Obudź się wojowniku ze swej wizji o zwycięstwie.
Otwórz oczy, odgoń resztki snu i powstań, niosąc temu światu nowinę.
Niedługo koniec. Dzień sądu ostatecznego.
Obserwowałem tę dwójkę. Z parapetu był całkiem dobry widok i na mieszkanie i na ulicę. Siedziałem więc i patrzyłem to na nie, to na pogrążone we śnie miasto.
Ta wizja, którą miałem... ten sen... czy to na pewno były moje wspomnienia? Ale dlaczego tego nie pamiętam? Co się stało, że utraciłem swoją tożsamość? I dlaczego przewodniczący tak dziwnie zareagował na to, jak nazywały mnie te dwie kami...?
Wniosek nasuwał się sam... to on był odpowiedzialny za moją amnezję i za wszelką cenę starał się, aby tak pozostało. Tylko jaki miał w tym wszystkim cel?
Usłyszałem ciche mruknięcie, a zza łóżka wyłoniła się czarna, skołtuniona czupryna. Chwilę potem widziałem już ozdobioną zielonymi oczami twarz. Dziewczyna patrzyła na mnie chwilę nieprzytomnie, ale już po sekundzie była przy mnie, trajkocząc strasznie bez ładu i składu. A ja, niewiele mogąc, słuchałem jej z otwartymi ustami i próbując ją zrozumieć.
Jedyne co wyłapałem to słowa "musimy natychmiast iść do pani Amaterasu i Zennyo", na co skinąłem po prostu głową.
Szliśmy więc mokrymi po deszczu uliczkami, kierując się w stronę pałacu matki. W pewnym momencie chwyciła mnie za rękę. Nie zabrałem jej, sam nie wiem czemu. Wydawało mi się to tak naturalne, że idziemy razem za ręce... A ona wyglądała przy tym na tak szczęśliwą. Patrzenie na jej uśmiechniętą twarz sprawiało mi wielką radość mimo, że jej samej nie pamiętałem. Mimo to wiedziałem, że była... jest... dla mnie ważna.
- Ym... - mruknąłem, a ona spojrzała na mnie tymi zielonymi oczami - Nie wiem nawet, jak mam do ciebie mówić...
Kąciki ust podjechały jeszcze wyżej ale wiedziałem, że nie jest to gest prześmiewczy.
- Zawsze mówiłeś do mnie Rin mimo, że od kiedy zostałam kami, przyjęłam inne imię.
- A więc Rin...
Pokiwała głową, śmiejąc się i pociągnęła mnie mocniej w stronę pałacu.
Wszystko było dla mnie za duże. Pomieszczenia, korytarze, a sufity były zawieszone tak wysoko, że można było je pomylić z niebem. Czułem się przytłoczony...
Weszliśmy do komnaty Amaterasu. Biła od niej aura mocy, ale i łagodności i miłosierdzia. Zupełnie inaczej, niż w przypadku Mesmera... W jej obecności czułem się bezpieczny jak w objęciach matki.
- Witaj, smoku - uśmiechnęła się pięknie - Wiele o tobie słyszałam, więc bardzo się cieszę mogąc cię zobaczyć moimi własnymi oczami.
Skłoniłem się jej z szacunkiem, a w tym czasie podeszła do mnie towarzysząca jej białowłosa kobieta. Na jej twarzy zauważyłem wcięcia... jakby blizny po wyrwanych łuskach. Mimo to skaza nie ujmowała jej pięknu. Wpatrywałem się jak zahipnotyzowany w jej oczy koloru rzeki. Mimo drapieżności, jaka towarzyszyła jej osobie, nie czułem się zagrożony... Wiedziałem, kim ona jest. Zennyo Ryuo, matka wszystkich ryu. Ich opiekunka i zwierzchniczka.
- Czas byś sobie przypomniał, kim jesteś, moje dziecko - powiedziała z czułością, całując mnie w czoło, a ja poczułem, jak ziemia zapada się pode mną.
Zostałem wezwany przez Amaterasu, naszą matkę i panią. Najwyższe bóstwo.
- Wzywałaś mnie, pani - powiedziałem, klękając przed nią na jedno kolano.
- Tak, Shiro - uśmiechnęła się promieniście - Mą uwagę przykuła pewna dusza. Byłaby doskonałym kami. Pragnę abyś się jej ukazał we śnie i dał wybór. Albo pozostanie sobą, człowiekiem, albo dołączy do nas, bóstw.
Skinąłem głową i upewniwszy się, że niczego więcej ode mnie nie oczekuje, oddaliłem się. Pozostawało jedynie znaleźć odpowiednie miejsce - ciche, ciemne, odcięte od świata, bym mógł spokojnie wejść w trans.
Miałem szczęście, bo udało się za pierwszym razem. Zamknięty w jaskini za wodospadem, odcięty dzięki szumowi wody, nie miałem problemu z zagłębieniem się w sny dziewczyny. Zobaczyłem ją stojącą pośrodku stworzonego z mroku pomieszczenia. Widać przeżywała bardzo ciężki okres w swoim życiu. Ubrana w mundurek szkolny, z długimi do krzyża włosami, wydawała się być niewinna i nieporadna. Co takiego Amaterasu w niej widziała? To tylko kolejny człowiek, który wstępując w szeregi kami, zasili niższą kastę. Zapewne bóstw losu. Tak jak ja.
