nie było łatwym zadaniem.
Ale przyszedł mi do głowy pomysł.
W trakcie pierwszej wojny z amaterasu, zjawy wykopały tunele dookoła miasta, które łączyły się z kanałami. Jeżeli moja orientacja w terenie nie zawiodła, powinniśmy być blisko jednego z wejść do takiego tunelu.
Podzieliłem się przemyśleniami z moją siostrą, która od razu skierowała się we wskazany przeze mnie kierunek. Tak jak myślałem, znaleźliśmy zrujnowaną chatynkę, która służyła za przykrywkę dla tunelu.
Weszliśmy do środka. Pełnego pajęczyn, robali, grzybów i pleśni.
Zaprawdę, ohydne miejsce.
- Gdzieś tu powinna być klapa w podłodze - szepnąłem czując, jak opuszczają mnie powoli siły. Moje ciało domagało się jedzenia. Ale nawet, jeśli by udało się coś dla mnie znaleźć, nie miałbym jak tego zjeść. W końcu byłem uwięziony.
Byłem świadom, że Kuro widziała, jak jestem wyczerpany. Dlatego zaczęła się tak spieszyć. Odnalazła klapę i uniosła ją, otwierając zatęchły tunel. A potem weszliśmy.
Zastanawiałem się, jak długo zajęło zjawom wybudowanie tego przejścia - wysokie na metr osiemdziesiąt, szerokie na metr... A co parę metrów drewniane wsporniki. Naprawdę porządna robota.
Udało nam się wyjść, ale obydwoje nie byliśmy do końca pewni, w którym miejscu miasta. A ja już nie miałem sił.
- Co ja mam robić, Shiro? Wszędzie słychać tych cholernych strażników Mesmera... Nie mam możliwości, by bezpiecznie cię przenieść do szmaragdowego pałacu... Wiem, że Rin miała cię zabrać... ale sam widziałeś, jak to wyglądało. Nie miałam czasu. Ale na pewno nas znajdzie. Na pewno. W końcu to Rin...
Skinąłem głową i oparłem się przednimi łapkami o szklaną ścianę, a Kuro położyła dłoń na ich wysokości.
Ale miała rację. Wszędzie wokół chodzili wysłannicy przewodniczącego Rady Bogów, niewątpliwie nas szukając.
Nie mogłem powstrzymać chichotu na myśl o tym, że mimo faktu, że jestem uwięziony i tak znów zostałem wyrwany z jego łap. Jaka szkoda.
Z zarośli wyłonił się rosły mężczyzna o roztrzepanych włosach w kolorze zgniły blond. Na szyi miał jeden z talizmanów charakteryzujących wojowników walczących jedynie za pomocą sutr, modlitw i zaklęć. Kuro niemal natychmiast poderwała się, porywając w ramiona klatkę i zaczęła się cofać.
- Ochronię cię... - szepnęła, ale czułem, jak jej ramiona trzęsą się ze strachu. Mężczyzna zbliżał się do nas z szerokim uśmiechem, który ani trochę mi się nie podobał.
Uniósł prawą dłoń, na której miał pieczęć kami i zaczął inkantować słowa, które tak dobrze znałem i z których sam często korzystałem.
Sutra Umarłych.
Jedna z siedmiu śmiertelnych sutr, na tyle potężnych, że zabija w jednym momencie, nie pozostawiając na ciele ani śladu...
- Wiej, Kuro! - jak na komendę, dziewczyna zerwała się do biegu. Ale nie mogła rozwinąć pełnej prędkości przez trzymaną w rękach klatkę. Musiałem coś wymyślić, inaczej ten drań ją zabije...! Wiedziałem, że nie ma sensu jej przekonywać, by mnie zostawiła, bo tego nie zrobi. Bezsensowna strata czasu.
Przycisnąłem się więc do jednej ze ścianek pudełka i z największą siłą, jaką udało mi się tu osiągnąć, uderzyłem w przeciwległą szybę, równocześnie wytrącając dziewczynie moje więzienie z rąk. Nie zdążyła złapać.
Klatka spadła na korzenie drzew, przeturlała się kilka razy, przez co boleśnie poobijałem się o ściany. Piszczało mi w uszach, nie mogłem poruszyć jedną z przednich łap. Nie było to mądre posunięcie... ale miałem nadzieję, że Kuro nie będzie na tyle głupia, żeby się zatrzymać i po mnie wrócić...
Była.
Chwyciła znów klatkę i zaczęła uciekać.
- Zostaw! - krzyknąłem, ale nie reagowała - Chcą mnie, przez co jesteś w niebezpieczeństwie! Zostaw klatkę, głupia!
- Nie.
Nie powiedziała tego głośno, nie warknęła... ale słyszałem w jej głosie pewność siebie i moc, z którą nie byłem w stanie walczyć.
Ona już podjęła decyzję. Co z tego, że mogła przez to stracić życie?
Udało nam się uciec. Nie mam pojęcia, jakim cudem.
Wiedziałem tyko, że znacznie oddaliliśmy się od miasta, co miało zarówno pozytywy, jak i negatywy. Bo z jednej strony zgubiliśmy pościg, ale znaleźliśmy się przez to daleko od sprzymierzeńców i wsparcia.
Łapa bolała. Najpewniej była złamana, ale nie tym trzeba było się teraz przejmować. Kuro siedziała pod drzewem i dyszała. Była na mnie zła, ale w sumie jej się nie dziwiłem. Gdyby była na moim miejscu i coś takiego zrobiła, też bym się na nią gniewał.
- Co robimy...? - spytałem, podpełzając do ściany, która była bliżej niej.
- Nie wiem... - szepnęła - Musimy obejść pościg i jakoś dostać się do szmaragdowego pałacu... Albo spotkać się z Rin. A ty na razie odpocznij.
Skinąłem głową i zwinąłem się w kłębek, opierając łeb o zdrową łapę i ogon. Patrzyłem na Kuro. Była bardzo dzielna choć wiedziałem, że się bała.
W międzyczasie zapadła noc. Kolejna. Cały dzień uciekaliśmy. I zaczął doskwierać nam głód. Musieliśmy czym prędzej znaleźć się w Triron... Odnaleźć Zennyo albo Amaterasu, co nie było łatwym zadaniem.
Ale przyszedł mi do głowy pomysł.
W trakcie pierwszej wojny z amaterasu, zjawy wykopały tunele dookoła miasta, które łączyły się z kanałami. Jeżeli moja orientacja w terenie nie zawiodła, powinniśmy być blisko jednego z wejść do takiego tunelu.
Podzieliłem się przemyśleniami z moją siostrą, która od razu skierowała się we wskazany przeze mnie kierunek. Tak jak myślałem, znaleźliśmy zrujnowaną chatynkę, która służyła za przykrywkę dla tunelu.
Weszliśmy do środka. Pełnego pajęczyn, robali, grzybów i pleśni.
Zaprawdę, ohydne miejsce.
- Gdzieś tu powinna być klapa w podłodze - szepnąłem czując, jak opuszczają mnie powoli siły. Moje ciało domagało się jedzenia. Ale nawet, jeśli by udało się coś dla mnie znaleźć, nie miałbym jak tego zjeść. W końcu byłem uwięziony.
Byłem świadom, że Kuro widziała, jak jestem wyczerpany. Dlatego zaczęła się tak spieszyć. Odnalazła klapę i uniosła ją, otwierając zatęchły tunel. A potem weszliśmy.
Zastanawiałem się, jak długo zajęło zjawom wybudowanie tego przejścia - wysokie na metr osiemdziesiąt, szerokie na metr... A co parę metrów drewniane wsporniki. Naprawdę porządna robota.
Udało nam się wyjść, ale obydwoje nie byliśmy do końca pewni, w którym miejscu miasta. A ja już nie miałem sił.
poniedziałek, 14 września 2015
XXXIV - Caught Again
Rozgwierzdżone niebo wisiało nade mną, niczym kat nad grzeszną duszą. Wpatrywałem się w jeden z jaśniejących na nim punktów, błyszczących lekko zielonkawym kolorem.
Przeniosłem wzrok na bramę wyjściową z prywatnego ogrodu zen Zennyo i już wiedziałem, kto tam jest.
- Nadchodzą - szepnąłem do siebie i zmieniłem się w smoka w wersji mini. Miałem do wyboru trzy działania - stanąć naprzeciw nim i ich zaatakować, pognać do matki smoków i jej zameldować o włamaniu obcych, bądź uciec, ściągając na siebie pościg łowców.
Nie chciałem narażać pozostałych mieszkańców szmaragdowego pałacu, więc wybrałem ostatnią możliwość. Przemknąłem pod bramą pilnując, by sługusy Mesmera mnie zauważyły, po czym uciekłem w stronę błoni miasta, nad rzekę Kohaku. Nie przewidziałem jednego.
Klatki.
Mimo moich niewielkich rozmiarów, udało im się zatrzasnąć mnie w tym cholernym pudełku... Oczywiście starałem się uwolnić, uderzając od ściany do ściany, ale nic to nie dało. Najstarszy, jak mi się wydawało, będący chyba również dowódcą tej zgrai liczącej pięciu osobników, uniósł szklaną klatkę na wysokość oczu i uśmiechnął się szkaradnie, ukazując spiłowane w trójkąty zęby, typowe dla polimorfów.
- Nie uwolnisz się, smoku - odezwał się zachrypniętym głosem - Nasz pan zadbał, by ta cela była dla ciebie nie do zniszczenia. Możesz drapać, obijać się, jeśli potrafisz, nawet ziać ogniem. Ale to na nic. Strzegące ją zaklęcia są tak silne, że energia żadnego z kami niższych od niego, nie da rady ich złamać.
Wyszczerzyłem zęby i zawarczałem na niego najgłośniej i najgroźniej jak mogłem, czym najwyraźniej bardzo ich rozśmieszyłem, bo chichotali jeszcze pod bramami gmachu Rady Bogów.
Zostałem wniesiony do gabinetu Mesmera niczym jakieś trofeum, a moją klatkę postawiono na jego biurku.
- Spisaliście się, łowcy - ucieszył się złoty kami - Nikt przed wami nie dał rady złapać tego zbiega.
Patrzyłem mu w oczy bez lęku. Chciałem by widział, że się go nie boję. Jest dla mnie nikim.
Gdy łowcy już wyszli, przewodniczący Rady Bogów rozsiadł się na swoim miejscu i patrzył na mnie z dziką satysfakcją jakby sam mnie złapał. Adel, siedząca nieopodal, wpatrywała się we mnie, jakby zauważyła ducha. Tylko ona mogła mi pomóc.
Pytanie, czy będzie gotowa poświęcić swój status...
- No i zobacz, Shiro - odezwał się Mesmer, a w jego głosie pobrzmiewa duma - Na co ci było to uciekanie? Teraz będziesz miał przez to tylko problemy. A mogłeś ładnie i grzecznie ze mną współpracować.
- I co, jak posłuszny psiak wykonywać brudną robotę?
Zdenerwowałem go tym. Uderzył z całej siły w szklane pudełko, w którym byłem zamknięty, a wstrząs, który przeszedł po ścianach sprawił, że zadźwięczało mi w uszach. Potrząsnąłem głową, by pozbyć się resztek oszołomienia, a na twarzy złotego kami zauważyłem radość, że sprawił mi ból. Potem po prostu sobie poszedł.
Spojrzałem na Adel, która udawała całkowicie pochłoniętą swoją pracą. Nie byłem pewien, czy kojarzyła, że ja to ja.
- Adel - zawołałem ją, a ona podskoczyła jak oparzona. Na jej twarzy zauważyłem zdziwienie, jakby nie rozumiała, skąd znam jej imię. - Wiesz, kim jestem? - pokręciła głową, ale po jej oczach widziałem, że coś może kojarzyć. Ale zanim zdołałem powiedzieć kolejne zdanie, ona z powrotem zagłębiła się w papierach Mesmera.
Westchnąłem i zwinąłem się w kłębek bo widziałem, że nic więcej teraz nie zdziałam.
W środku nocy obudził mnie szmer. Uniosłem głowę i spojrzałem w stroję okna, gdzie zdawało mi się, że było źródło dźwięku.
Na zewnątrz zauważyłem ciemny kształt, który siłował się z zamkiem okna. Gdy się dostała, dostrzegłem oczy, które wszędzie bym poznał.
- Kuro! - ucieszyłem się, a dziewczyna przytknęła palec do ust.
- Zabiorę cię stąd - wyszeptała, biorąc pudełko - Na zewnątrz jest Rin, ona cię zabierze do Zannyo Ryuo.
Skinąłem głową, a ona podeszła do okna.
- Uważaj!
W stronę dziewczyny poleciała igła. Gdybym jej nie ostrzegł, niechybnie zostałaby trafiona, może nawet zabita, bo cios wybitnie był wyprowadzony na wysokości krtani.
Myślałem, że to będzie któryś ze strażników... ale nie. W drzwiach stała Adel, mierząc w Kuro kolejną igłą.
- Odłóż klatkę - wyszeptała, a jej głos drżał. Walczyła ze sobą. Z jednej strony świadomość, że jeśli dopuści do zabrania mnie, straci zaufanie Mesmera, a tym samym spowije się hańbą. Z drugiej wierność do istot swojego pokroju, należących do niższych stanem...
- Adel, nie wiem, czy jesteś świadoma tego, co robisz - zaczęła moja siostra - ale jeśli nie zabierzemy go stąd, twój szef wykorzysta go jako broń, narażając jego życie tylko po to, żeby upodobać się Amaterasu. Należysz do niższych kami... czy pozycja jest dla ciebie wszystkim? Zapomniałaś o solidarności z innymi istotami ze swojej kasty? Czy dla statusu społecznego jesteś w stanie poświęcić przyjaciela?!
- Nie znam tego kami... - szepnęła, choć widziałem, że nie jest pewna tego, co mówi. Gdybym tylko mógł się uwolnić i przyjąć ludzką postać... jestem pewien, że wtedy zrozumiałaby powagę sytuacji...
Kuro warknęła i nie wypowiadając już żadnego słowa, wyskoczyła ze mną pod pachą przez okno. Adel wypuściła salwę igieł w naszą stronę, ale byliśmy już daleko.
Nie mam pojęcia, kiedy moja siostra zrobiła się tak sprawna fizycznie, ale przeskoczyła przez mur oddzielający stare miasto od reszty Trironu i pognała czym prędzej ku błoniom, a z nich prosto w las. Gdy upewniła się, że nikt nas nie ściga, postawiła pudełko na ziemi i usiadła przede mną, by otworzyć klatkę.
Bezskutecznie.
- Z tego co mówili łowcy, Mesmer otoczył tę celę jakimiś zaklęciami, których nie złamie nikt o mniejszej mocy niż on sam...
Zaklęła szpetnie i położyła dłoń na jednej ze ścian. Nie wiem, co planowała... o ile miała w ogóle jakikolwiek plan, ale musieliśmy siedzieć i czekać. Albo jakimś cudem przedostać się do Zennyo. Zennyo, albo Amaterasu, bo tylko one mogły mnie uwolnić z tego więzienia.
Przeniosłem wzrok na bramę wyjściową z prywatnego ogrodu zen Zennyo i już wiedziałem, kto tam jest.
- Nadchodzą - szepnąłem do siebie i zmieniłem się w smoka w wersji mini. Miałem do wyboru trzy działania - stanąć naprzeciw nim i ich zaatakować, pognać do matki smoków i jej zameldować o włamaniu obcych, bądź uciec, ściągając na siebie pościg łowców.
Nie chciałem narażać pozostałych mieszkańców szmaragdowego pałacu, więc wybrałem ostatnią możliwość. Przemknąłem pod bramą pilnując, by sługusy Mesmera mnie zauważyły, po czym uciekłem w stronę błoni miasta, nad rzekę Kohaku. Nie przewidziałem jednego.
Klatki.
Mimo moich niewielkich rozmiarów, udało im się zatrzasnąć mnie w tym cholernym pudełku... Oczywiście starałem się uwolnić, uderzając od ściany do ściany, ale nic to nie dało. Najstarszy, jak mi się wydawało, będący chyba również dowódcą tej zgrai liczącej pięciu osobników, uniósł szklaną klatkę na wysokość oczu i uśmiechnął się szkaradnie, ukazując spiłowane w trójkąty zęby, typowe dla polimorfów.
- Nie uwolnisz się, smoku - odezwał się zachrypniętym głosem - Nasz pan zadbał, by ta cela była dla ciebie nie do zniszczenia. Możesz drapać, obijać się, jeśli potrafisz, nawet ziać ogniem. Ale to na nic. Strzegące ją zaklęcia są tak silne, że energia żadnego z kami niższych od niego, nie da rady ich złamać.
Wyszczerzyłem zęby i zawarczałem na niego najgłośniej i najgroźniej jak mogłem, czym najwyraźniej bardzo ich rozśmieszyłem, bo chichotali jeszcze pod bramami gmachu Rady Bogów.
Zostałem wniesiony do gabinetu Mesmera niczym jakieś trofeum, a moją klatkę postawiono na jego biurku.
- Spisaliście się, łowcy - ucieszył się złoty kami - Nikt przed wami nie dał rady złapać tego zbiega.
Patrzyłem mu w oczy bez lęku. Chciałem by widział, że się go nie boję. Jest dla mnie nikim.
Gdy łowcy już wyszli, przewodniczący Rady Bogów rozsiadł się na swoim miejscu i patrzył na mnie z dziką satysfakcją jakby sam mnie złapał. Adel, siedząca nieopodal, wpatrywała się we mnie, jakby zauważyła ducha. Tylko ona mogła mi pomóc.
Pytanie, czy będzie gotowa poświęcić swój status...
- No i zobacz, Shiro - odezwał się Mesmer, a w jego głosie pobrzmiewa duma - Na co ci było to uciekanie? Teraz będziesz miał przez to tylko problemy. A mogłeś ładnie i grzecznie ze mną współpracować.
- I co, jak posłuszny psiak wykonywać brudną robotę?
Zdenerwowałem go tym. Uderzył z całej siły w szklane pudełko, w którym byłem zamknięty, a wstrząs, który przeszedł po ścianach sprawił, że zadźwięczało mi w uszach. Potrząsnąłem głową, by pozbyć się resztek oszołomienia, a na twarzy złotego kami zauważyłem radość, że sprawił mi ból. Potem po prostu sobie poszedł.
Spojrzałem na Adel, która udawała całkowicie pochłoniętą swoją pracą. Nie byłem pewien, czy kojarzyła, że ja to ja.
- Adel - zawołałem ją, a ona podskoczyła jak oparzona. Na jej twarzy zauważyłem zdziwienie, jakby nie rozumiała, skąd znam jej imię. - Wiesz, kim jestem? - pokręciła głową, ale po jej oczach widziałem, że coś może kojarzyć. Ale zanim zdołałem powiedzieć kolejne zdanie, ona z powrotem zagłębiła się w papierach Mesmera.
Westchnąłem i zwinąłem się w kłębek bo widziałem, że nic więcej teraz nie zdziałam.
W środku nocy obudził mnie szmer. Uniosłem głowę i spojrzałem w stroję okna, gdzie zdawało mi się, że było źródło dźwięku.
Na zewnątrz zauważyłem ciemny kształt, który siłował się z zamkiem okna. Gdy się dostała, dostrzegłem oczy, które wszędzie bym poznał.
- Kuro! - ucieszyłem się, a dziewczyna przytknęła palec do ust.
- Zabiorę cię stąd - wyszeptała, biorąc pudełko - Na zewnątrz jest Rin, ona cię zabierze do Zannyo Ryuo.
Skinąłem głową, a ona podeszła do okna.
- Uważaj!
W stronę dziewczyny poleciała igła. Gdybym jej nie ostrzegł, niechybnie zostałaby trafiona, może nawet zabita, bo cios wybitnie był wyprowadzony na wysokości krtani.
Myślałem, że to będzie któryś ze strażników... ale nie. W drzwiach stała Adel, mierząc w Kuro kolejną igłą.
- Odłóż klatkę - wyszeptała, a jej głos drżał. Walczyła ze sobą. Z jednej strony świadomość, że jeśli dopuści do zabrania mnie, straci zaufanie Mesmera, a tym samym spowije się hańbą. Z drugiej wierność do istot swojego pokroju, należących do niższych stanem...
- Adel, nie wiem, czy jesteś świadoma tego, co robisz - zaczęła moja siostra - ale jeśli nie zabierzemy go stąd, twój szef wykorzysta go jako broń, narażając jego życie tylko po to, żeby upodobać się Amaterasu. Należysz do niższych kami... czy pozycja jest dla ciebie wszystkim? Zapomniałaś o solidarności z innymi istotami ze swojej kasty? Czy dla statusu społecznego jesteś w stanie poświęcić przyjaciela?!
- Nie znam tego kami... - szepnęła, choć widziałem, że nie jest pewna tego, co mówi. Gdybym tylko mógł się uwolnić i przyjąć ludzką postać... jestem pewien, że wtedy zrozumiałaby powagę sytuacji...
Kuro warknęła i nie wypowiadając już żadnego słowa, wyskoczyła ze mną pod pachą przez okno. Adel wypuściła salwę igieł w naszą stronę, ale byliśmy już daleko.
Nie mam pojęcia, kiedy moja siostra zrobiła się tak sprawna fizycznie, ale przeskoczyła przez mur oddzielający stare miasto od reszty Trironu i pognała czym prędzej ku błoniom, a z nich prosto w las. Gdy upewniła się, że nikt nas nie ściga, postawiła pudełko na ziemi i usiadła przede mną, by otworzyć klatkę.
Bezskutecznie.
- Z tego co mówili łowcy, Mesmer otoczył tę celę jakimiś zaklęciami, których nie złamie nikt o mniejszej mocy niż on sam...
Zaklęła szpetnie i położyła dłoń na jednej ze ścian. Nie wiem, co planowała... o ile miała w ogóle jakikolwiek plan, ale musieliśmy siedzieć i czekać. Albo jakimś cudem przedostać się do Zennyo. Zennyo, albo Amaterasu, bo tylko one mogły mnie uwolnić z tego więzienia.
niedziela, 13 września 2015
XXXIII - Hunters
Pisane oczami Mesmera
Wszystkie moje starania szły na nic, jakby ten smarkacz zapadł się pod ziemię. W akcie desperacji poustawiałem punkty kontrolne wokół całego starego miasta. To na jego obszarze dzieciak najczęściej się poruszał. To tu mieszkały Rin i Kuro, które najprawdopodobniej zabrały go do domu po tym, jak odzyskał pamięć.
Jeśli będzie chciał się spotkać z Zannyo bądź z Amaterasu, których siedziby znajdują się poza tą dzielnicą. Musiał wpaść. Nie było innej opcji.
Pozostawało więc czekać.
Od ustawienia punktów kontrolnych minęły dwa tygodnie.
A po chłopaku ani śladu. Nie wierzyłem, że nie ruszał się poza stare miasto. Musiał więc jakoś obejść moich strażników.
Uderzyłem z całej siły pięścią w stół, na co Adel podskoczyła, wystraszona.
- Wezwij łowców - warknąłem, na co dziewczyna natychmiast się zerwała i wybiegła z mojego gabinetu. Pierwszy raz od objęcia stanowiska przewodniczącego Rady Bogów byłem zmuszony wezwać tę elitarną jednostkę ścigającą. Nie miałem wyboru. Zwykła straż nie zdawała egzaminu, a ja nie mogłem sobie pozwolić na najmniejszy błąd.
Shiro już najpewniej poszedł do jednej z dwóch najwyższych bogiń... a to nie wróżyło nic dobrego.
Po niecałych trzydziestu minutach do mojego gabinetu weszła piątka elitarnych łowców. Każdy specjalizował się w osobnej sztuce walki. Od strzelania z łuku, przez walkę wręcz, władanie mieczem, włócznią, sai. Oni wszyscy, doskonale wyszkoleni wojownicy, prócz mistrzostwa w tych dziedzinach, nie mieli sobie równych w tropieniu kami.
- Panie - odezwał się najstarszy z nich, będący równocześnie przywódcą, klękając przede mną na jedno kolano, okazując odpowiedni szacunek - Wzywałeś nas. Kogo mamy dla ciebie wyśledzić?
- Shiranui - uśmiechnąłem się szeroko - Potrzebuję waszych umiejętności, by odnaleźć pewnego zbiegłego kami, który znacznie zagraża mej pozycji. Jego imię brzmi Shiro, należy do kasty ryu. Czego potrzebujecie, abyście byli w stanie go złapać?
- Jakiegoś przedmiotu, który do niego należał i pozostał na nim zapach zbiega.
Nic prostszego. Podszedłem do ustawionej obok drzwi szafki i wyciągnąłem pakunek z rzeczami zabranymi z domu Fatum po tym, jak ukartowaliśmy śmierć tego szczeniaka. To, co podoba mi się w tej grupie to to, że nie zwlekają i od razu biorą się do roboty. Dlatego, gdy tylko dostali rzeczy swojego celu, natychmiast ruszyli na poszukiwania.
Teraz tylko czekać. Bo nieważne, jak silnych chłopak ma sprzymierzeńców, z łowcami sobie nie poradzi.
Jeśli będzie chciał się spotkać z Zannyo bądź z Amaterasu, których siedziby znajdują się poza tą dzielnicą. Musiał wpaść. Nie było innej opcji.
Pozostawało więc czekać.
Od ustawienia punktów kontrolnych minęły dwa tygodnie.
A po chłopaku ani śladu. Nie wierzyłem, że nie ruszał się poza stare miasto. Musiał więc jakoś obejść moich strażników.
Uderzyłem z całej siły pięścią w stół, na co Adel podskoczyła, wystraszona.
- Wezwij łowców - warknąłem, na co dziewczyna natychmiast się zerwała i wybiegła z mojego gabinetu. Pierwszy raz od objęcia stanowiska przewodniczącego Rady Bogów byłem zmuszony wezwać tę elitarną jednostkę ścigającą. Nie miałem wyboru. Zwykła straż nie zdawała egzaminu, a ja nie mogłem sobie pozwolić na najmniejszy błąd.
Shiro już najpewniej poszedł do jednej z dwóch najwyższych bogiń... a to nie wróżyło nic dobrego.
Po niecałych trzydziestu minutach do mojego gabinetu weszła piątka elitarnych łowców. Każdy specjalizował się w osobnej sztuce walki. Od strzelania z łuku, przez walkę wręcz, władanie mieczem, włócznią, sai. Oni wszyscy, doskonale wyszkoleni wojownicy, prócz mistrzostwa w tych dziedzinach, nie mieli sobie równych w tropieniu kami.
- Panie - odezwał się najstarszy z nich, będący równocześnie przywódcą, klękając przede mną na jedno kolano, okazując odpowiedni szacunek - Wzywałeś nas. Kogo mamy dla ciebie wyśledzić?
- Shiranui - uśmiechnąłem się szeroko - Potrzebuję waszych umiejętności, by odnaleźć pewnego zbiegłego kami, który znacznie zagraża mej pozycji. Jego imię brzmi Shiro, należy do kasty ryu. Czego potrzebujecie, abyście byli w stanie go złapać?
- Jakiegoś przedmiotu, który do niego należał i pozostał na nim zapach zbiega.
Nic prostszego. Podszedłem do ustawionej obok drzwi szafki i wyciągnąłem pakunek z rzeczami zabranymi z domu Fatum po tym, jak ukartowaliśmy śmierć tego szczeniaka. To, co podoba mi się w tej grupie to to, że nie zwlekają i od razu biorą się do roboty. Dlatego, gdy tylko dostali rzeczy swojego celu, natychmiast ruszyli na poszukiwania.
Teraz tylko czekać. Bo nieważne, jak silnych chłopak ma sprzymierzeńców, z łowcami sobie nie poradzi.
Pisane oczami Shiro
Miałem bardzo złe przeczucia. Byłem pewien, że Mesmer coś kombinuje, bo nie należy do tego typu osób, które łatwo dają uciec swoim sługom... A niewątpliwie do takich osób ja się zaliczałem. Co z tego, że nie z własnej woli...
Od kilku dni przebywałem w smoczym domu, szmaragdowym pałacu. Musiałem oddzielić się od Rin i Kuro, bo przeze mnie znajdowały się w ciągłym niebezpieczeństwie. A jako, że nie były ryu, nie miały prawa tu przebywać bez zezwolenia Zennyo Ryuo. Matka byłaby skłonna wydać takie zezwolenie, ale groziłoby to sprzeciwem pozostałych smoków zamieszkujących pałac. A tego nie chciałem. Pragnąłem choć odrobinę zasymilować się z pozostałymi członkami mojej nowej kasty, chociaż nie powiem, żeby przyjęli mnie szczególnie ciepło.
W końcu byłem awansowanym bożkiem losu...
Spędzałem więc większość czasu w swoim pokoju, kontemplując i obmyślając kolejne kroki przeciwko Mesmerowi.
Usiłując odgadnąć, co też ten stary grzyb może zrobić, by mnie złapać.
Zennyo się martwiła. Widziałem to jako jeden z nielicznych, który mógł jej towarzyszyć w trakcie dnia.
Akurat przechadzała się po ogrodzie zen, gdy przyszły te wieści... Siedziałem na jej ramieniu, więc wszystko dokładnie słyszałem.
Przewodniczący Rady Bogów wysłał za mną łowców. TYCH łowców. Elitarną jednostkę ścigającą kami, będącą na osobistych usługach Mesmera...
- Wydal go, pani - warknął ryu, który przyniósł te straszne wieści - Stanowi dla nas wszystkich zagrożenie. Łowcy nie zawahają się zabić tych, którzy staną im na drodze do ich celu. Wiesz to przecież!
- Nie mogę go wydalić, Hachibi - powiedziała łagodnie białowłosa bogini - Jest jednym z nas, jak bardzo by wam się to nie podobało. Pamiętaj o naszym kodeksie, synu. Przede wszystkim nie porzucać swoich.
- Tak, ale...!
- Żadnych "ale"! - warknęła matka, a jej oczy rozbłysły groźnym blaskiem - Mesmer go potrzebuje, bo ma w sobie potężną moc. Jeśli dzieciak wpadnie w jego łapy, znów zrobi z niego swoją bezwolną marionetkę. A wtedy może nas zmieść z powierzchni ziemi. Nieważne, jak silnych ryu byśmy nie sprowadzili do Trironu. O ile byśmy w ogóle zdążyli wydać taki rozkaz.
Chłopak prychnął i zmierzył mnie nieprzyjemnym spojrzeniem złowrogich, oczu - jednego szkarłatnego, drugiego złotego... Wydawało mi się, że gdzieś już go widziałem... ale gdzie?
Gdy odszedł, zeskoczyłem z ramienia Zennyo i przyjąłem swoją ludzką postać. Patrzyłem z niepokojem za odchodzącym Hachibi...
- Coś cię trapi, Shiro.
- Nie, matko, ale... mam wrażenie, jakbym gdzieś go już widział. Ale nie mogę sobie przypomnieć, skąd... - bogini uśmiechnęła się z czułością i dotknęła mojej twarzy.
- Hachibi miał brata bliźniaka - zaczęła Zennyo - Niskiego rangą kami, bożka szczęścia, Marunae.
- Tak, pamiętam go...! Był w straży bram miasta podczas ataku ayakashi przed wieloma laty... Spotkałem go kilka razy... uratował mi życie, sam oddając swoje...
I zrozumiałem, dlaczego Hachibi mnie tak traktował. Obwiniał mnie o śmierć brata, czego nie mogłem mieć mu za złe. Poczułem żal i współczucie dla osamotnionego ryu...
- Masz dobre serce, synku - szepnęła białowłosa, przygarniając mnie do serca - Żałujesz losu tych, których spotykasz. Jesteś tworem niemal doskonałym... zazdroszczę ci.
Spojrzałem na nią zdziwiony, ale nie odezwałem się.
- Świat potrzebuje takich jak ty. Więc nie waż mi się umierać...
- Dobrze, matko.
Po tych słowach obdarowała mnie jednym z najpiękniejszych uśmiechów, jaki kiedykolwiek widziałem. Nie umywał się jednak do tych, które dawała mi Rin.
Nie wiedziałem jednak, co teraz mam robić. Zamierzałem się wykraść ze szmaragdowego pałacu, ale teraz...
Teraz nie byłbym w stanie tego zrobić...
Jak mam się zachować...? Jakie czyny przedsięwziąć...?
Pomocy...
sobota, 12 września 2015
XXXII - Must Act
Ranek. Łagodne promienie słońca wpadały przez okno, oświetlając moją twarz. Obudziło mnie to. Shiro nie siedział już przede mną, na parapecie, bo leżałam tuż obok Kuro. Usiadłam i przeciągnęłam się, szukając wzrokiem chłopaka. Ale nie było go.
- Gdzież on mógł tak wcześnie rano pójść? - mruknęłam do siebie, trąc oczy. Odrzuciłam kołdrę na bok uważając, żeby nie obudzić śpiącej obok dziewczyny.
Poszłam do łazienki, gdy usłyszałam dźwięk otwieranego zamka. W drzwiach stanął Shiro, obładowany siatkami i tobołkami.
- O, już wstałaś śpiochu? - uśmiechnął się szeroko, wchodząc do kuchni i rozpakowując zakupy - Kuro dalej śpi?
- Tak. Miała wczoraj dużo wrażeń. Tęskniła za tobą, wiesz?
Spojrzał na leżącą w łóżku dziewczynę, a na jego twarzy odbiła się ogromna czułość. Byłam doskonale świadoma miłości, jaką ją darzył. Była to miłość do siostry. Odwzajemniona z resztą.
Mimo wszystko, większość czasu Shiro spędzał samotnie. Rozmyślając, planując. Rzadko odzywał się do mnie, czy do Kuro, ale rozumiałyśmy to. Próbował wymyślić, co zrobić z Mesmerem. Jak z nim postępować, jakie kroki przedsięwziąć. Nie było to proste zadanie zwłaszcza, że przewodniczący Rady Bogów cały czas go szukał.
- Nie mogę od tak wparować, jak to zrobiłem ostatnio - podzielił się z nami swoimi przemyśleniami - Po pierwsze, najpewniej się tego spodziewa. Po drugie, posądzi mnie o zdradę stanu. Nieważne, że Zennyo i Amaterasu są po mojej stronie. Mleko się rozleje i nic nie będę mógł z tym zrobić. Mesmer mnie potrzebuje, więc nie będzie chciał mojej śmierci.
- Ale jak to? - zdziwiła się Kuro, która podczas całego monologu Shiro, wierciła się niespokojnie - Dlaczego akurat ty jesteś mu potrzebny? Można by zastawić pułapkę. Ja bym była przynętą, a wy...
- Nie! - krzyknął chłopak podnosząc się tak gwałtownie, że prawie rozlał stojące na stole herbaty - Nie zgadzam się, Kuro. Mesmer jest nieobliczalny, nie wiem, co by ci zrobił tylko po to, by zdobyć mnie.
- Ale dlaczego?
- Z tego samego powodu, dla którego to Shiro został wypuszczony na świat - szepnęłam - Jesteś impulsywna, ciężka do kontrolowania, gdy on jest ten spokojny. Mesmer ma talent do znajdowania haczyków na swoich podwładnych. Jakkolwiek to zrobił, musiał osłabić wolę Shiro by w ogóle móc wykasować mu wspomnienia... mam rację?
Jego twarz miała dziwny wyraz. Ściągnięte brwi, niepokojąco lśniące oczy... I wtedy od tak odwrócił się na pięcie i wyszedł. Bez słowa.
- Gdzież on mógł tak wcześnie rano pójść? - mruknęłam do siebie, trąc oczy. Odrzuciłam kołdrę na bok uważając, żeby nie obudzić śpiącej obok dziewczyny.
Poszłam do łazienki, gdy usłyszałam dźwięk otwieranego zamka. W drzwiach stanął Shiro, obładowany siatkami i tobołkami.
- O, już wstałaś śpiochu? - uśmiechnął się szeroko, wchodząc do kuchni i rozpakowując zakupy - Kuro dalej śpi?
- Tak. Miała wczoraj dużo wrażeń. Tęskniła za tobą, wiesz?
Spojrzał na leżącą w łóżku dziewczynę, a na jego twarzy odbiła się ogromna czułość. Byłam doskonale świadoma miłości, jaką ją darzył. Była to miłość do siostry. Odwzajemniona z resztą.
Mimo wszystko, większość czasu Shiro spędzał samotnie. Rozmyślając, planując. Rzadko odzywał się do mnie, czy do Kuro, ale rozumiałyśmy to. Próbował wymyślić, co zrobić z Mesmerem. Jak z nim postępować, jakie kroki przedsięwziąć. Nie było to proste zadanie zwłaszcza, że przewodniczący Rady Bogów cały czas go szukał.
- Nie mogę od tak wparować, jak to zrobiłem ostatnio - podzielił się z nami swoimi przemyśleniami - Po pierwsze, najpewniej się tego spodziewa. Po drugie, posądzi mnie o zdradę stanu. Nieważne, że Zennyo i Amaterasu są po mojej stronie. Mleko się rozleje i nic nie będę mógł z tym zrobić. Mesmer mnie potrzebuje, więc nie będzie chciał mojej śmierci.
- Ale jak to? - zdziwiła się Kuro, która podczas całego monologu Shiro, wierciła się niespokojnie - Dlaczego akurat ty jesteś mu potrzebny? Można by zastawić pułapkę. Ja bym była przynętą, a wy...
- Nie! - krzyknął chłopak podnosząc się tak gwałtownie, że prawie rozlał stojące na stole herbaty - Nie zgadzam się, Kuro. Mesmer jest nieobliczalny, nie wiem, co by ci zrobił tylko po to, by zdobyć mnie.
- Ale dlaczego?
- Z tego samego powodu, dla którego to Shiro został wypuszczony na świat - szepnęłam - Jesteś impulsywna, ciężka do kontrolowania, gdy on jest ten spokojny. Mesmer ma talent do znajdowania haczyków na swoich podwładnych. Jakkolwiek to zrobił, musiał osłabić wolę Shiro by w ogóle móc wykasować mu wspomnienia... mam rację?
Jego twarz miała dziwny wyraz. Ściągnięte brwi, niepokojąco lśniące oczy... I wtedy od tak odwrócił się na pięcie i wyszedł. Bez słowa.
Pisane oczami Shiro
Musiałem działać. Działać jak najszybciej. Nie mogłem sam stanąć przeciwko Mesmerowi, ale wiedziałem, gdzie mogę szukać wsparcia. Ruszyłem na północ Trironu, gdzie znajdował się szmaragdowy zamek matki smoków. Jako kami ryu, mogłem zawsze liczyć na jej pomoc i gościnę. Szedłem więc co sił główną ulicą pilnując, bym nie został rozpoznany. Pomagał mi w tym płaszcz z kapturem. Byłem jednak świadom, że strażnicy na służbie u Mesmera mają nadrzędne zadanie, by mnie znaleźć i zaprowadzić do swojego pana. Dlatego chciałem jak najszybciej dotrzeć do mego celu.
Zatrzymałem się przy jednej z bram. Czyżby nasz przewodniczący był tak zdesperowany w odnalezieniu mnie, że przy bramach starego miasta ustawił punkty kontrolne? Zgrzytnąłem zębami i wszedłem w jedną z bocznych uliczek, gdzie spokojnie mogłem zebrać myśli i przeanalizować dostępne dla mnie możliwości.
Mogłem wspiąć się na stojący obok mnie budynek i przeskoczyć z jego dachu na mur, a potem z niego najzwyczajniej zejść. Nie miałem jednak pewności, że i tam nie stoją straże...
Drugą opcją było zmienienie się w smoka wielkości jaszczurki i przedostanie się kanałami, bądź po prostu prześlizgnąć się po suficie bramy. Ten pomysł wydawał się bezsensowny, ale miał największą szansę na powodzenie.
Nie ryzykowałem już przyjmowania ludzkiej postaci, tylko kryjąc się w cieniu domów przemykałem czym prędzej w stronę szmaragdowego zamku.
Matka Zennyo siedziała w swoim gabinecie, do którego każdy smok miał swobodny dostęp. Wślizgnąłem się więc do pomieszczenia i usiadłem bogini na ramieniu.
- Witaj, Shiro - uśmiechnęła się, drapiąc mnie za uszami - Co cię do mnie sprowadza?
Zeskoczyłem na podłogę i przyjąłem swoją ludzką postać.
- Pani, będę potrzebował twojego wsparcia w starciu z Mesmerem, które niewątpliwie niedługo będzie miało miejsce - powiedziałem - Sam nie mam szans się z nim równać, a nie chcę narażać Kuro i Rin.
- Możesz na mnie liczyć, chłopcze. Wierzę również, że i Amaterasu zechce mieć w tym swój udział. Polubiła cię, a obrzydzeniem napawa ją myśl, co jej podwładny uczynił tylko po to, żeby się jej przypodobać. Dlatego wiedz, że masz wsparcie zarówno moje, jak i naszej matki. Jednak to ty będziesz musiał się z nim zmierzyć, mój synu.
Skinąłem głową. Mimo wszystko czułem, że mam teraz jakiekolwiek szanse...
czwartek, 10 września 2015
XXIX - Memories
Obudź się, śpiący, ze swych marzeń sennych.
Obudź się wojowniku ze swej wizji o zwycięstwie.
Otwórz oczy, odgoń resztki snu i powstań, niosąc temu światu nowinę.
Niedługo koniec. Dzień sądu ostatecznego.
Obserwowałem tę dwójkę. Z parapetu był całkiem dobry widok i na mieszkanie i na ulicę. Siedziałem więc i patrzyłem to na nie, to na pogrążone we śnie miasto.
Obudź się wojowniku ze swej wizji o zwycięstwie.
Otwórz oczy, odgoń resztki snu i powstań, niosąc temu światu nowinę.
Niedługo koniec. Dzień sądu ostatecznego.
Obserwowałem tę dwójkę. Z parapetu był całkiem dobry widok i na mieszkanie i na ulicę. Siedziałem więc i patrzyłem to na nie, to na pogrążone we śnie miasto.
Ta wizja, którą miałem... ten sen... czy to na pewno były moje wspomnienia? Ale dlaczego tego nie pamiętam? Co się stało, że utraciłem swoją tożsamość? I dlaczego przewodniczący tak dziwnie zareagował na to, jak nazywały mnie te dwie kami...?
Wniosek nasuwał się sam... to on był odpowiedzialny za moją amnezję i za wszelką cenę starał się, aby tak pozostało. Tylko jaki miał w tym wszystkim cel?
Usłyszałem ciche mruknięcie, a zza łóżka wyłoniła się czarna, skołtuniona czupryna. Chwilę potem widziałem już ozdobioną zielonymi oczami twarz. Dziewczyna patrzyła na mnie chwilę nieprzytomnie, ale już po sekundzie była przy mnie, trajkocząc strasznie bez ładu i składu. A ja, niewiele mogąc, słuchałem jej z otwartymi ustami i próbując ją zrozumieć.
Jedyne co wyłapałem to słowa "musimy natychmiast iść do pani Amaterasu i Zennyo", na co skinąłem po prostu głową.
Szliśmy więc mokrymi po deszczu uliczkami, kierując się w stronę pałacu matki. W pewnym momencie chwyciła mnie za rękę. Nie zabrałem jej, sam nie wiem czemu. Wydawało mi się to tak naturalne, że idziemy razem za ręce... A ona wyglądała przy tym na tak szczęśliwą. Patrzenie na jej uśmiechniętą twarz sprawiało mi wielką radość mimo, że jej samej nie pamiętałem. Mimo to wiedziałem, że była... jest... dla mnie ważna.
- Ym... - mruknąłem, a ona spojrzała na mnie tymi zielonymi oczami - Nie wiem nawet, jak mam do ciebie mówić...
Kąciki ust podjechały jeszcze wyżej ale wiedziałem, że nie jest to gest prześmiewczy.
- Zawsze mówiłeś do mnie Rin mimo, że od kiedy zostałam kami, przyjęłam inne imię.
- A więc Rin...
Pokiwała głową, śmiejąc się i pociągnęła mnie mocniej w stronę pałacu.
Wszystko było dla mnie za duże. Pomieszczenia, korytarze, a sufity były zawieszone tak wysoko, że można było je pomylić z niebem. Czułem się przytłoczony...
Weszliśmy do komnaty Amaterasu. Biła od niej aura mocy, ale i łagodności i miłosierdzia. Zupełnie inaczej, niż w przypadku Mesmera... W jej obecności czułem się bezpieczny jak w objęciach matki.
- Witaj, smoku - uśmiechnęła się pięknie - Wiele o tobie słyszałam, więc bardzo się cieszę mogąc cię zobaczyć moimi własnymi oczami.
Skłoniłem się jej z szacunkiem, a w tym czasie podeszła do mnie towarzysząca jej białowłosa kobieta. Na jej twarzy zauważyłem wcięcia... jakby blizny po wyrwanych łuskach. Mimo to skaza nie ujmowała jej pięknu. Wpatrywałem się jak zahipnotyzowany w jej oczy koloru rzeki. Mimo drapieżności, jaka towarzyszyła jej osobie, nie czułem się zagrożony... Wiedziałem, kim ona jest. Zennyo Ryuo, matka wszystkich ryu. Ich opiekunka i zwierzchniczka.
- Czas byś sobie przypomniał, kim jesteś, moje dziecko - powiedziała z czułością, całując mnie w czoło, a ja poczułem, jak ziemia zapada się pode mną.
Zostałem wezwany przez Amaterasu, naszą matkę i panią. Najwyższe bóstwo.
- Wzywałaś mnie, pani - powiedziałem, klękając przed nią na jedno kolano.
- Tak, Shiro - uśmiechnęła się promieniście - Mą uwagę przykuła pewna dusza. Byłaby doskonałym kami. Pragnę abyś się jej ukazał we śnie i dał wybór. Albo pozostanie sobą, człowiekiem, albo dołączy do nas, bóstw.
Skinąłem głową i upewniwszy się, że niczego więcej ode mnie nie oczekuje, oddaliłem się. Pozostawało jedynie znaleźć odpowiednie miejsce - ciche, ciemne, odcięte od świata, bym mógł spokojnie wejść w trans.
Miałem szczęście, bo udało się za pierwszym razem. Zamknięty w jaskini za wodospadem, odcięty dzięki szumowi wody, nie miałem problemu z zagłębieniem się w sny dziewczyny. Zobaczyłem ją stojącą pośrodku stworzonego z mroku pomieszczenia. Widać przeżywała bardzo ciężki okres w swoim życiu. Ubrana w mundurek szkolny, z długimi do krzyża włosami, wydawała się być niewinna i nieporadna. Co takiego Amaterasu w niej widziała? To tylko kolejny człowiek, który wstępując w szeregi kami, zasili niższą kastę. Zapewne bóstw losu. Tak jak ja.
- Izumi Ron - odezwałem się, a mój głos poniósł się mocnym echem w tej przestrzeni - Nadszedł czas wyboru. Zachowasz człowieczeństwo, bądź staniesz się upiorem, ayakashi.
Widziałem, jak jej oczy rozszerzają się ze zdziwienia. Jak każdy, pewnie zastanawiała się, czy to się dzieje naprawdę, czy to tylko kolejny sen. Ale nie wahała się. Podeszła do mnie zdecydowanym krokiem i ujęła moją wyciągniętą dłoń.
Teraz jej dusza należy do Amaterasu.
Dzieje się coś dziwnego. Zaczynam się bać samego siebie. Czego nie dotknę, wybucha... boję się, że zniszczę to, co kocham. Że zabiję Rin.
Więc popełniam największe przestępstwo, jakie może wyobrazić sobie tak nisko postawiony kami, jak ja... Biegnę przez miasto uważając, by nie potrącić jakiegoś biednego bożka, co niewątpliwie skończyłoby się jego anihilacją... Wpadam przez bramę Rady Bogów i kieruję się w stronę pokojów Mesmera, przewodniczącego. Zatrzymuję się jednak pod drzwiami przedstawiciela niższych kast - Ghose. Może on będzie coś wiedział... cokolwiek, jak mi pomóc... Dotykam drzwi, a one rozpadają się na drzazgi. Staruszek podskakuje na krześle przy biurku i spogląda na mnie przerażony.
- Potrzebuję pomocy - szepczę, łamiącym się głosem - Dzieje się coś, czego nie rozumiem... Ghose, powiedz mi, co mam robić...
- Przede wszystkim się uspokoić - powiedział łagodnie, podchodząc do mnie - Wejdź, proszę, nie będziemy rozmawiać na korytarzu.
Kiwam głową i daję się poprowadzić wgłąb komnaty, a w tym czasie pomniejsze bóstwa naprawiają drzwi.
- Podstawą wszystkiego jest silna wola - mówi staruszek, przyglądając mi się uważnie - Jeśli zechcesz, aby to przestało się dziać, to przestanie. Ważne jest nastawienie i samozaparcie. Ty jesteś panem swojego ciała i swojej mocy. Nikt inny za ciebie tego nie zrobi. Musisz sam się kontrolować i sam władać powierzoną ci potęgą.
- Ja i potęga? - zdziwiłem się, ale Ghose tylko machnął ręką dając mi do zrozumienia bym skupił się na tym, co mam do zrobienia. Odetchnąłem głęboko, zamknąłem oczy i starałem się wyciszyć burzę szalejącą w mym sercu.
- Coś takiego zazwyczaj dzieje się, gdy staramy się odrzucić pewne emocje. Coś, z czego zdajemy sobie sprawę, ale nie chcemy tego zaakceptować. Czy jest coś, co czujesz, ale tego nie chcesz? Ukrywana nienawiść, żal... a może miłość?
Tak... kochałem. Kochałem na zabój i boleśnie. Ale wiedziałem, że mi nie wolno. Bo miłość między bóstwami jest niedopuszczalna, niedozwolona przez nasze prawo, nasze credo... ale nie potrafiłem zaprzeczyć, że kochałem szczerze i całym sercem.
- Rin - szepnąłem - Wiem, że to wbrew zasadom, ale kocham ją... Nie jak siostrę, tylko...
Zauważyłem pełen czułości uśmiech na twarzy staruszka.
- Nawet nie wiesz, jak się z tego cieszę - powiedział, klepiąc mnie po ramieniu.
Wtedy jeszcze nie wiedziałem, jak wiele znaczy to, że potrafię kochać. Wtedy jeszcze myślałem o sobie jako o zwykłym kami, którego przemiana poszła nie tak, jak powinna, przez co stracił pamięć z czasów, kiedy był człowiekiem. Ale potem się dowiedziałem o Arma Viventem. Projekcie, w wyniku którego powstałem ja i Kuro. Dwójka hybryd zrodzona z genomu człowieka i ayakashi.
A potem było tylko gorzej. Element chaosu, pochodzący od Devonanta, Pana Cieni, zaczął przejmować nade mną kontrolę. Każdego dnia traciłem cząstkę siebie, a gdy było już tak źle, że zamierzałem zamordować Mesmera, z pomocą przyszła Kuro.
Gdy byłem wyczerpany i osłabiony, ten dupek wykorzystał okazję i złamał moją wolę, pozbawiając wszystkich dotychczasowych wspomnień. Uczynił ze mnie swoją marionetkę, a gdy zacząłem sobie coś przypominać, chciał to jak najszybciej ukrócić. Żałosny, stary drań...
Leżę na podłodze czując ucisk i pulsowanie krwi w skroniach. Nie mam sił, by poruszyć którąkolwiek częścią ciała, spiąć którykolwiek mięsień.
Rozchylam powieki i widzę zapłakaną twarz Rin, wpatrującą się we mnie nerwowo. Uśmiecham się do niej ze zmęczeniem, ale wiem, że to jest ten uśmiech, który ona pamięta, dzięki któremu rozpoznaje, że już jestem sobą.
Porywa mnie w ramiona, przytula i zaczyna szlochać. Ze szczęścia.
- Nie bucz, Rin - mówię zachrypniętym głosem, próbując ją objąć, lecz bez powodzenia. A ona tylko potrząsa głową i przytula mnie mocniej.
- Prześpij się - mówi Zennyo - Odpocznij.
Bez sprzeciwu wykonałem jej polecenie i z uśmiechem na ustach zagłębiłem się w kojącej i leczniczej ciemności snu.
Usłyszałem ciche mruknięcie, a zza łóżka wyłoniła się czarna, skołtuniona czupryna. Chwilę potem widziałem już ozdobioną zielonymi oczami twarz. Dziewczyna patrzyła na mnie chwilę nieprzytomnie, ale już po sekundzie była przy mnie, trajkocząc strasznie bez ładu i składu. A ja, niewiele mogąc, słuchałem jej z otwartymi ustami i próbując ją zrozumieć.
Jedyne co wyłapałem to słowa "musimy natychmiast iść do pani Amaterasu i Zennyo", na co skinąłem po prostu głową.
Szliśmy więc mokrymi po deszczu uliczkami, kierując się w stronę pałacu matki. W pewnym momencie chwyciła mnie za rękę. Nie zabrałem jej, sam nie wiem czemu. Wydawało mi się to tak naturalne, że idziemy razem za ręce... A ona wyglądała przy tym na tak szczęśliwą. Patrzenie na jej uśmiechniętą twarz sprawiało mi wielką radość mimo, że jej samej nie pamiętałem. Mimo to wiedziałem, że była... jest... dla mnie ważna.
- Ym... - mruknąłem, a ona spojrzała na mnie tymi zielonymi oczami - Nie wiem nawet, jak mam do ciebie mówić...
Kąciki ust podjechały jeszcze wyżej ale wiedziałem, że nie jest to gest prześmiewczy.
- Zawsze mówiłeś do mnie Rin mimo, że od kiedy zostałam kami, przyjęłam inne imię.
- A więc Rin...
Pokiwała głową, śmiejąc się i pociągnęła mnie mocniej w stronę pałacu.
Wszystko było dla mnie za duże. Pomieszczenia, korytarze, a sufity były zawieszone tak wysoko, że można było je pomylić z niebem. Czułem się przytłoczony...
Weszliśmy do komnaty Amaterasu. Biła od niej aura mocy, ale i łagodności i miłosierdzia. Zupełnie inaczej, niż w przypadku Mesmera... W jej obecności czułem się bezpieczny jak w objęciach matki.
- Witaj, smoku - uśmiechnęła się pięknie - Wiele o tobie słyszałam, więc bardzo się cieszę mogąc cię zobaczyć moimi własnymi oczami.
Skłoniłem się jej z szacunkiem, a w tym czasie podeszła do mnie towarzysząca jej białowłosa kobieta. Na jej twarzy zauważyłem wcięcia... jakby blizny po wyrwanych łuskach. Mimo to skaza nie ujmowała jej pięknu. Wpatrywałem się jak zahipnotyzowany w jej oczy koloru rzeki. Mimo drapieżności, jaka towarzyszyła jej osobie, nie czułem się zagrożony... Wiedziałem, kim ona jest. Zennyo Ryuo, matka wszystkich ryu. Ich opiekunka i zwierzchniczka.
- Czas byś sobie przypomniał, kim jesteś, moje dziecko - powiedziała z czułością, całując mnie w czoło, a ja poczułem, jak ziemia zapada się pode mną.
Zostałem wezwany przez Amaterasu, naszą matkę i panią. Najwyższe bóstwo.
- Wzywałaś mnie, pani - powiedziałem, klękając przed nią na jedno kolano.
- Tak, Shiro - uśmiechnęła się promieniście - Mą uwagę przykuła pewna dusza. Byłaby doskonałym kami. Pragnę abyś się jej ukazał we śnie i dał wybór. Albo pozostanie sobą, człowiekiem, albo dołączy do nas, bóstw.
Skinąłem głową i upewniwszy się, że niczego więcej ode mnie nie oczekuje, oddaliłem się. Pozostawało jedynie znaleźć odpowiednie miejsce - ciche, ciemne, odcięte od świata, bym mógł spokojnie wejść w trans.
Miałem szczęście, bo udało się za pierwszym razem. Zamknięty w jaskini za wodospadem, odcięty dzięki szumowi wody, nie miałem problemu z zagłębieniem się w sny dziewczyny. Zobaczyłem ją stojącą pośrodku stworzonego z mroku pomieszczenia. Widać przeżywała bardzo ciężki okres w swoim życiu. Ubrana w mundurek szkolny, z długimi do krzyża włosami, wydawała się być niewinna i nieporadna. Co takiego Amaterasu w niej widziała? To tylko kolejny człowiek, który wstępując w szeregi kami, zasili niższą kastę. Zapewne bóstw losu. Tak jak ja.
- Izumi Ron - odezwałem się, a mój głos poniósł się mocnym echem w tej przestrzeni - Nadszedł czas wyboru. Zachowasz człowieczeństwo, bądź staniesz się upiorem, ayakashi.
Widziałem, jak jej oczy rozszerzają się ze zdziwienia. Jak każdy, pewnie zastanawiała się, czy to się dzieje naprawdę, czy to tylko kolejny sen. Ale nie wahała się. Podeszła do mnie zdecydowanym krokiem i ujęła moją wyciągniętą dłoń.
Teraz jej dusza należy do Amaterasu.
Dzieje się coś dziwnego. Zaczynam się bać samego siebie. Czego nie dotknę, wybucha... boję się, że zniszczę to, co kocham. Że zabiję Rin.
Więc popełniam największe przestępstwo, jakie może wyobrazić sobie tak nisko postawiony kami, jak ja... Biegnę przez miasto uważając, by nie potrącić jakiegoś biednego bożka, co niewątpliwie skończyłoby się jego anihilacją... Wpadam przez bramę Rady Bogów i kieruję się w stronę pokojów Mesmera, przewodniczącego. Zatrzymuję się jednak pod drzwiami przedstawiciela niższych kast - Ghose. Może on będzie coś wiedział... cokolwiek, jak mi pomóc... Dotykam drzwi, a one rozpadają się na drzazgi. Staruszek podskakuje na krześle przy biurku i spogląda na mnie przerażony.
- Potrzebuję pomocy - szepczę, łamiącym się głosem - Dzieje się coś, czego nie rozumiem... Ghose, powiedz mi, co mam robić...
- Przede wszystkim się uspokoić - powiedział łagodnie, podchodząc do mnie - Wejdź, proszę, nie będziemy rozmawiać na korytarzu.
Kiwam głową i daję się poprowadzić wgłąb komnaty, a w tym czasie pomniejsze bóstwa naprawiają drzwi.
- Podstawą wszystkiego jest silna wola - mówi staruszek, przyglądając mi się uważnie - Jeśli zechcesz, aby to przestało się dziać, to przestanie. Ważne jest nastawienie i samozaparcie. Ty jesteś panem swojego ciała i swojej mocy. Nikt inny za ciebie tego nie zrobi. Musisz sam się kontrolować i sam władać powierzoną ci potęgą.
- Ja i potęga? - zdziwiłem się, ale Ghose tylko machnął ręką dając mi do zrozumienia bym skupił się na tym, co mam do zrobienia. Odetchnąłem głęboko, zamknąłem oczy i starałem się wyciszyć burzę szalejącą w mym sercu.
- Coś takiego zazwyczaj dzieje się, gdy staramy się odrzucić pewne emocje. Coś, z czego zdajemy sobie sprawę, ale nie chcemy tego zaakceptować. Czy jest coś, co czujesz, ale tego nie chcesz? Ukrywana nienawiść, żal... a może miłość?
Tak... kochałem. Kochałem na zabój i boleśnie. Ale wiedziałem, że mi nie wolno. Bo miłość między bóstwami jest niedopuszczalna, niedozwolona przez nasze prawo, nasze credo... ale nie potrafiłem zaprzeczyć, że kochałem szczerze i całym sercem.
- Rin - szepnąłem - Wiem, że to wbrew zasadom, ale kocham ją... Nie jak siostrę, tylko...
Zauważyłem pełen czułości uśmiech na twarzy staruszka.
- Nawet nie wiesz, jak się z tego cieszę - powiedział, klepiąc mnie po ramieniu.
Wtedy jeszcze nie wiedziałem, jak wiele znaczy to, że potrafię kochać. Wtedy jeszcze myślałem o sobie jako o zwykłym kami, którego przemiana poszła nie tak, jak powinna, przez co stracił pamięć z czasów, kiedy był człowiekiem. Ale potem się dowiedziałem o Arma Viventem. Projekcie, w wyniku którego powstałem ja i Kuro. Dwójka hybryd zrodzona z genomu człowieka i ayakashi.
A potem było tylko gorzej. Element chaosu, pochodzący od Devonanta, Pana Cieni, zaczął przejmować nade mną kontrolę. Każdego dnia traciłem cząstkę siebie, a gdy było już tak źle, że zamierzałem zamordować Mesmera, z pomocą przyszła Kuro.
Gdy byłem wyczerpany i osłabiony, ten dupek wykorzystał okazję i złamał moją wolę, pozbawiając wszystkich dotychczasowych wspomnień. Uczynił ze mnie swoją marionetkę, a gdy zacząłem sobie coś przypominać, chciał to jak najszybciej ukrócić. Żałosny, stary drań...
Leżę na podłodze czując ucisk i pulsowanie krwi w skroniach. Nie mam sił, by poruszyć którąkolwiek częścią ciała, spiąć którykolwiek mięsień.
Rozchylam powieki i widzę zapłakaną twarz Rin, wpatrującą się we mnie nerwowo. Uśmiecham się do niej ze zmęczeniem, ale wiem, że to jest ten uśmiech, który ona pamięta, dzięki któremu rozpoznaje, że już jestem sobą.
Porywa mnie w ramiona, przytula i zaczyna szlochać. Ze szczęścia.
- Nie bucz, Rin - mówię zachrypniętym głosem, próbując ją objąć, lecz bez powodzenia. A ona tylko potrząsa głową i przytula mnie mocniej.
- Prześpij się - mówi Zennyo - Odpocznij.
Bez sprzeciwu wykonałem jej polecenie i z uśmiechem na ustach zagłębiłem się w kojącej i leczniczej ciemności snu.
wtorek, 8 września 2015
XXVIII - Ring
Biel przecinająca noc.
Blask w ciemności, niczym sen rozświetla przeszłość.
Ważne, co ty z tym zrobisz, duchu rzeki.
Pisane oczami Shiro
Noc była piękna, a deszcz uderzający o me łuski przynosił ukojenie galopującym myślom. Czemu ta dziewczyna mnie tak nazwała? Nie znam żadnego Shiro...
Jestem oszołomiony, zagubiony... Jak tylko wrócę, musze spotkać się z moim panem. Może on będzie coś wiedział?
Moje kroki było słychać bardzo wyraźnie. Nie żebym starał się zachowywać cicho... Jednak w tym miejscu, w prywatnym skrzydle przewodniczącego Rady Bogów czułem się nieswojo. Jak w klatce. Szedłem tym ciemnym korytarzem, ze ścianami wyłożonymi czarnym granitem. Jedynie podłoga była z białego marmuru. Aż wreszcie stanąłem przed pięknie rzeźbionymi drzwiami.
Ale gdy już podnosiłem dłoń do klamki, coś mnie zatrzymało. Jakaś myśl.
Twarz tej dziewczyny.
Tej fioletowookiej kami, która była wtedy ze mną na misji.
Ale dlaczego?
Przecież jej nie znam...!
- Kuro... - wyrwało mi się, zanim się zorientowałem, że w ogóle poruszam ustami, że w ogóle coś mówię. Przez sekundę zastanawiałem się, skąd znam jej imię, ale przypomniałem sobie, że przecież mi je powiedziała, gdy rozbiliśmy obozowisko na skraju lasu.
- Kuro... - wyrwało mi się, zanim się zorientowałem, że w ogóle poruszam ustami, że w ogóle coś mówię. Przez sekundę zastanawiałem się, skąd znam jej imię, ale przypomniałem sobie, że przecież mi je powiedziała, gdy rozbiliśmy obozowisko na skraju lasu.
W końcu wszedłem do gabinetu przewodniczącego. Ukłoniłem się głęboko i czekałem, aż pozwoli mi się wyprostować.
- Witaj, Hikari - odezwał się, a ja stanąłem niemal na baczność - Co cię do mnie przyprowadza, chłopcze?
- Panie - szepnąłem - Od ostatniej misji, której celem było pokonanie Orochi, męczą mnie pytania... Ta dziewczyna, z którą podróżowałem... Przede wszystkim wydaje mi się bardzo znajoma. Jakbym ją już gdzieś spotkał. A poza tym... nazwała mnie innym imieniem. Imieniem, którego wcześniej nie słyszałem, ale czuję z nim jakąś dziwną więź.
- Jak cię nazwała? - jego szkarłatne oczy, do tej pory skupione na papierach przeniosły się na mnie. Po plecach przeszedł dreszcz.
- Shiro... panie.
Na moich oczach jego twarz zrobiła się biała. Wstał zamaszyście od biurka przy którym stał i wezwał straże.
- Zabrać go - rozkazał zimnym tonem - Lochy. Tam, gdzie wtedy.
Nie rozumiałem, co się dzieje.
Co takiego zrobiłem, co powiedziałem, że chcieli mnie znów wepchnąć do zatęchłej klitki w podziemiach Rady Bogów?
Szarpałem się, błagałem, krzyczałem. Nie chciałem tam wracać.
Bałem się tego miejsca, gdyż jedyne, co przychodziło mi na myśl gdy je wspominałem, to ból. Potworny ból i ciemność.
W przypływie rozpaczy przyjąłem swą smoczą postać i odepchnąłem trzymających mnie strażników. Wypadłem przez okno, przy okazji drapiąc Mesmera szponem w twarz. Nie miałem czasu by się zastanawiać, czy nie wyrządziłem mu zbyt wielkiej krzywdy.
I znów ona.
Kuro.
Czemu mój umysł wciąż przywoływał wspomnienie jej twarzy? Dlaczego?
Shiro.
Dlaczego mój pan chciał mnie uwięzić przez imię, którym mnie nazwała?
Nie wiedziałem tego.
Bałem się.
Wylądowałem przy rzece ciągnącej się przez błonie okalające Triron.
I zobaczyłem ją.
Siedzącą na wzgórku przy rzece, trzymającą na kolanach szkicownik. Uniosła głowę i spojrzała prosto na mnie. Widziałem jak jej oczy się rozszerzają, zamieniając w dwa fioletowe spodki. Chciałem uciekać, ale opuściły mnie siły. Poczułem, jak się zmieniam, a po chwili klęczałem już na mokrej trawie, trzęsąc się z zimna i osłabienia. Usłyszałem szelest kroków, by za moment poczuć delikatne, ciepłe dłonie na ramionach.
- Shiro...
- Nie mów tak do mnie! - krzyknąłem, chociaż sam nie wiedziałem, czemu. Ona jednak się nie wystraszyła. Uklękła przede mną, biorąc w dłonie moją twarz. Przytknęła czoło do mojego czoła i patrzyła mi prosto w oczy.
- Nie wiem, co Mesmer ci zrobił, Shiro... dlaczego nas nie pamiętasz, ale musisz sobie przypomnieć. Potrzebujemy cię... nie... ja cię potrzebuję...
Lewą dłonią ujęła moją dłoń, splotła palce... a ja zauważyłem pierścionek. Piękny, z drobnym kamieniem w kształcie róży. A potem czuję, jak moja twarz zderza się z jej ramieniem. Upadłem.
Kuro biegnie przede mną, przyklejając się do każdej napotkanej witryny sklepowej. Jest rozbrajająca jak małe dziecko. Uśmiecham się widząc jej radość. W końcu po tak długim uwięzieniu to wszystko jest dla niej nowe, nieznane.
- Wpadniesz zaraz na kogoś, gapo - śmieję się do niej, ale ona nie słucha. Jest zbyt zaaferowana tym, co widzi na wystawie. Podchodzę do niej i patrzę, co ją tak zachwyciło.
W sumie się nie dziwię. Jubiler. Dziewczyny uwielbiają świecidełka.
- Co to takie ładne? - pyta, a ja ledwie tłumię chichot.
- Biżuteria. Kobiety noszą ją przy jakichś okazjach jak przyjęcia, śluby i tak dalej. Chociaż są też takie świecidełka, które można nosić na co dzień. Takie jak te.
Pukam lekko w szybę, pokazując prosty pierścionek. Obok siebie słyszę głębokie westchnięcie. Już wiem, ze jej się podoba, więc postanawiam jej go kupić.
Przychodzę po nią rano, żeby zaprowadzić do biblioteki. Uczę ją czytać i pisać, więc książki są potrzebne, lecz nie chcę brać tych, które są w domu. Stanowią zbyt duże wyzwanie dla osoby, która wciąż nie do końca rozróżnia litery.
Pukam kilka razy, ale odpowiada mi cisza. Naciskam klamkę. Zamknięte.
Wzdycham i wychodzę z kamieniczki.
Już mam wracać do domu, gdy spoglądam w stronę jubilera. Stoi tam. Wpatruje się. Ale wygląda na przygnębioną. Podchodzę więc do niej, pukam lekko w ramię, a gdy podskakuje wystraszona, śmieję się czule.
- Nie chciałem cię wystraszyć - uśmiecham się i głaszczę ją uspokajająco po głowie.
- Kto powiedział, że się wystraszyłam!? - wydyma policzki - Nie łatwo mnie wystraszyć!
Nie kłócę się. Chce zrobić na mnie wrażenie. Pokazać, że jest dzielna.
Ale widzę, że ten świat ją przytłacza. Martwię się o nią.
Potrząsam głową, by odgonić te nieprzyjemne myśli i pytam, dlaczego tu tak stoi. Znów spogląda na wystawę sklepową. Na puste miejsce, gdzie jeszcze wczoraj leżał pierścionek, który tak jej się podobał. I widzę ten szczery żal. Smutek. Uśmiecham się szeroko i wyciągam z kieszeni pudełeczko.
- Kuro - mówię, by przyciągnąć jej uwagę - Mam coś dla ciebie.
Widzę jak fioletowe oczy rozświetlają się widząc prezent. Ona już wie, co to jest. Rzuca mi się na szyję, a ja czuję, jak za kołnierz spływają mi łzy szczęścia. Płacze z radości mimo, że to jest tak mały gest. Tak nic nieznaczący symbol, jakim jest prezent.
Nie rozumiem tego.
Ale to nieważne. Najważniejsze jest to, że się cieszy.
Otwieram oczy, ale nie widzę zasnutego chmurami nieba, tylko biały sufit, po którym żwawo harcują światła z ulicy. Nie wiem, gdzie jestem, ani skąd się tu wziąłem. Rozglądam się i to, co widzę, przyprawia mnie o zawał serca.
Dwie dziewczyny leżące na podłodze, przytulone do siebie. W jednej z nich rozpoznaję Kuro, a w drugiej tę, którą spotkałem w deszczu na błoniach.
Ale uspokajam się. Nie są martwe, ranne, ani nic. Po prostu śpią.
Usiadłem na łóżku i ukryłem twarz w dłoniach.
- Co to było... - szepczę sam do siebie, ale już znam odpowiedź. To były moje wspomnienia. Wspomnienia, które nie wiem czemu, utraciłem. Wiedziałem jednak, kto mi może pomóc. I to do tej osoby właśnie musiałem się udać.
Zennyo Ryuo. Matki Smoków.
niedziela, 16 sierpnia 2015
XV - Thoughts
Leżałem w łóżku, wpatrując się w sufit. Cóż to był za dziwny sen... Mógłbym przysiąc, że odwiedził mnie mój ojciec, ale... Nie. To niemożliwe. Żaden ayakashi nie jest w stanie niepostrzeżenie przedostać się za mury miasta. A co dopiero taki silny...
Usiadłem na łóżku, a potem spuściłem nogi na podłogę. Wciąż byłem sam, nie musiałem się więc obawiać, że zostanę zmuszony, by dalej leżeć. Postanowiłem udać się do Ghose, bo może on będzie w stanie mi wyjaśnić choć część tego, co widziałem we śnie...
Zapukałem do jego gabinetu. Jak zwykle siedział przy biurku i przeglądał jakieś papiery.
- Musimy porozmawiać - powiedziałem bez ogródek, nie siląc się na uprzejmy, formalny ton. - Mam bardzo złe przeczucia... I miałem dziwny sen. Może ty mi wyjaśnisz, co się dzieje...
Mężczyzna wskazał miejsce po drugiej stronie blatu, które bez słowa zająłem, po czym poprosił, bym mu wszystko opowiedział. Zrobiłem to, a jego twarz z każdą chwilą przybierała co raz to bielszą barwę.
- Nie jest dobrze... - szepnął i wstał - Musimy poinformować Eriela! On będzie wiedział, co robić.
- Ale... myślałem, że on nie jest już przewodniczącym Rady.
- Bo nie jest. Jednak tylko on jest w stanie odczytać twoje sny. Będzie wiedział, co Devonant chce zrobić.
Pognaliśmy więc do podziemi gmachu, gdzie swoją samotnię miał były przewodniczący. Nie zobaczyłem silnego, barczystego mężczyzny z mojego snu, lecz już leciwego, wręcz szeleszczącego staruszka, pochylonego nad księgą i jakimiś probówkami. Jego popielate włosy związane były w schludny kucyk, opadający do samych lędźwi. Doznałem szoku. Nie sądziłem, że kami mogą się tak starzeć.
- Erielu - zaczął Ghose - Poświęć nam chwilę. To sprawa wysokiej wagi.
Starzec przeniósł na nas spojrzenie srebrnych oczu, które na mój widok rozszerzyły się i zaiskrzyły. Podszedł do mnie, zaczął oglądać z każdej strony, mruczał pod nosem ciche uwagi, po czym kiwał głową drapiąc się lekko po haczykowatym nosie. Wyprostował się, ujął moją twarz w dłonie i spojrzał mi głęboko w oczy.
- A jednak widać podobieństwo do niej - mruknął, nieco niezadowolony - Myślałem, że uda nam się ukryć twoje powiązanie z nią. Ale przynajmniej nie jesteś podobny do niego.
- Do Devonanta - mruknąłem, a on zesztywniał - Miałem sen. Widziałem, jak nas stworzyłeś. Mnie i Kuro.
Ogarnęła mnie nagła złość, która po chwili jednak wyparowała. Zauważyłem, jak twarz Ghose się zmieniła. Zauważyłem, że był wystraszony. Eriel też wyglądał na zaniepokojonego. Zaciągnął mnie do pobliskiego pomieszczenia, posadził na jakimś fotelu, usiadł naprzeciw i wsparł głowę o ręce, przyglądając mi się uważnie.
- Nie możesz pozwolić, by coś takiego się działo - powiedział poważnie, lecz miękko, niczym dobry i łagodny nauczyciel - Nie wolno ci odłączać emocji, nieważne, jakie by nie były. To one warunkują kontrolę nad elementem chaosu. Musisz być świadom i o tym pamiętać, co by się nie działo. Jeśli to zrobisz podczas walki, możesz być pewien, że genom ayakashi zawładnie nad twoją ludzką częścią. A wtedy nie będzie już powrotu. Staniesz się taki, jak pan fantomów. Gorzej. Staniesz się jego poddanym, cieniem samego siebie, bezmózgą i pozbawioną własnej woli maszyną do zabijania.
- Czy nie o to ci chodziło, gdy tworzyłeś mnie i Kuro? - warknąłem czując, jak moje ciało zajmuje czysta furia - Czy nie broń właśnie chciałeś stworzyć? Żywych super żołnierzy do walki z ayakashi! Musiałeś mieć na uwadze, że nie będziesz mógł do końca nas kontrolować, prawda?
Nim spostrzegłem, trzymałem starca za gardło. Znów opanowała mną żądza mordu. Chciałem zgnieść jego krtań, rozbić czaszkę o mur. Pragnąłem rozszarpać go na kawałki za to, jak przez niego cierpiała Kuro. Jak ja przez niego cierpiałem. Drżałem cały ze złości i szaleństwa.
I usłyszałem ją.
- Zostaw, mój mały. - mówił delikatny głos - Nie możesz się tak złościć. To nieładnie.
Wszystkie moje mięśnie rozluźniły się, wzrok rozmazał, w uszach zaczęło dzwonić. Usłyszałem, jak Eriel się krztusi, klęcząc u moich nóg i łapiąc na nowo oddech, którego nie mógł przeze mnie zaczerpnąć. Co się ze mną działo? Nigdy przecież nie byłem tak agresywny, jak ostatnimi czasy. Czyżby rzeczywiście zawarty we mnie, należący do Devonanta element chaosu przezwyciężał ludzki genom Angeli? Szepnąłem przeprosiny, po czym wybiegłem stamtąd najprędzej, jak tylko mogłem.
Było ciemno, a gwiazdy mrugały już na firmamencie ponad miastem. Leżałem na zboczach usypanych wałów przy rzece Serene, płynącej przez Triron. Zastanawiałem się, jak mogę przezwyciężyć rodzący się we mnie chaos, nieład... Jak mam powstrzymać ten akt zniszczenia, który tworzą moje ręce bez mojej wiedzy i zgody.
- Nie walcz z tym - usłyszałem ten nieprzyjemny chrapliwy głos - Wkrocz w cień i zajmij należne ci miejsce po mojej prawicy. Ten stary pryk Ca'thas nie będzie nam przeszkadzał. W końcu idiota dał się zamknąć w lochach Rady Bogów. Co za szkoda... Jednak razem... ty i ja... możemy zagarnąć jego moc i pozycję dla siebie! Co ty na to, synku?
Uniosłem wzrok i spojrzałem w te nieprzyjemne oczy o pionowej źrenicy. Ziejące nienawiścią do wszystkiego wokół oblicze miało w sobie jednak jakieś drapieżne piękno. Bałem się go. On podszedł i położył dłoń na mojej głowie.
- Zróbmy niespodziankę naszym kolegom z Rady Bogów, hmm?
Usiadłem na łóżku, a potem spuściłem nogi na podłogę. Wciąż byłem sam, nie musiałem się więc obawiać, że zostanę zmuszony, by dalej leżeć. Postanowiłem udać się do Ghose, bo może on będzie w stanie mi wyjaśnić choć część tego, co widziałem we śnie...
Zapukałem do jego gabinetu. Jak zwykle siedział przy biurku i przeglądał jakieś papiery.
- Musimy porozmawiać - powiedziałem bez ogródek, nie siląc się na uprzejmy, formalny ton. - Mam bardzo złe przeczucia... I miałem dziwny sen. Może ty mi wyjaśnisz, co się dzieje...
Mężczyzna wskazał miejsce po drugiej stronie blatu, które bez słowa zająłem, po czym poprosił, bym mu wszystko opowiedział. Zrobiłem to, a jego twarz z każdą chwilą przybierała co raz to bielszą barwę.
- Nie jest dobrze... - szepnął i wstał - Musimy poinformować Eriela! On będzie wiedział, co robić.
- Ale... myślałem, że on nie jest już przewodniczącym Rady.
- Bo nie jest. Jednak tylko on jest w stanie odczytać twoje sny. Będzie wiedział, co Devonant chce zrobić.
Pognaliśmy więc do podziemi gmachu, gdzie swoją samotnię miał były przewodniczący. Nie zobaczyłem silnego, barczystego mężczyzny z mojego snu, lecz już leciwego, wręcz szeleszczącego staruszka, pochylonego nad księgą i jakimiś probówkami. Jego popielate włosy związane były w schludny kucyk, opadający do samych lędźwi. Doznałem szoku. Nie sądziłem, że kami mogą się tak starzeć.
- Erielu - zaczął Ghose - Poświęć nam chwilę. To sprawa wysokiej wagi.
Starzec przeniósł na nas spojrzenie srebrnych oczu, które na mój widok rozszerzyły się i zaiskrzyły. Podszedł do mnie, zaczął oglądać z każdej strony, mruczał pod nosem ciche uwagi, po czym kiwał głową drapiąc się lekko po haczykowatym nosie. Wyprostował się, ujął moją twarz w dłonie i spojrzał mi głęboko w oczy.
- A jednak widać podobieństwo do niej - mruknął, nieco niezadowolony - Myślałem, że uda nam się ukryć twoje powiązanie z nią. Ale przynajmniej nie jesteś podobny do niego.
- Do Devonanta - mruknąłem, a on zesztywniał - Miałem sen. Widziałem, jak nas stworzyłeś. Mnie i Kuro.
Ogarnęła mnie nagła złość, która po chwili jednak wyparowała. Zauważyłem, jak twarz Ghose się zmieniła. Zauważyłem, że był wystraszony. Eriel też wyglądał na zaniepokojonego. Zaciągnął mnie do pobliskiego pomieszczenia, posadził na jakimś fotelu, usiadł naprzeciw i wsparł głowę o ręce, przyglądając mi się uważnie.
- Nie możesz pozwolić, by coś takiego się działo - powiedział poważnie, lecz miękko, niczym dobry i łagodny nauczyciel - Nie wolno ci odłączać emocji, nieważne, jakie by nie były. To one warunkują kontrolę nad elementem chaosu. Musisz być świadom i o tym pamiętać, co by się nie działo. Jeśli to zrobisz podczas walki, możesz być pewien, że genom ayakashi zawładnie nad twoją ludzką częścią. A wtedy nie będzie już powrotu. Staniesz się taki, jak pan fantomów. Gorzej. Staniesz się jego poddanym, cieniem samego siebie, bezmózgą i pozbawioną własnej woli maszyną do zabijania.
- Czy nie o to ci chodziło, gdy tworzyłeś mnie i Kuro? - warknąłem czując, jak moje ciało zajmuje czysta furia - Czy nie broń właśnie chciałeś stworzyć? Żywych super żołnierzy do walki z ayakashi! Musiałeś mieć na uwadze, że nie będziesz mógł do końca nas kontrolować, prawda?
Nim spostrzegłem, trzymałem starca za gardło. Znów opanowała mną żądza mordu. Chciałem zgnieść jego krtań, rozbić czaszkę o mur. Pragnąłem rozszarpać go na kawałki za to, jak przez niego cierpiała Kuro. Jak ja przez niego cierpiałem. Drżałem cały ze złości i szaleństwa.
I usłyszałem ją.
- Zostaw, mój mały. - mówił delikatny głos - Nie możesz się tak złościć. To nieładnie.
