Leżałem w łóżku, wpatrując się w sufit. Cóż to był za dziwny sen... Mógłbym przysiąc, że odwiedził mnie mój ojciec, ale... Nie. To niemożliwe. Żaden ayakashi nie jest w stanie niepostrzeżenie przedostać się za mury miasta. A co dopiero taki silny...
Usiadłem na łóżku, a potem spuściłem nogi na podłogę. Wciąż byłem sam, nie musiałem się więc obawiać, że zostanę zmuszony, by dalej leżeć. Postanowiłem udać się do Ghose, bo może on będzie w stanie mi wyjaśnić choć część tego, co widziałem we śnie...
Zapukałem do jego gabinetu. Jak zwykle siedział przy biurku i przeglądał jakieś papiery.
- Musimy porozmawiać - powiedziałem bez ogródek, nie siląc się na uprzejmy, formalny ton. - Mam bardzo złe przeczucia... I miałem dziwny sen. Może ty mi wyjaśnisz, co się dzieje...
Mężczyzna wskazał miejsce po drugiej stronie blatu, które bez słowa zająłem, po czym poprosił, bym mu wszystko opowiedział. Zrobiłem to, a jego twarz z każdą chwilą przybierała co raz to bielszą barwę.
- Nie jest dobrze... - szepnął i wstał - Musimy poinformować Eriela! On będzie wiedział, co robić.
- Ale... myślałem, że on nie jest już przewodniczącym Rady.
- Bo nie jest. Jednak tylko on jest w stanie odczytać twoje sny. Będzie wiedział, co Devonant chce zrobić.
Pognaliśmy więc do podziemi gmachu, gdzie swoją samotnię miał były przewodniczący. Nie zobaczyłem silnego, barczystego mężczyzny z mojego snu, lecz już leciwego, wręcz szeleszczącego staruszka, pochylonego nad księgą i jakimiś probówkami. Jego popielate włosy związane były w schludny kucyk, opadający do samych lędźwi. Doznałem szoku. Nie sądziłem, że kami mogą się tak starzeć.
- Erielu - zaczął Ghose - Poświęć nam chwilę. To sprawa wysokiej wagi.
Starzec przeniósł na nas spojrzenie srebrnych oczu, które na mój widok rozszerzyły się i zaiskrzyły. Podszedł do mnie, zaczął oglądać z każdej strony, mruczał pod nosem ciche uwagi, po czym kiwał głową drapiąc się lekko po haczykowatym nosie. Wyprostował się, ujął moją twarz w dłonie i spojrzał mi głęboko w oczy.
- A jednak widać podobieństwo do niej - mruknął, nieco niezadowolony - Myślałem, że uda nam się ukryć twoje powiązanie z nią. Ale przynajmniej nie jesteś podobny do niego.
- Do Devonanta - mruknąłem, a on zesztywniał - Miałem sen. Widziałem, jak nas stworzyłeś. Mnie i Kuro.
Ogarnęła mnie nagła złość, która po chwili jednak wyparowała. Zauważyłem, jak twarz Ghose się zmieniła. Zauważyłem, że był wystraszony. Eriel też wyglądał na zaniepokojonego. Zaciągnął mnie do pobliskiego pomieszczenia, posadził na jakimś fotelu, usiadł naprzeciw i wsparł głowę o ręce, przyglądając mi się uważnie.
- Nie możesz pozwolić, by coś takiego się działo - powiedział poważnie, lecz miękko, niczym dobry i łagodny nauczyciel - Nie wolno ci odłączać emocji, nieważne, jakie by nie były. To one warunkują kontrolę nad elementem chaosu. Musisz być świadom i o tym pamiętać, co by się nie działo. Jeśli to zrobisz podczas walki, możesz być pewien, że genom ayakashi zawładnie nad twoją ludzką częścią. A wtedy nie będzie już powrotu. Staniesz się taki, jak pan fantomów. Gorzej. Staniesz się jego poddanym, cieniem samego siebie, bezmózgą i pozbawioną własnej woli maszyną do zabijania.
- Czy nie o to ci chodziło, gdy tworzyłeś mnie i Kuro? - warknąłem czując, jak moje ciało zajmuje czysta furia - Czy nie broń właśnie chciałeś stworzyć? Żywych super żołnierzy do walki z ayakashi! Musiałeś mieć na uwadze, że nie będziesz mógł do końca nas kontrolować, prawda?
Nim spostrzegłem, trzymałem starca za gardło. Znów opanowała mną żądza mordu. Chciałem zgnieść jego krtań, rozbić czaszkę o mur. Pragnąłem rozszarpać go na kawałki za to, jak przez niego cierpiała Kuro. Jak ja przez niego cierpiałem. Drżałem cały ze złości i szaleństwa.
I usłyszałem ją.
- Zostaw, mój mały. - mówił delikatny głos - Nie możesz się tak złościć. To nieładnie.
Wszystkie moje mięśnie rozluźniły się, wzrok rozmazał, w uszach zaczęło dzwonić. Usłyszałem, jak Eriel się krztusi, klęcząc u moich nóg i łapiąc na nowo oddech, którego nie mógł przeze mnie zaczerpnąć. Co się ze mną działo? Nigdy przecież nie byłem tak agresywny, jak ostatnimi czasy. Czyżby rzeczywiście zawarty we mnie, należący do Devonanta element chaosu przezwyciężał ludzki genom Angeli? Szepnąłem przeprosiny, po czym wybiegłem stamtąd najprędzej, jak tylko mogłem.
Było ciemno, a gwiazdy mrugały już na firmamencie ponad miastem. Leżałem na zboczach usypanych wałów przy rzece Serene, płynącej przez Triron. Zastanawiałem się, jak mogę przezwyciężyć rodzący się we mnie chaos, nieład... Jak mam powstrzymać ten akt zniszczenia, który tworzą moje ręce bez mojej wiedzy i zgody.
- Nie walcz z tym - usłyszałem ten nieprzyjemny chrapliwy głos - Wkrocz w cień i zajmij należne ci miejsce po mojej prawicy. Ten stary pryk Ca'thas nie będzie nam przeszkadzał. W końcu idiota dał się zamknąć w lochach Rady Bogów. Co za szkoda... Jednak razem... ty i ja... możemy zagarnąć jego moc i pozycję dla siebie! Co ty na to, synku?
Uniosłem wzrok i spojrzałem w te nieprzyjemne oczy o pionowej źrenicy. Ziejące nienawiścią do wszystkiego wokół oblicze miało w sobie jednak jakieś drapieżne piękno. Bałem się go. On podszedł i położył dłoń na mojej głowie.
- Zróbmy niespodziankę naszym kolegom z Rady Bogów, hmm?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz