Czasem do obowiązków pomniejszych Kami jak my, należy zastępowanie jakiegoś innego bóstwa, które nie jest obecnie w stanie wykonać swojego zadania. Takowe zostało nam przydzielone. Jeden z shinigami, bóstw śmierci, dostał ważniejsze zlecenie, niż odwiedzenie staruszka, by odprowadzić go na drugą stronę.
- Sudba... - jęknęłam - Znowu mamy bawić się w kostuchę...
Odpowiedział mi jego stłumiony śmiech. Za każdym razem, gdy dostaliśmy jakieś beznadziejne zadanie, a ja zaczynałam narzekać, on dostawał ataku śmiechu, co mi nie poprawiało nastroju.
- Nie Marudź, Rin - podszedł do mnie, wycierając ręce w ścierkę - Lepsze to, niż siedzenie i nudzenie się, prawda?
- Powinniśmy dostawać własne zlecenia, a nie odwalać brudną robotę za kogoś. Jesteśmy w końcu bóstwami losu...
- NIŻSZYMI bóstwami... - przerwał mi.
- Ale wciąż nie na dnie hierarchii.
- Pragnę ci przypomnieć, że shinigami są Kami, które nie zostały zrodzone z człowieka, tylko pochodzą z zaświatów. My, niżsi, jesteśmy ludźmi, którzy dostąpili zaszczytu naznaczenia przez bóstwo.
Zgrzytnęłam zębami, zirytowana, a on poszedł przygotować się do wykonania zadania.
Nocą miasto jest piękne. W oknach palą się mdłe światła świec, czasem lamp naftowych. Mrok przechadzał się między uliczkami, gdzie nie świeciły latarnie. Samym środkiem ulicy szedł czarny kot, błyskając na boki swoimi złotymi ślepiami. Gdzie Kami, tam i koty.
Wraz z Sudbą staliśmy na dachu i obserwowaliśmy okolicę. Dokładnie pod nami znajdował się już dogorywający staruszek, którego mieliśmy przeprowadzić. Czekaliśmy jedynie, aż wyda ostatnie tchnienie.
- Wydajesz się zaniepokojony - szepnęłam do mojego towarzysza, który w odpowiedzi uniósł dłoń, nakazując milczenie.
Wyczuwał coś.
Albo kogoś.
W każdym razie coś, co stanowi dla nas zagrożenie. Jego twarz jest ściągnięta w powadze i napięciu.
Doskonale znam tę twarz.
Boi się.
W jednej chwili łapie mnie wpół, unosi i przeskakuje na sąsiedni budynek. Nim udaje mi się wydobyć z siebie jakikolwiek głos, dach, na którym dopiero co staliśmy zawala się, a z tego co pozostało, wyłania się czarny bezkształtny twór.
- Ayakashi... - słyszę tuż przy swoim uchu czując, jak jego ręce drżą. Słyszę nerwowy zgrzyt zębów, a gdy spoglądam w jego oczy, zazwyczaj zimne, niczym lód, widzę, że teraz jarzą się przerażającym, błękitnym blaskiem. Ten łagodny Kami na mych oczach przeistacza się w boga wojny.
Moja dłoń dotyka jego policzka, a bezdenny błękit nieba wwierca się teraz w moje jestestwo.
- Spokojnie, Sudba... - szepczę, próbując go choć trochę uspokoić, pocieszyć, wesprzeć. Jednak zamiast się uśmiechnąć, dać jakikolwiek znak, że gest został doceniony, sadza mnie na ziemi, i nawet się nie odwracając, lodowatym głosem zakazuje mi wtrącać się do walki.
Chcę chwycić jego rękę, lecz nikt już przede mną nie stoi. Siedzę sama na dachu patrząc, jak najbliższa mi osoba rusza na pewną śmierć.
Miecz zamigotał odbitym blaskiem księżyca w pełni, gdy Sudba zaatakował ayakashi. Stwór zaczął przyjmować materialną postać, co błękitnooki Kami chciał wykorzystać tnąc i siekając co raz to bardziej rzeczywistego przeciwnika. Nie zważał przy tym kompletnie, czy sam nie zostanie uderzony. Gniew go zaślepił...
- Odsłaniasz się! - wrzasnęłam starając się przypomnieć przyjacielowi o obronie.
Za późno.
Fizyczne już szpony ayakashi z impetem cisnęły chłopakiem o sąsiednią kamienicę, skutecznie pozbywając go w tej chwili możliwości bojowych.
Zaczęłam się modlić.
Święte słowa są czymś, czego zjawy nie potrafią znieść, a w ustach boga, jak nisko w hierarchii by nie był, sprawiają mu ból zarówno psychiczny, jak i fizyczny.
Modliłam się najmocniej, jak tylko byłam w stanie. Mocno i gorliwie, wkładając w sutrę całe swoje serce.
Stwór zaczął wyć, wrzeszczeć, pluć pianą na wszystkie strony, a w końcu, w ostatecznej desperacji rzucił się na mnie, chcąc przerwać tę litanię bólu.
Księżyc w pełni oświetlał dokładnie moją twarz. Uniosłam się i rozejrzałam.
Po ayakashim nie było śladu.
Ani po zjawie... ani po moim przyjacielu.
Jestem bardzo ciekawa co sie stalo z Sudbą....
OdpowiedzUsuń