Wszystkie moje mięśnie rozluźniły się, wzrok rozmazał, w uszach zaczęło dzwonić. Usłyszałem, jak Eriel się krztusi, klęcząc u moich nóg i łapiąc na nowo oddech, którego nie mógł przeze mnie zaczerpnąć. Co się ze mną działo? Nigdy przecież nie byłem tak agresywny, jak ostatnimi czasy. Czyżby rzeczywiście zawarty we mnie, należący do Devonanta element chaosu przezwyciężał ludzki genom Angeli? Szepnąłem przeprosiny, po czym wybiegłem stamtąd najprędzej, jak tylko mogłem.
Było ciemno, a gwiazdy mrugały już na firmamencie ponad miastem. Leżałem na zboczach usypanych wałów przy rzece Serene, płynącej przez Triron. Zastanawiałem się, jak mogę przezwyciężyć rodzący się we mnie chaos, nieład... Jak mam powstrzymać ten akt zniszczenia, który tworzą moje ręce bez mojej wiedzy i zgody.
- Nie walcz z tym - usłyszałem ten nieprzyjemny chrapliwy głos - Wkrocz w cień i zajmij należne ci miejsce po mojej prawicy. Ten stary pryk Ca'thas nie będzie nam przeszkadzał. W końcu idiota dał się zamknąć w lochach Rady Bogów. Co za szkoda... Jednak razem... ty i ja... możemy zagarnąć jego moc i pozycję dla siebie! Co ty na to, synku?
Uniosłem wzrok i spojrzałem w te nieprzyjemne oczy o pionowej źrenicy. Ziejące nienawiścią do wszystkiego wokół oblicze miało w sobie jednak jakieś drapieżne piękno. Bałem się go. On podszedł i położył dłoń na mojej głowie.
- Zróbmy niespodziankę naszym kolegom z Rady Bogów, hmm?
XIV - Shadows from past
Pisane oczami Shiro
Cisza przytłaczała. Zgniatała, miażdżyła, obracała w pył. Ostatnie co pamiętam... właśnie. Co to było? Wielki, ciemny kształt, chwytający mnie tuż po tym, jak wyszedłem z domu. Czym była ta istota...?
Dzień był upalny, a wychodząc na dwór z chłodnej klatki miało się wrażenie zanurzenia w gorącej zupie. I nagle mrok. Nieprzenikniona niczym ciemność, a chwilę potem jestem w jakimś pełnym wilgoci pomieszczeniu z litego kamienia. A po środku stoi kobieta. Piękna, nie powiem. Długie, kręcone blond włosy, błękitne oczy świecące spod kurtyny jasnej grzywki. W ciągu miesiąca widzę ją już drugi raz, lecz teraz nie boję się. Nie tak jak wtedy, w świecie zjaw, gdy ujrzałem ją ostatnio.
Moja matka.
Stała w białej, prostej sukience, z łagodnym uśmiechem na twarzy.
- Czyli... będzie zdrowy? - szepnęła cicho, patrząc na kogoś stojącego pod ścianą - Mimo mej bezpłodności, on się narodzi i będzie zdrów, tak?
Nie usłyszałem odpowiedzi, ale mama uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Widać jej rozmówca skinął głową.
Wszystko się zmieniło. Pomieszczenie było murowane czerwoną cegłą. W ścianę wpuszczone było coś na kształt ogromnego słoju. A w nim... Dwa maluchy tulące się do siebie. Nie musiałem specjalnie się przyglądać by wiedzieć, kto to... Ja i Kuro... najdziwniejsze jest to, że nie pamiętałem jej. Nie odnajduję jej w żadnym moim wspomnieniu... Ale widać rozwijaliśmy się razem...
W cieniu ujrzałem jedyną osobę, która mogła tu trafić - Eriel, poprzedni przywódca Rady Bogów, prowadzący projekt "Arma Viventem"...
- Jak na stworzenia powstałe z tak skrajnych materiałów genetycznych, rozwijają się doskonale. Zwłaszcza ten młody. Nie sądziłem że tkanki Angeli i Devonanta tak idealnie się połączą. Ale te białe włosy... Nie odziedziczył ich ani po matce, ani po ojcu... W sumie to dobrze, bo nikomu nie przejdzie przez myśl, że ma coś z nimi wspólnego. Ale ona... córka Darel i Birmy... Odziedziczyła po matce włosy i sylwetkę, po ojcu oczy. To problematyczne. Zobaczymy, jak będzie się zachowywała względem innych kami, gdyż mam podejrzenia, że jej charakter będzie sprawiał nam kłopot. O chłopaka się tak nie obawiam. Angela jest osobą spokojną, a i Devonant był jednym z mniej aktywnych ayakashi. Nie dążył aż tak do walk, bitek i konfliktów. Będzie z niego dobry kami.
- Uważasz, że to dobry pomysł, żeby rozwijali się razem? - usłyszałem głos Ghose - Jeśli materiał się wymiesza, mogą mieć miejsce nieprzewidywalne w skutkach komplikacje. Choroby, zwyrodnienia... nic nie wiadomo.
- Nie chcę ich rozdzielać. Narodzili się w tym samym procesie, w tym samym momencie. Ciągnie ich do siebie niczym brata i siostrę. Pragnę aby ich umysły choć odrobinę się ze sobą złączyły. Między nimi musi wytworzyć się więź, dzięki czemu będą w stanie idealnie ze sobą współpracować. Ayakashi nie wybaczają, wiesz o tym, Ghose.
- Tak, panie, jestem tego świadom. Mam jednak nadzieję, że dopóki nie osiągną odpowiedniego wieku, nie wyślesz ich na pole walki...
On uśmiechnął się jedynie, odwrócił się na pięcie i wyszedł z pomieszczenia.
Zostaliśmy rozdzieleni, gdy wyglądaliśmy na mniej więcej 10 lat. Nie wiem, czy w międzyczasie się budziliśmy, czy nie. Widziałem jednak, że mimo, że rozdzieleni, wciąż nas do siebie ciągnęło. Umieszczeni byliśmy w dwóch pojemnikach, stojących koło siebie. Kuro przytulała się do ścianki która była bliżej mnie, a ja do tej, która była bliżej niej. Jak mogli nam to zrobić...? Jak śmieli rozdzielić dwie bratnie dusze, dwie istoty, które jak sami powiedzieli, narodziły się w tym samym momencie, a między nimi miała narodzić się nierozerwalna, braterska więź? Zauważyłem, że Kuro ma otwarte oczy. Położyła dłoń na szklanej ścianie, która nas od siebie odgradzała. Poruszyła ustami, jakby mówiła jakieś słowo. Chwilę potem usłyszałem jej głos w swojej głowie.
- Braciszku.
Jej głos był delikatny i ulotny niczym dźwięk dzwonków na lekkim, wiosennym wietrze. Była taka łagodna, tak mała, że gdyby tylko ją dotknąć, rozpadłaby się na miliony maleńkich kryształowych kawałeczków, niczym porcelanowa lalka... Różniła się strasznie od Kuro, którą znałem teraz. Od tej stanowczej, buntowniczej dziewczyny.
- Braciszku, obudź się!
W tym momencie wszedł Eriel. Gdy ujrzał, że się obudziła, od razu nakazał wypompowanie cieczy, w której się znajdowała i ją zabrał. Patrzyłem ze zgrozą, jak wyciągała małe rączki w moja stronę płacząc, szlochając cichutko za mną, aż w końcu jak okłada tymi łapkami mocne, umięśnione plecy przewodniczącego Rady Bogów.
Było bardzo cicho. Cisza przytłaczała, miażdżyła wszystko, ścierała na pył. Ostatnie co pamiętam to płacz małej dziewczynki odebranej swojemu bratu, nieświadomemu całej sytuacji. Śpiącemu w wielkim naczyniu przypominającym słój.
Gdy otworzyłem oczy zauważyłem, że jestem całkiem sam. Sam, nie licząc wielkiego cienia stojącego w kącie szpitalnego pokoju.
- Teraz już wiesz, kim jesteś, jak powstałeś - odezwał się - Świadom już jesteś tego, z czyjego ciała się narodziłeś.
- Kim jesteś? - szepnąłem, próbując skupić na nim wzrok i przezwyciężając straszny ból głowy.
- Jam jest Devonant. Ojciec cieni, pan fantomów, mrocznych ayakashi. Tak, dobrze pamiętasz. To moje ciało jest w twoim ciele. A teraz, mój synu - podszedł bliżej, ukazując szlachetną twarz okoloną popielatymi włosami - Czas odzyskać co nasze.
sobota, 15 sierpnia 2015
XII - Myself
Shiro wciąż mało się odzywał. Wyglądał tak, jakby go coś trapiło. Nie dziwiłam mu się do końca. To musiało być dość szokujące, dowiedzieć się, że nie jesteś tym, za kogo się uważasz. U mnie wyglądało to inaczej. Od początku wiedziałam, czym jestem. Zawsze byłam traktowana przez moich "opiekunów" jak ktoś gorszy od nich, ohydztwo, zarazę. Nie rozumiałam tego, przecież wyglądałam, żyłam, czułam jak oni.
Byłam bita czasem bez wyraźnego powodu, a w snach nie zaznawałam spokoju bojąc się, że w nocy też nie dadzą mi odpocząć.
Szłam powoli za Shiro, patrząc na jego plecy. Był dobrze zbudowany, jak przystało na chłopaka w jego wieku. Mięśnie szerokich barków wybijały się lekko spod koszulki. Mówił coś do mnie, ale nie słuchałam. Musiał to zauważyć, bo zatrzymał się, obrócił do mnie i zapytał, co mówił.
- N...nie słuchałam - mruknęłam, zakłopotana. Zaraz... czemu byłam taka speszona? Westchnął i zaczął jeszcze raz.
- Zadaniem pomniejszych kami, jak my, jest wykonywanie zadań przydzielonych przez Radę Bogów, instytucję sprawującą zwierzchnictwo nad wszystkimi bóstwami. Czasami, gdy wyżej postawieni w hierarchii nie mogą wykonać z jakichś przyczyn swojego przydziału, spada to na nas.
- Czyli jesteśmy od wykonywania brudnej roboty...? - obruszyłam się - Czy nie powinno panować równouprawnienie bez względu na zajmowany szczebel drabiny...
On tylko wzruszył ramionami. Widać pogodzony był z tym, że jest wyzyskiwany przez wyżej postawionych od niego. Dlaczego się nie postawi? Gdy go o to spytałam, odpowiedział, że właśnie to uwarunkowało jego możliwość życia wśród innych. On był tym spokojnym, podporządkowanym, wykonującym każde zadanie bez słowa sprzeciwu.
- W innych wypadkach jesteśmy wysyłani do walki ze zjawami - kontynuował - Nie jesteśmy co prawda traktowani zbyt dobrze, ale stanowimy coś na kształt straży przedniej, chroniącej to miasto.
Rozejrzałam się uważnie. To prawda. Miasto było piękne - małe, ściśnięte budyneczki z pięknymi krużgankami, balkonami, tarasikami, pełne kwiatów. Urocze miejsce do zamieszkania.
- Gdzie my właściwie idziemy? - mruknęłam. On się tylko uśmiechnął i wszedł w jedną z bram pobliskiej kamieniczki. Gdy weszłam za nim, moim oczom ukazało się całkiem ładnie wykończone podwórze. Ściany otynkowane w jasnym beżu powiększały optycznie ten ciasny skrawek miejsca. Przy wejściu do każdej klatki schodowej stały rabaty z niezapominajkami. Nieco zbyt jasno dla mnie, gdyż preferuję ciemne kolory jak czerń, fiolety, granaty... Weszliśmy do jednej z klatek schodowych, potem na trzecie piętro, drzwi na lewo z numerem 60. Gdy Shiro otworzył drzwi z klucza wyjętego z kieszeni, ukazało nam się małe, lecz przestronne mieszanko. Na wprost był jeden pokój, po prawej kuchnia, a po lewej łazienka.
- Co to ma znaczyć...? - patrzyłam bez zrozumienia.
- Od teraz to jest twoje mieszkanie - powiedział, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.
- No dobrze, ale... mam tu mieszkać sama?
- No. Jeśli wyjrzysz przez okno, widzisz ulicę i podobny budynek na przeciwko - wskazał palcem - Tam mieszkam ja z moją przyjaciółką. Tamto okno.
Jeżeli myślał, że uda mu się mi wcisnąć kit, że to tylko jego przyjaciółka, to się grubo mylił. Widziałam, jak zaiskrzyły mu oczy, gdy tylko o niej wspomniał. Gdy o nią spytałam, nagle posmutniał i szybko zmienił temat.
Shiro... co się dzieje w twojej głowie?
Nie wiedziałam czemu, ale zapragnęłam, aby zwierzył mi się ze wszystkiego. Pragnęłam, aby otworzył się na mnie, zaufał mi. Chciałam... chciałam...
Właśnie... Czego ja właściwie chciałam?
Chyba tak bardzo pragnęłam... nie, potrzebowałam jego uwagi, akceptacji. Potrzebowałam, aby ktoś wreszcie chciał się mną zaopiekować, a nie tylko...
Nie zauważyłam, jak po moich policzkach spływały łzy. Słone krople kapały na podłogę. Shiro spojrzał na mnie, a jego błękitne oczy rozszerzyły się w zdziwieniu. Nie rozumiał, dlaczego płaczę. Ale nie pytał.
Podszedł i mnie objął...
Bez słowa.
Kilka dni zajęło mi zaaklimatyzowanie się w nowym miejscu. Mimo święcących mi w nocy prosto w okna latarni ulicznych, mieszkało się przytulnie i wygodnie. Łóżko miękkie, duże, łazienka mała, ale urządzona tak, że nie czuło się tego kompletnie, kuchnia doskonale wyposażona, dająca wiele możliwości do eksperymentowania z różnymi potrawami.
Któregoś dnia, gdy Shiro przyszedł mnie odwiedzić, zapytałam go, skąd mogę znaleźć przepisy. Zaprowadził mnie więc do księgarni(wcześniej pilnując bym zamknęła drzwi). Przeglądałam najróżniejsze książki, różnych autorów z różnymi składnikami. Sałatki, zupy, desery, dania obiadowe, uroczyste kolacje. Patrząc na zdjęcia ślinka sama leciała z ust. Ze sklepu wyszłam z czterema książkami, a po powrocie zaczęłam pichcić. Mój przybrany brat, bo do takich chyba już stosunków należy to sprowadzać, pomagał mi kroić i obierać warzywa. Po około dwóch godzinach zmagania się z tępymi nożami, udało się wywalczyć całkiem jadalną sałatkę. A Shiro postanowił zanieść trochę swojej przyjaciółce.
Byłam bita czasem bez wyraźnego powodu, a w snach nie zaznawałam spokoju bojąc się, że w nocy też nie dadzą mi odpocząć.
Szłam powoli za Shiro, patrząc na jego plecy. Był dobrze zbudowany, jak przystało na chłopaka w jego wieku. Mięśnie szerokich barków wybijały się lekko spod koszulki. Mówił coś do mnie, ale nie słuchałam. Musiał to zauważyć, bo zatrzymał się, obrócił do mnie i zapytał, co mówił.
- N...nie słuchałam - mruknęłam, zakłopotana. Zaraz... czemu byłam taka speszona? Westchnął i zaczął jeszcze raz.
- Zadaniem pomniejszych kami, jak my, jest wykonywanie zadań przydzielonych przez Radę Bogów, instytucję sprawującą zwierzchnictwo nad wszystkimi bóstwami. Czasami, gdy wyżej postawieni w hierarchii nie mogą wykonać z jakichś przyczyn swojego przydziału, spada to na nas.
- Czyli jesteśmy od wykonywania brudnej roboty...? - obruszyłam się - Czy nie powinno panować równouprawnienie bez względu na zajmowany szczebel drabiny...
On tylko wzruszył ramionami. Widać pogodzony był z tym, że jest wyzyskiwany przez wyżej postawionych od niego. Dlaczego się nie postawi? Gdy go o to spytałam, odpowiedział, że właśnie to uwarunkowało jego możliwość życia wśród innych. On był tym spokojnym, podporządkowanym, wykonującym każde zadanie bez słowa sprzeciwu.
- W innych wypadkach jesteśmy wysyłani do walki ze zjawami - kontynuował - Nie jesteśmy co prawda traktowani zbyt dobrze, ale stanowimy coś na kształt straży przedniej, chroniącej to miasto.
Rozejrzałam się uważnie. To prawda. Miasto było piękne - małe, ściśnięte budyneczki z pięknymi krużgankami, balkonami, tarasikami, pełne kwiatów. Urocze miejsce do zamieszkania.
