piątek, 18 września 2015

XL - Night

   Patrzyłem z troską na nieprzytomną Kuro. Bardzo dużo wycierpiała, a na domiar złego, zaczynała gorączkować. Rin zdawała się nie zauważać tego, że mam pionowe źrenice.
- Chodźmy stąd - szepnąłem, biorąc w ramiona ranną dziewczynę, po czym wyszliśmy na korytarz na górze. A wtedy otworzyła oczy. Dotknęła mojej twarzy i uśmiechnęła się promiennie.
- Jesteś tu - powiedziała zachrypniętym głosem, a gdy na nią spojrzałem, wystraszyła się - Shiro, twoje oczy...
- Jest dobrze. Kontroluję to. Odpoczywaj.
Skinęła słabo głową i oparła ją o moją pierś.
Jakimś cudem niezauważeni wyszliśmy z gmachu. Na podwórzu, gdzie zgromadzona była duża ilość straży, szybko zmieniłem się w smoka i wziąłem obydwie uratowane na grzbiet.
W powietrzu byliśmy już bezpieczni, a ja skierowałem się ku szmaragdowemu pałacowi.
   Siedziałem przed Zannyo Ryuo. Była zła.
Nie dziwiłem się zbytnio - w końcu złamałem jej zakaz. Ale nie żałowałem. Uratowałem dwie najbliższe mi osoby.
Trwaliśmy tak w ciszy, ja wlepiając wzrok w podłogę, na której siedzieliśmy, a ona patrząc na mnie gniewnie, wręcz z wyrzutem.
- Naraziłeś się na ogromne niebezpieczeństwo, Shiro - zaczęła, prostując się, unosząc głowę i wypychając pierś do przodu - Gdyby Mesmer cię dorwał, wszystkie nasze starania poszłyby na marne, jesteś tego świadom?
- Tak, pani.
- Tylko tyle masz mi do powiedzenia?
- Pragnę tylko dodać, że nie zamierzałem pozwolić, aby z mojego powodu niewinne kami cierpiały. W tym osoba, która ma niemal tak wielką moc jak moja.
Bogini zerwała się na równe nogi i zaczęła krążyć po niewielkim pomieszczeniu, wyraźnie starając się zebrać myśli. Byłem świadom, że czeka mnie kara, ale nie bałem się tego. Zennyo przystanęła i spojrzała na mnie. Nie mogłem nic jednak wyczytać z jej oczu.
- Przez miesiąc będziesz pomagał w kuchni - powiedziała cicho, a ja czułem, że potraktowała mnie ulgowo.
- Proszę o taką karę, jaką uważasz za słuszną. Nie chcę żadnych forów, względów. Chcę być potraktowany tak, jak każdy inny ryu znajdujący się pod twoją jurysdykcją.
Na jej twarzy dostrzegłem zdziwienie, ale i aprobatę. W efekcie końcowym moją karę stanowiło pół roku w kuchni. Nie sprzeciwiałem się. Od zawsze to ja gotowałem, a kuchnia była moim zakątkiem.
Gdy moja wizyta u matki smoków dobiegła końca, skierowałem swe kroki w stronę ambulatorium, gdzie leżała ranna Kuro.
Umieszczona była na łóżku na samym końcu - żeby miała spokój i ciszę. Odsunąłem kotarę, która oddzielała ją od przejścia i sąsiedniego łóżka. Leżała sobie drzemiąc, z twarzą skierowaną w stronę okna po swojej prawej stronie. Wyglądała na strasznie bladą mimo, że przyzwyczaiłem się już do jej jasnej karnacji. Usiadłem na krześle obok i czuwałem przy niej. Nie musiała być przytomna, żebym czuł się dobrze w jej obecności. A zależało mi, by spędzić choć chwilę przy jej łóżku, aby czuła, że jestem obok.
Ująłem delikatnie jej dłoń i splotłem z nią palce. Nie wiem, czy zrobiła to świadomie, czy to był odruch, ale uścisnęła lekko moją dłoń, co wywołało uśmiech na mojej twarzy. Cieszyłem się, że zdążyłem ją uratować, nim Mesmer ją trwale okaleczył, a może i zabił.
Moje rozmyślania przerwało ciche mruknięcie. Obudziła się. Uśmiechnąłem się do niej szeroko, gdy spojrzała na mnie zaspana.
- Jesteś tu - powiedziała cicho - A już myślałam, że mi się tylko przyśniło.
- Nie, głuptasku - zaśmiałem się, odgarniając z oczu włosy, które były już na tyle długie, że zaczynały mi przeszkadzać - Jesteś tu. Ty i Rin. Wyrwałem was z łap Mesmera. Jesteście już bezpieczne.
Widziałem, że moje słowa przyniosły jej ulgę. Wyciągnęła do mnie ręce, jakby prosząc bym ją przytulił, a ja nie byłem w stanie odmówić. Przycupnąłem więc na skraju jej łóżka i przygarnąłem tę biedną, ranną dziewczynę do serca. Moją siostrę. Istotę podobną do mnie. Jedną z nielicznych przyjaznych mi osób w tych czasach.
- Pamiętam... - usłyszałem jej stłumiony głos - Że jak uciekaliśmy, miałeś oczy zjawy... Naprawdę to kontrolujesz?
Skinąłem głową. Nie wybaczyłbym sobie, gdybym w tym newralgicznym momencie pozwolił abym i ja stanowił dla nich zagrożenie.
- Zostanę, dopóki nie zaśniesz - obiecałem, układając się obok niej i tuląc do siebie - Masz moje słowo, siostrzyczko.
   Noc była piękna. Bezchmurne niebo obdarowywało chodzących po tej skorupie kami widokiem migoczących gwiazd, niekiedy przecinających nieboskłon gromady perseidów, zwanych spadającymi gwiazdami. Nie mogłem się powstrzymać. Wzleciałem ku nim, tańcząc wokół pojedynczych obłoków, ciesząc się chwilową wolnością od zmartwień. Ulgą, niesioną przez chłodny, nocny wiatr. Pragnąłem być tam zawsze. Gdy wylądowałem, znów usiadłem na głazie stojącym na środku ogrodu zen. Oparłem się z tyłu rękami i podziwiałem piękną noc. Panią najmroczniejszych kami i zjaw. Dom tych, którzy obawiają się światła słonecznego.
Kontemplowałem tak w ciszy i spokoju nieświadom tego, jak ciężkie czasy nadchodziły.
Obyśmy tylko to wszystko przetrwali.

2 komentarze: