sobota, 15 sierpnia 2015

XII - Myself

   Shiro wciąż mało się odzywał. Wyglądał tak, jakby go coś trapiło. Nie dziwiłam mu się do końca. To musiało być dość szokujące, dowiedzieć się, że nie jesteś tym, za kogo się uważasz. U mnie wyglądało to inaczej. Od początku wiedziałam, czym jestem. Zawsze byłam traktowana przez moich "opiekunów" jak ktoś gorszy od nich, ohydztwo, zarazę. Nie rozumiałam tego, przecież wyglądałam, żyłam, czułam jak oni.
Byłam bita czasem bez wyraźnego powodu, a w snach nie zaznawałam spokoju bojąc się, że w nocy też nie dadzą mi odpocząć.
Szłam powoli za Shiro, patrząc na jego plecy. Był dobrze zbudowany, jak przystało na chłopaka w jego wieku. Mięśnie szerokich barków wybijały się lekko spod koszulki. Mówił coś do mnie, ale nie słuchałam. Musiał to zauważyć, bo zatrzymał się, obrócił do mnie i zapytał, co mówił.
- N...nie słuchałam - mruknęłam, zakłopotana. Zaraz... czemu byłam taka speszona? Westchnął i zaczął jeszcze raz.
- Zadaniem pomniejszych kami, jak my, jest wykonywanie zadań przydzielonych przez Radę Bogów, instytucję sprawującą zwierzchnictwo nad wszystkimi bóstwami. Czasami, gdy wyżej postawieni w hierarchii nie mogą wykonać z jakichś przyczyn swojego przydziału, spada to na nas.
- Czyli jesteśmy od wykonywania brudnej roboty...? - obruszyłam się - Czy nie powinno panować równouprawnienie bez względu na zajmowany szczebel drabiny...
On tylko wzruszył ramionami. Widać pogodzony był z tym, że jest wyzyskiwany przez wyżej postawionych od niego. Dlaczego się nie postawi? Gdy go o to spytałam, odpowiedział, że właśnie to uwarunkowało jego możliwość życia wśród innych. On był tym spokojnym, podporządkowanym, wykonującym każde zadanie bez słowa sprzeciwu.
- W innych wypadkach jesteśmy wysyłani do walki ze zjawami - kontynuował - Nie jesteśmy co prawda traktowani zbyt dobrze, ale stanowimy coś na kształt straży przedniej, chroniącej to miasto.
Rozejrzałam się uważnie. To prawda. Miasto było piękne - małe, ściśnięte budyneczki z pięknymi krużgankami, balkonami, tarasikami, pełne kwiatów. Urocze miejsce do zamieszkania.
- Gdzie my właściwie idziemy? - mruknęłam. On się tylko uśmiechnął i wszedł w jedną z bram pobliskiej kamieniczki. Gdy weszłam za nim, moim oczom ukazało się całkiem ładnie wykończone podwórze. Ściany otynkowane w jasnym beżu powiększały optycznie ten ciasny skrawek miejsca. Przy wejściu do każdej klatki schodowej stały rabaty z niezapominajkami. Nieco zbyt jasno dla mnie, gdyż preferuję ciemne kolory jak czerń, fiolety, granaty... Weszliśmy do jednej z klatek schodowych, potem na trzecie piętro, drzwi na lewo z numerem 60. Gdy Shiro otworzył drzwi z klucza wyjętego z kieszeni, ukazało nam się małe, lecz przestronne mieszanko. Na wprost był jeden pokój, po prawej kuchnia, a po lewej łazienka.
- Co to ma znaczyć...? - patrzyłam bez zrozumienia.
- Od teraz to jest twoje mieszkanie - powiedział, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.
- No dobrze, ale... mam tu mieszkać sama?
- No. Jeśli wyjrzysz przez okno, widzisz ulicę i podobny budynek na przeciwko - wskazał palcem - Tam mieszkam ja z moją przyjaciółką. Tamto okno.
Jeżeli myślał, że uda mu się mi wcisnąć kit, że to tylko jego przyjaciółka, to się grubo mylił. Widziałam, jak zaiskrzyły mu oczy, gdy tylko o niej wspomniał. Gdy o nią spytałam, nagle posmutniał i szybko zmienił temat.
Shiro... co się dzieje w twojej głowie?
Nie wiedziałam czemu, ale zapragnęłam, aby zwierzył mi się ze wszystkiego. Pragnęłam, aby otworzył się na mnie, zaufał mi. Chciałam... chciałam...
Właśnie... Czego ja właściwie chciałam?
Chyba tak bardzo pragnęłam... nie, potrzebowałam jego uwagi, akceptacji. Potrzebowałam, aby ktoś wreszcie chciał się mną zaopiekować, a nie tylko...
Nie zauważyłam, jak po moich policzkach spływały łzy. Słone krople kapały na podłogę. Shiro spojrzał na mnie, a jego błękitne oczy rozszerzyły się w zdziwieniu. Nie rozumiał, dlaczego płaczę. Ale nie pytał.
Podszedł i mnie objął...
Bez słowa.
   Kilka dni zajęło mi zaaklimatyzowanie się w nowym miejscu. Mimo święcących mi w nocy prosto w okna latarni ulicznych, mieszkało się przytulnie i wygodnie. Łóżko miękkie, duże, łazienka mała, ale urządzona tak, że nie czuło się tego kompletnie, kuchnia doskonale wyposażona, dająca wiele możliwości do eksperymentowania z różnymi potrawami.
Któregoś dnia, gdy Shiro przyszedł mnie odwiedzić, zapytałam go, skąd mogę znaleźć przepisy. Zaprowadził mnie więc do księgarni(wcześniej pilnując bym zamknęła drzwi). Przeglądałam najróżniejsze książki, różnych autorów z różnymi składnikami. Sałatki, zupy, desery, dania obiadowe, uroczyste kolacje. Patrząc na zdjęcia ślinka sama leciała z ust. Ze sklepu wyszłam z czterema książkami, a po powrocie zaczęłam pichcić. Mój przybrany brat, bo do takich chyba już stosunków należy to sprowadzać, pomagał mi kroić i obierać warzywa. Po około dwóch godzinach zmagania się z tępymi nożami, udało się wywalczyć całkiem jadalną sałatkę. A Shiro postanowił zanieść trochę swojej przyjaciółce.

Pisane oczami Shiro

   Wszedłem do domu, niosąc pudełko z sałatką. Rin siedziała i czytała jakąś książkę. Wciąż się nie odzywała, a ja czułem, jakby cała radość mojego życia znikała.
Jakbym ja znikał.
Ignorowała mnie, nie odpowiadała na zadane pytania, robiła zakupy tylko dla siebie. Jakby mnie nie było. Tylko przy Kuro czułem, że istnieję.
- Zrobiliśmy z Kuro sałatkę - powiedziałem cicho lecz tak, by na pewno usłyszała. Nie było jednak żadnego odzewu. Serce zapiekło smutkiem, do gardła podjechała gula, a ja poczułem jak coś we mnie pęka. Wszystkie emocje wyparowały, smutek, żal, uczucie samotności... wszystko.
Wyparowało, zniknęło, przestało istnieć.
Pozostała tylko pusta skorupa o imieniu Shiro.

1 komentarz:

  1. Nic dodać nic ująć.Piękne .Właśnie spłynęła mi łza po policzku.

    OdpowiedzUsuń