- Gdzie my właściwie idziemy? - mruknęłam. On się tylko uśmiechnął i wszedł w jedną z bram pobliskiej kamieniczki. Gdy weszłam za nim, moim oczom ukazało się całkiem ładnie wykończone podwórze. Ściany otynkowane w jasnym beżu powiększały optycznie ten ciasny skrawek miejsca. Przy wejściu do każdej klatki schodowej stały rabaty z niezapominajkami. Nieco zbyt jasno dla mnie, gdyż preferuję ciemne kolory jak czerń, fiolety, granaty... Weszliśmy do jednej z klatek schodowych, potem na trzecie piętro, drzwi na lewo z numerem 60. Gdy Shiro otworzył drzwi z klucza wyjętego z kieszeni, ukazało nam się małe, lecz przestronne mieszanko. Na wprost był jeden pokój, po prawej kuchnia, a po lewej łazienka.
- Co to ma znaczyć...? - patrzyłam bez zrozumienia.
- Od teraz to jest twoje mieszkanie - powiedział, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.
- No dobrze, ale... mam tu mieszkać sama?
- No. Jeśli wyjrzysz przez okno, widzisz ulicę i podobny budynek na przeciwko - wskazał palcem - Tam mieszkam ja z moją przyjaciółką. Tamto okno.
Jeżeli myślał, że uda mu się mi wcisnąć kit, że to tylko jego przyjaciółka, to się grubo mylił. Widziałam, jak zaiskrzyły mu oczy, gdy tylko o niej wspomniał. Gdy o nią spytałam, nagle posmutniał i szybko zmienił temat.
Shiro... co się dzieje w twojej głowie?
Nie wiedziałam czemu, ale zapragnęłam, aby zwierzył mi się ze wszystkiego. Pragnęłam, aby otworzył się na mnie, zaufał mi. Chciałam... chciałam...
Właśnie... Czego ja właściwie chciałam?
Chyba tak bardzo pragnęłam... nie, potrzebowałam jego uwagi, akceptacji. Potrzebowałam, aby ktoś wreszcie chciał się mną zaopiekować, a nie tylko...
Nie zauważyłam, jak po moich policzkach spływały łzy. Słone krople kapały na podłogę. Shiro spojrzał na mnie, a jego błękitne oczy rozszerzyły się w zdziwieniu. Nie rozumiał, dlaczego płaczę. Ale nie pytał.
Podszedł i mnie objął...
Bez słowa.
Kilka dni zajęło mi zaaklimatyzowanie się w nowym miejscu. Mimo święcących mi w nocy prosto w okna latarni ulicznych, mieszkało się przytulnie i wygodnie. Łóżko miękkie, duże, łazienka mała, ale urządzona tak, że nie czuło się tego kompletnie, kuchnia doskonale wyposażona, dająca wiele możliwości do eksperymentowania z różnymi potrawami.
Któregoś dnia, gdy Shiro przyszedł mnie odwiedzić, zapytałam go, skąd mogę znaleźć przepisy. Zaprowadził mnie więc do księgarni(wcześniej pilnując bym zamknęła drzwi). Przeglądałam najróżniejsze książki, różnych autorów z różnymi składnikami. Sałatki, zupy, desery, dania obiadowe, uroczyste kolacje. Patrząc na zdjęcia ślinka sama leciała z ust. Ze sklepu wyszłam z czterema książkami, a po powrocie zaczęłam pichcić. Mój przybrany brat, bo do takich chyba już stosunków należy to sprowadzać, pomagał mi kroić i obierać warzywa. Po około dwóch godzinach zmagania się z tępymi nożami, udało się wywalczyć całkiem jadalną sałatkę. A Shiro postanowił zanieść trochę swojej przyjaciółce.
Pisane oczami Shiro
Wszedłem do domu, niosąc pudełko z sałatką. Rin siedziała i czytała jakąś książkę. Wciąż się nie odzywała, a ja czułem, jakby cała radość mojego życia znikała.
Jakbym ja znikał.
Ignorowała mnie, nie odpowiadała na zadane pytania, robiła zakupy tylko dla siebie. Jakby mnie nie było. Tylko przy Kuro czułem, że istnieję.
- Zrobiliśmy z Kuro sałatkę - powiedziałem cicho lecz tak, by na pewno usłyszała. Nie było jednak żadnego odzewu. Serce zapiekło smutkiem, do gardła podjechała gula, a ja poczułem jak coś we mnie pęka. Wszystkie emocje wyparowały, smutek, żal, uczucie samotności... wszystko.
Wyparowało, zniknęło, przestało istnieć.
Pozostała tylko pusta skorupa o imieniu Shiro.
Jakbym ja znikał.
Ignorowała mnie, nie odpowiadała na zadane pytania, robiła zakupy tylko dla siebie. Jakby mnie nie było. Tylko przy Kuro czułem, że istnieję.
- Zrobiliśmy z Kuro sałatkę - powiedziałem cicho lecz tak, by na pewno usłyszała. Nie było jednak żadnego odzewu. Serce zapiekło smutkiem, do gardła podjechała gula, a ja poczułem jak coś we mnie pęka. Wszystkie emocje wyparowały, smutek, żal, uczucie samotności... wszystko.
Wyparowało, zniknęło, przestało istnieć.
Pozostała tylko pusta skorupa o imieniu Shiro.
środa, 12 sierpnia 2015
X - Living Weapon
Chciałem jakoś wynagrodzić Rin ostatnie wydarzenia. Całe to porwanie i te, jakby nie było, dość niecodzienne nowiny... Czułem się dość przez to nieswojo.
Pół ayakashi...
Siedzieliśmy w lodziarni - ona, zajadając sorbet malinowy, a ja popijając mrożoną kawę. Ciągle czułem na sobie jej spojrzenie. Uniosłem wzrok, nasze oczy się spotkały, lecz ona uciekła. Poczułem ukłucie smutku, że moja przyjaciółka nie jest w stanie spojrzeć mi w oczy. Nie wiem... czy jakoś się zmieniłem? Czy miałem już pionowe źrenice charakteryzujące zjawy...?
Westchnąłem i pilnowałem się, by nie spojrzeć jej w oczy... by w ogóle na nią nie patrzeć. Było mi przykro...
Gdy skończyliśmy i zapłaciłem, ruszyliśmy w miasto. Milczałem. Nie miałem ochoty rozmawiać bo wiedziałem, że Rin albo mi nie odpowie, albo coś mruknie, bąknie i będzie unikała rozmowy. A myślałem, że wczoraj wszystko wyjaśniliśmy...
Zacząłem częściej wychodzić z domu, chcąc jak najmniej przebywać w tej ciężkiej i nieprzyjemnej atmosferze. Chodziłem po pobliskim parku, siedziałem na ławce i obserwowałam grupki kami, którzy wyszli spędzić ze sobą czas. Śmiali się. Wydawałoby się, że jeszcze chwilę temu siedziałem tak z Rin... śmialiśmy się przy kubkach pełnych wina jabłkowego, żartowaliśmy w towarzystwie innych naszych zaprzyjaźnionych pomniejszych bóstw... A teraz...
Boi się mnie.
Zastanawiałem się co raz częściej, czy nie byłoby lepiej, gdybym zginął wtedy, w wymiarze ayakashi... Rin nie stałaby się ofiarą Elli... nie byłaby zagrożona. Nie bałaby się mnie.
Zawędrowałem do Rady Bogów, by spotkać się z naszym przełożonym, Ghose. Uśmiechnął się na mój widok, a ja, nie wiedzieć czemu odczułem, że uśmiech ten jest pełen obłudy. Przypomniałem sobie słowa Elli, że ci wszyscy najwyżsi bogowie, przewodniczący Rady, pragną zrobić ze mnie broń przeciwko Ayakashi... Czy i on był w to zamieszany...? Czy mogłem mu ufać?
- Sir, powiedz mi... - szepnąłem postanawiając zaryzykować - Czy może powstać pół ayakashi, pół bóstwo?
Staruszek spojrzał na mnie nieco zdziwiony. Jego złote oczy patrzyły na mnie z niepokojem zza okularów w srebrnej oprawie. Złapał mnie za rękaw i gdzieś pociągnął.
- A więc ci powiedziała - mruknął, prowadząc mnie przez korytarz - Wyjawiła ci tajemnicę Rady. Poprzedni przewodniczący potajemnie prowadził projekt "Arma Viventem", żywa broń... Jego zadaniem było połączyć genom ludzki z genomem ayakashi - element kontrolowany z elementem mocy, zwanym inaczej elementem chaosu... Brałem udział w tym przedsięwzięciu, a moim zadaniem było znaleźć odpowiedniego ludzkiego dawcę. Odnajdowanie odpowiednich dawców wśród zjaw należało do obowiązków Kiliana, przedstawiciela sylfidów - Ghose wprowadził mnie do jakiejś ciemnej komnaty i zaczął przeglądać jakąś księgę - Wybieraliśmy najlepszych kandydatów. Najsilniejsze zjawy i najczystrzych ludzi.
- Najczęściej kobiety... - wtrąciłem, a staruszek zastygł.
- Tak - szepnął - Najczęściej kobiety. A spośród ayakashi wybieraliśmy tych płci męskiej. Jednak nie zmuszaliśmy ich do zbliżenia. Kobiety dobrowolnie dawały nam swoje próbki, a zjawy... cóż. Nie miały nic do powiedzenia.
Stałem i obserwowałem wertującego książkę mężczyznę. Dlaczego mi to właściwie mówił? Co miał na celu udzielając mi tych wszystkich informacji? Gdy go o to spytałem, przeniósł na mnie swoje złote spojrzenie.
- Powstały tylko dwie hybrydy - powiedział cicho - Dwie hybrydy o różnych płciach. Jedną z nich jesteś ty, Shiro.
- A ta dziewczyna?
- Kuro. Jest w tej chwili pod kontrolą Rady Bogów. Ty byłeś na tyle spokojny i stabilny emocjonalnie, że starsi wyrazili zgodę na wypuszczenie cię do ludzi, innych kami. Ona jest twoim dokładnym przeciwieństwem. Agresywna, wybuchowa, impulsywna. Jest zbyt groźna, by ją puścić samopas. Potrzebny jest ktoś, kto pokaże jej drogę. Ktoś, kto pokaże jej, jak nad sobą panować, służyć wyższemu celowi...
- I jak być dobrą bronią przeciwko ayakashi - przerwałem mu - Ella miała jednak rację... Rada chce wykorzystać takich jak ja jako żywą broń, żywą tarczę... tanią siłę do walki ze zjawami... Może i zostałem przez was stworzony, ale ja też czuję, też żyję, też mam marzenia... i osoby, na których mi zależy. Też potrafię kochać.
- I właśnie ta miłość cię wyróżnia, Shiro.
Zacisnąłem pięści. Ta miłość, którą czułem do Rin miała być swoistym napędem popychającym mnie do działania. Miała być motywacją do walki, niszczenia, zabijania zjaw. To ta miłość, sztucznie stworzona przez wyższych bogów, była motorem moich wszystkich dotychczasowych działań, podjętych decyzji...
To wszystko zaczęło mnie przytłaczać. Nie wiedziałem, co myśleć.
Nie byłem zwykłym kami, jak dotąd myślałem. Nie byłem nawet naturalną hybrydą, efektem czegoś podobnego do tego największego uczucia, które może miało szansę zrodzić się między ayakashi a człowiekiem... Nie. Ja byłem efektem próby stworzenia super żołnierza, marionetki, którą można manipulować, jak tylko się zapragnie...
Teraz rozumiałem, dlaczego Rin się mnie tak bała... Gdzieś w środku pewnie czuła, że nie jestem kimś normalnym, że stanowię dla niej zagrożenie...
- Teraz to będzie twoja misja, Shiro - przerwał me rozmyślania Ghose. Poderwałem więc głowę i spojrzałem na niego - Twoją misją będzie przygotowanie Kuro do życia wśród innych kami. Będziesz musiał nauczyć ją naszych zasad, trybu życia.
- Tyle, że obecnie ja sam potrzebuję pomocy...
Na twarzy starca pojawił się niepokój.
- Podczas ostatniego starcia z Ellą straciłem nad sobą panowanie. Niemal ją zabiłem...
Mężczyzna podszedł do mnie, chwycił za ramiona.
- Musisz to kontrolować - potrząsnął mną lekko, jakby pragnąc zbudzić z koszmaru - Jeżeli zabijesz podczas tego stanu, krew cię oszołomi i zatracisz się w mocy ayakashi. Wbrew pozorom twoja natura nie należy do stabilnych. Musisz kontrolować żądzę mordu, krwi! Jeżeli przekroczysz tę granicę, nie będzie dla ciebie ratunku...
Poczułem, jakby ktoś uderzył mnie z całej siły w brzuch. A więc to tak się sprawy miały. Miałem być bronią, ale przy najmniejszym nieposłuszeństwie zostałbym unicestwiony...
Teraz wszystko przedstawiało się zupełnie inaczej...
Pół ayakashi...
Siedzieliśmy w lodziarni - ona, zajadając sorbet malinowy, a ja popijając mrożoną kawę. Ciągle czułem na sobie jej spojrzenie. Uniosłem wzrok, nasze oczy się spotkały, lecz ona uciekła. Poczułem ukłucie smutku, że moja przyjaciółka nie jest w stanie spojrzeć mi w oczy. Nie wiem... czy jakoś się zmieniłem? Czy miałem już pionowe źrenice charakteryzujące zjawy...?
Westchnąłem i pilnowałem się, by nie spojrzeć jej w oczy... by w ogóle na nią nie patrzeć. Było mi przykro...
Gdy skończyliśmy i zapłaciłem, ruszyliśmy w miasto. Milczałem. Nie miałem ochoty rozmawiać bo wiedziałem, że Rin albo mi nie odpowie, albo coś mruknie, bąknie i będzie unikała rozmowy. A myślałem, że wczoraj wszystko wyjaśniliśmy...
Zacząłem częściej wychodzić z domu, chcąc jak najmniej przebywać w tej ciężkiej i nieprzyjemnej atmosferze. Chodziłem po pobliskim parku, siedziałem na ławce i obserwowałam grupki kami, którzy wyszli spędzić ze sobą czas. Śmiali się. Wydawałoby się, że jeszcze chwilę temu siedziałem tak z Rin... śmialiśmy się przy kubkach pełnych wina jabłkowego, żartowaliśmy w towarzystwie innych naszych zaprzyjaźnionych pomniejszych bóstw... A teraz...
Boi się mnie.
Zastanawiałem się co raz częściej, czy nie byłoby lepiej, gdybym zginął wtedy, w wymiarze ayakashi... Rin nie stałaby się ofiarą Elli... nie byłaby zagrożona. Nie bałaby się mnie.
Zawędrowałem do Rady Bogów, by spotkać się z naszym przełożonym, Ghose. Uśmiechnął się na mój widok, a ja, nie wiedzieć czemu odczułem, że uśmiech ten jest pełen obłudy. Przypomniałem sobie słowa Elli, że ci wszyscy najwyżsi bogowie, przewodniczący Rady, pragną zrobić ze mnie broń przeciwko Ayakashi... Czy i on był w to zamieszany...? Czy mogłem mu ufać?
- Sir, powiedz mi... - szepnąłem postanawiając zaryzykować - Czy może powstać pół ayakashi, pół bóstwo?
Staruszek spojrzał na mnie nieco zdziwiony. Jego złote oczy patrzyły na mnie z niepokojem zza okularów w srebrnej oprawie. Złapał mnie za rękaw i gdzieś pociągnął.
- A więc ci powiedziała - mruknął, prowadząc mnie przez korytarz - Wyjawiła ci tajemnicę Rady. Poprzedni przewodniczący potajemnie prowadził projekt "Arma Viventem", żywa broń... Jego zadaniem było połączyć genom ludzki z genomem ayakashi - element kontrolowany z elementem mocy, zwanym inaczej elementem chaosu... Brałem udział w tym przedsięwzięciu, a moim zadaniem było znaleźć odpowiedniego ludzkiego dawcę. Odnajdowanie odpowiednich dawców wśród zjaw należało do obowiązków Kiliana, przedstawiciela sylfidów - Ghose wprowadził mnie do jakiejś ciemnej komnaty i zaczął przeglądać jakąś księgę - Wybieraliśmy najlepszych kandydatów. Najsilniejsze zjawy i najczystrzych ludzi.
- Najczęściej kobiety... - wtrąciłem, a staruszek zastygł.
- Tak - szepnął - Najczęściej kobiety. A spośród ayakashi wybieraliśmy tych płci męskiej. Jednak nie zmuszaliśmy ich do zbliżenia. Kobiety dobrowolnie dawały nam swoje próbki, a zjawy... cóż. Nie miały nic do powiedzenia.
Stałem i obserwowałem wertującego książkę mężczyznę. Dlaczego mi to właściwie mówił? Co miał na celu udzielając mi tych wszystkich informacji? Gdy go o to spytałem, przeniósł na mnie swoje złote spojrzenie.
- Powstały tylko dwie hybrydy - powiedział cicho - Dwie hybrydy o różnych płciach. Jedną z nich jesteś ty, Shiro.
- A ta dziewczyna?
- Kuro. Jest w tej chwili pod kontrolą Rady Bogów. Ty byłeś na tyle spokojny i stabilny emocjonalnie, że starsi wyrazili zgodę na wypuszczenie cię do ludzi, innych kami. Ona jest twoim dokładnym przeciwieństwem. Agresywna, wybuchowa, impulsywna. Jest zbyt groźna, by ją puścić samopas. Potrzebny jest ktoś, kto pokaże jej drogę. Ktoś, kto pokaże jej, jak nad sobą panować, służyć wyższemu celowi...
- I jak być dobrą bronią przeciwko ayakashi - przerwałem mu - Ella miała jednak rację... Rada chce wykorzystać takich jak ja jako żywą broń, żywą tarczę... tanią siłę do walki ze zjawami... Może i zostałem przez was stworzony, ale ja też czuję, też żyję, też mam marzenia... i osoby, na których mi zależy. Też potrafię kochać.
- I właśnie ta miłość cię wyróżnia, Shiro.
Zacisnąłem pięści. Ta miłość, którą czułem do Rin miała być swoistym napędem popychającym mnie do działania. Miała być motywacją do walki, niszczenia, zabijania zjaw. To ta miłość, sztucznie stworzona przez wyższych bogów, była motorem moich wszystkich dotychczasowych działań, podjętych decyzji...
To wszystko zaczęło mnie przytłaczać. Nie wiedziałem, co myśleć.
Nie byłem zwykłym kami, jak dotąd myślałem. Nie byłem nawet naturalną hybrydą, efektem czegoś podobnego do tego największego uczucia, które może miało szansę zrodzić się między ayakashi a człowiekiem... Nie. Ja byłem efektem próby stworzenia super żołnierza, marionetki, którą można manipulować, jak tylko się zapragnie...
Teraz rozumiałem, dlaczego Rin się mnie tak bała... Gdzieś w środku pewnie czuła, że nie jestem kimś normalnym, że stanowię dla niej zagrożenie...
- Teraz to będzie twoja misja, Shiro - przerwał me rozmyślania Ghose. Poderwałem więc głowę i spojrzałem na niego - Twoją misją będzie przygotowanie Kuro do życia wśród innych kami. Będziesz musiał nauczyć ją naszych zasad, trybu życia.
- Tyle, że obecnie ja sam potrzebuję pomocy...
Na twarzy starca pojawił się niepokój.
- Podczas ostatniego starcia z Ellą straciłem nad sobą panowanie. Niemal ją zabiłem...
Mężczyzna podszedł do mnie, chwycił za ramiona.
- Musisz to kontrolować - potrząsnął mną lekko, jakby pragnąc zbudzić z koszmaru - Jeżeli zabijesz podczas tego stanu, krew cię oszołomi i zatracisz się w mocy ayakashi. Wbrew pozorom twoja natura nie należy do stabilnych. Musisz kontrolować żądzę mordu, krwi! Jeżeli przekroczysz tę granicę, nie będzie dla ciebie ratunku...
Poczułem, jakby ktoś uderzył mnie z całej siły w brzuch. A więc to tak się sprawy miały. Miałem być bronią, ale przy najmniejszym nieposłuszeństwie zostałbym unicestwiony...
Teraz wszystko przedstawiało się zupełnie inaczej...
poniedziałek, 10 sierpnia 2015
IX - Truth pt II
Ayakashi stała przy Rin, przytykając jej nóż do gardła. Musiałem coś szybko wymyślić, inaczej moja przyjaciółka mogła stracić życie... Zaciskałem bezwiednie pięści na rękojeści mojego miecza.
- Nawet o tym nie myśl - powiedziała zjawa - Jeśli dobędziesz miecza, zabiję ją.
Szczerzyła się do mnie w upiornym uśmiechu osoby o pomieszanych zmysłach. Szare, przerażające oczy skrzyły się niebezpiecznie, przenosząc się to na trzymany przez nią sztylet, no na mnie. Obserwowała uważnie moje reakcje, moje ruchy, każde spięcie mięśni. Czekała najmniejszą oznakę z mojej strony, że zamierzam zaatakować. Wtedy zabije Rin.
Myśl, Sudba, myśl!
Zgrzytnąłem nerwowo zębami, a ona się wyszczerzyła.
- Co... zdenerwowany? - zakpiła - Jak to jest być w sytuacji bez wyjścia? Jak to jest wiedzieć, że najmniejszy błąd będzie kosztował twoją przyjaciółeczkę życie? Dasz radę żyć bez swojej drugiej połówki?
Jej śmiech ranił uszy. Był ostry niczym kawałki szkła wbijające się w bębenki...
- Czego ty w ogóle ode mnie chcesz? - wycedziłem już porządnie zirytowany, na co ona się zaśmiała jeszcze głośniej - Kim ty jesteś?
- Ach, no tak - zamyśliła się - Nawet ci się nie przedstawiłam! Gdzie są moje maniery - wyszczerzyła się w parodii uśmiechu i wolną dłonią odgarnęła włosy z czoła - Jestem Ella. Córka Ca'thasa, króla zjaw.
Przełknąłem ślinę. Aleśmy się wpakowali... Całą siłą woli powstrzymywałem ciało od drżenia ze strachu. Nie wiedziałem, czy dziewczyna widzi moje starania w zachowaniu spokoju. Jej oczy iskrzyły się złowrogo, szaleńczo.
- A co do moich planów... - uśmiechnęła się słodko - Chcę uwolnić ojca.
- Nie pomogę ci w tym!
Przycisnęła mocniej sztylet do gardła Rin, zadając nieme pytanie - jesteś pewien, że nie będziesz współpracował. Trząsłem się ze złości, bezsilności i strachu... Nawet nie o siebie, tylko o nią... o moją przyjaciółkę i w tej chwili jedyną mi bliską osobę.
Zamknąłem oczy. Myśl.
Jeśli jesteś w połowie zjawą, to powinienem móc wykorzystać choć część ich umiejętności. Siłę umysłu. Nadludzką zręczność, szybkość... Skup się Sudba... nie... nie Sudba. Shiro! Skup się, poznaj na nowo swe ciało, umiejętności, możliwości. Naucz się tego, czego dotąd nie znałeś. Uderz. Tnij. Rozszarp.
Zabij.
W mgnieniu oka stoję koło Elli, przytykając jej ostrze miecza do klatki piersiowej. Wciąż mam zamknięte oczy, ale doskonale wiem, co gdzie się znajduje. Wyczuwam to. Słyszę jak serce Fatum tłucze się w piersi, pełne przerażenia, napędzane ogromną dawką adrenaliny.
Uratuję ją.
- Wypuść moją przyjaciółkę - wycedziłem, wściekły, drżąc cały od rozpierającej mnie fali gniewu i nienawiści - Puść ją, albo cię zniszczę.
Sztylet wypał z jej ręki. Spojrzałem na nią i kazałem jej odsunąć się od Rin. Ciągle mierząc ją wzrokiem, zmuszałem by się odsunęła, popychając końcem ostrza jej klatkę piersiową. Na twarzy widniał strach, oczy, do tej pory pełne kpiny i pewności siebie, teraz zmatowiały, biegały wokół, jakby szukając drogi ucieczki. Ale żadnej nie było. Przyparłem ją do ściany, przycisnąłem nieco mocniej miecz do jej ciała i poczułem dziwne uczucie. Krew szumiała mi w głowie, zmysły się wyostrzyły. Czułem zapach jej potu... chociaż nie. To była woń strachu. Czystego przerażenia, które dodawało mi sił. Pragnąłem, by cierpiała, bała się, błagała o litość. Błagała o życie.
To była chęć mordu.
- No dalej - szepnęła Ella - Zabij mnie. Udowodnij, że jesteś taki, jak ja. Udowodnij, że płynie w tobie krew ayakashi! Daj się ponieść żądzy krwi!
Odrzuciłem miecz i jedyne co zrobiłem, to uderzyłem ją z całej siły prawym sierpowym w policzek. Wiele mnie kosztowało pohamowanie tych przerażających mnie instynktów, ale wiedziałem, że jeśli się nie opanuję, nie będę już sobą. Nie będę niższym kami, który służy Radzie Bogów... stanę się machiną do zabijania, czymś, co sam miałem tępić.
Ayakashi. Zjawą.. a może już demonem.
Rin milczała. Siedzieliśmy w naszym mieszkanku. Ella trafiła do lochów w gmachu Rady, a mimo to wciąż czułem słodki zapach jej przerażenia...
Spojrzałem na przyjaciółkę. Leżała w łóżku, owinięta szczelnie kołdrą. Nie wiedziałem, czy się mnie bała, czy była w szoku... czy może już mnie nienawidziła...
- Rin... - szepnąłem, lecz odpowiedziała mi cisza - Nic nie wiedziałem o tym, że jestem w połowie zjawą... Nie ukrywałem nic przed tobą...
Spuściłem głowę i zamilkłem. Nie chciałem pogarszać sytuacji, która i tak była już nieciekawa.
- Przepraszam...
Nie chciałem nic więcej już mówić. Siedziałem więc skulony na parapecie okna i w ciszy oglądałem obrazy dnia codziennego miasta... Nawet nie zauważyłem, kiedy zasnąłem.
Obudziłem się w łóżku, niesamowicie zdziwiony. Gdy otworzyłem oczy, zauważyłem, że koło mnie leży Rin, wtulając się we mnie i łkając mi cicho w pierś. Położyłem jej delikatnie dłoń na głowie i zacząłem głaskać, uspokajając i szepcząc przy tym cicho.
- Nie rób tak więcej - wyszlochała - Nie strasz mnie... i nie zostawiaj. Boję się ciebie stracić... ale boję się też, że do końca upodobnisz się do zjaw. Wtedy musiałabym cię zabić... a wiesz, że nie byłabym w stanie tego zrobić.
Pokiwałem tylko głową i przytuliłem ją mocniej. Ważne, abym nauczył się to kontrolować... ale do tego potrzebuję pomocy.
Tylko kto mi jej udzieli?
- Nawet o tym nie myśl - powiedziała zjawa - Jeśli dobędziesz miecza, zabiję ją.
Szczerzyła się do mnie w upiornym uśmiechu osoby o pomieszanych zmysłach. Szare, przerażające oczy skrzyły się niebezpiecznie, przenosząc się to na trzymany przez nią sztylet, no na mnie. Obserwowała uważnie moje reakcje, moje ruchy, każde spięcie mięśni. Czekała najmniejszą oznakę z mojej strony, że zamierzam zaatakować. Wtedy zabije Rin.
Myśl, Sudba, myśl!
Zgrzytnąłem nerwowo zębami, a ona się wyszczerzyła.
- Co... zdenerwowany? - zakpiła - Jak to jest być w sytuacji bez wyjścia? Jak to jest wiedzieć, że najmniejszy błąd będzie kosztował twoją przyjaciółeczkę życie? Dasz radę żyć bez swojej drugiej połówki?
Jej śmiech ranił uszy. Był ostry niczym kawałki szkła wbijające się w bębenki...
- Czego ty w ogóle ode mnie chcesz? - wycedziłem już porządnie zirytowany, na co ona się zaśmiała jeszcze głośniej - Kim ty jesteś?
- Ach, no tak - zamyśliła się - Nawet ci się nie przedstawiłam! Gdzie są moje maniery - wyszczerzyła się w parodii uśmiechu i wolną dłonią odgarnęła włosy z czoła - Jestem Ella. Córka Ca'thasa, króla zjaw.
Przełknąłem ślinę. Aleśmy się wpakowali... Całą siłą woli powstrzymywałem ciało od drżenia ze strachu. Nie wiedziałem, czy dziewczyna widzi moje starania w zachowaniu spokoju. Jej oczy iskrzyły się złowrogo, szaleńczo.
- A co do moich planów... - uśmiechnęła się słodko - Chcę uwolnić ojca.
- Nie pomogę ci w tym!
Przycisnęła mocniej sztylet do gardła Rin, zadając nieme pytanie - jesteś pewien, że nie będziesz współpracował. Trząsłem się ze złości, bezsilności i strachu... Nawet nie o siebie, tylko o nią... o moją przyjaciółkę i w tej chwili jedyną mi bliską osobę.
Zamknąłem oczy. Myśl.
Jeśli jesteś w połowie zjawą, to powinienem móc wykorzystać choć część ich umiejętności. Siłę umysłu. Nadludzką zręczność, szybkość... Skup się Sudba... nie... nie Sudba. Shiro! Skup się, poznaj na nowo swe ciało, umiejętności, możliwości. Naucz się tego, czego dotąd nie znałeś. Uderz. Tnij. Rozszarp.
Zabij.
W mgnieniu oka stoję koło Elli, przytykając jej ostrze miecza do klatki piersiowej. Wciąż mam zamknięte oczy, ale doskonale wiem, co gdzie się znajduje. Wyczuwam to. Słyszę jak serce Fatum tłucze się w piersi, pełne przerażenia, napędzane ogromną dawką adrenaliny.
Uratuję ją.
- Wypuść moją przyjaciółkę - wycedziłem, wściekły, drżąc cały od rozpierającej mnie fali gniewu i nienawiści - Puść ją, albo cię zniszczę.
Sztylet wypał z jej ręki. Spojrzałem na nią i kazałem jej odsunąć się od Rin. Ciągle mierząc ją wzrokiem, zmuszałem by się odsunęła, popychając końcem ostrza jej klatkę piersiową. Na twarzy widniał strach, oczy, do tej pory pełne kpiny i pewności siebie, teraz zmatowiały, biegały wokół, jakby szukając drogi ucieczki. Ale żadnej nie było. Przyparłem ją do ściany, przycisnąłem nieco mocniej miecz do jej ciała i poczułem dziwne uczucie. Krew szumiała mi w głowie, zmysły się wyostrzyły. Czułem zapach jej potu... chociaż nie. To była woń strachu. Czystego przerażenia, które dodawało mi sił. Pragnąłem, by cierpiała, bała się, błagała o litość. Błagała o życie.
To była chęć mordu.
- No dalej - szepnęła Ella - Zabij mnie. Udowodnij, że jesteś taki, jak ja. Udowodnij, że płynie w tobie krew ayakashi! Daj się ponieść żądzy krwi!
Odrzuciłem miecz i jedyne co zrobiłem, to uderzyłem ją z całej siły prawym sierpowym w policzek. Wiele mnie kosztowało pohamowanie tych przerażających mnie instynktów, ale wiedziałem, że jeśli się nie opanuję, nie będę już sobą. Nie będę niższym kami, który służy Radzie Bogów... stanę się machiną do zabijania, czymś, co sam miałem tępić.
Ayakashi. Zjawą.. a może już demonem.
Rin milczała. Siedzieliśmy w naszym mieszkanku. Ella trafiła do lochów w gmachu Rady, a mimo to wciąż czułem słodki zapach jej przerażenia...
Spojrzałem na przyjaciółkę. Leżała w łóżku, owinięta szczelnie kołdrą. Nie wiedziałem, czy się mnie bała, czy była w szoku... czy może już mnie nienawidziła...
- Rin... - szepnąłem, lecz odpowiedziała mi cisza - Nic nie wiedziałem o tym, że jestem w połowie zjawą... Nie ukrywałem nic przed tobą...
Spuściłem głowę i zamilkłem. Nie chciałem pogarszać sytuacji, która i tak była już nieciekawa.
- Przepraszam...
Nie chciałem nic więcej już mówić. Siedziałem więc skulony na parapecie okna i w ciszy oglądałem obrazy dnia codziennego miasta... Nawet nie zauważyłem, kiedy zasnąłem.
Obudziłem się w łóżku, niesamowicie zdziwiony. Gdy otworzyłem oczy, zauważyłem, że koło mnie leży Rin, wtulając się we mnie i łkając mi cicho w pierś. Położyłem jej delikatnie dłoń na głowie i zacząłem głaskać, uspokajając i szepcząc przy tym cicho.
- Nie rób tak więcej - wyszlochała - Nie strasz mnie... i nie zostawiaj. Boję się ciebie stracić... ale boję się też, że do końca upodobnisz się do zjaw. Wtedy musiałabym cię zabić... a wiesz, że nie byłabym w stanie tego zrobić.
Pokiwałem tylko głową i przytuliłem ją mocniej. Ważne, abym nauczył się to kontrolować... ale do tego potrzebuję pomocy.
Tylko kto mi jej udzieli?
Subskrybuj:
Posty (Atom)