- Izumi Ron - odezwałem się, a mój głos poniósł się mocnym echem w tej przestrzeni - Nadszedł czas wyboru. Zachowasz człowieczeństwo, bądź staniesz się upiorem, ayakashi.
Widziałem, jak jej oczy rozszerzają się ze zdziwienia. Jak każdy, pewnie zastanawiała się, czy to się dzieje naprawdę, czy to tylko kolejny sen. Ale nie wahała się. Podeszła do mnie zdecydowanym krokiem i ujęła moją wyciągniętą dłoń.
Teraz jej dusza należy do Amaterasu.
Dzieje się coś dziwnego. Zaczynam się bać samego siebie. Czego nie dotknę, wybucha... boję się, że zniszczę to, co kocham. Że zabiję Rin.
Więc popełniam największe przestępstwo, jakie może wyobrazić sobie tak nisko postawiony kami, jak ja... Biegnę przez miasto uważając, by nie potrącić jakiegoś biednego bożka, co niewątpliwie skończyłoby się jego anihilacją... Wpadam przez bramę Rady Bogów i kieruję się w stronę pokojów Mesmera, przewodniczącego. Zatrzymuję się jednak pod drzwiami przedstawiciela niższych kast - Ghose. Może on będzie coś wiedział... cokolwiek, jak mi pomóc... Dotykam drzwi, a one rozpadają się na drzazgi. Staruszek podskakuje na krześle przy biurku i spogląda na mnie przerażony.
- Potrzebuję pomocy - szepczę, łamiącym się głosem - Dzieje się coś, czego nie rozumiem... Ghose, powiedz mi, co mam robić...
- Przede wszystkim się uspokoić - powiedział łagodnie, podchodząc do mnie - Wejdź, proszę, nie będziemy rozmawiać na korytarzu.
Kiwam głową i daję się poprowadzić wgłąb komnaty, a w tym czasie pomniejsze bóstwa naprawiają drzwi.
- Podstawą wszystkiego jest silna wola - mówi staruszek, przyglądając mi się uważnie - Jeśli zechcesz, aby to przestało się dziać, to przestanie. Ważne jest nastawienie i samozaparcie. Ty jesteś panem swojego ciała i swojej mocy. Nikt inny za ciebie tego nie zrobi. Musisz sam się kontrolować i sam władać powierzoną ci potęgą.
- Ja i potęga? - zdziwiłem się, ale Ghose tylko machnął ręką dając mi do zrozumienia bym skupił się na tym, co mam do zrobienia. Odetchnąłem głęboko, zamknąłem oczy i starałem się wyciszyć burzę szalejącą w mym sercu.
- Coś takiego zazwyczaj dzieje się, gdy staramy się odrzucić pewne emocje. Coś, z czego zdajemy sobie sprawę, ale nie chcemy tego zaakceptować. Czy jest coś, co czujesz, ale tego nie chcesz? Ukrywana nienawiść, żal... a może miłość?
Tak... kochałem. Kochałem na zabój i boleśnie. Ale wiedziałem, że mi nie wolno. Bo miłość między bóstwami jest niedopuszczalna, niedozwolona przez nasze prawo, nasze credo... ale nie potrafiłem zaprzeczyć, że kochałem szczerze i całym sercem.
- Rin - szepnąłem - Wiem, że to wbrew zasadom, ale kocham ją... Nie jak siostrę, tylko...
Zauważyłem pełen czułości uśmiech na twarzy staruszka.
- Nawet nie wiesz, jak się z tego cieszę - powiedział, klepiąc mnie po ramieniu.
Wtedy jeszcze nie wiedziałem, jak wiele znaczy to, że potrafię kochać. Wtedy jeszcze myślałem o sobie jako o zwykłym kami, którego przemiana poszła nie tak, jak powinna, przez co stracił pamięć z czasów, kiedy był człowiekiem. Ale potem się dowiedziałem o Arma Viventem. Projekcie, w wyniku którego powstałem ja i Kuro. Dwójka hybryd zrodzona z genomu człowieka i ayakashi.
A potem było tylko gorzej. Element chaosu, pochodzący od Devonanta, Pana Cieni, zaczął przejmować nade mną kontrolę. Każdego dnia traciłem cząstkę siebie, a gdy było już tak źle, że zamierzałem zamordować Mesmera, z pomocą przyszła Kuro.
Gdy byłem wyczerpany i osłabiony, ten dupek wykorzystał okazję i złamał moją wolę, pozbawiając wszystkich dotychczasowych wspomnień. Uczynił ze mnie swoją marionetkę, a gdy zacząłem sobie coś przypominać, chciał to jak najszybciej ukrócić. Żałosny, stary drań...
Leżę na podłodze czując ucisk i pulsowanie krwi w skroniach. Nie mam sił, by poruszyć którąkolwiek częścią ciała, spiąć którykolwiek mięsień.
Rozchylam powieki i widzę zapłakaną twarz Rin, wpatrującą się we mnie nerwowo. Uśmiecham się do niej ze zmęczeniem, ale wiem, że to jest ten uśmiech, który ona pamięta, dzięki któremu rozpoznaje, że już jestem sobą.
Porywa mnie w ramiona, przytula i zaczyna szlochać. Ze szczęścia.
- Nie bucz, Rin - mówię zachrypniętym głosem, próbując ją objąć, lecz bez powodzenia. A ona tylko potrząsa głową i przytula mnie mocniej.
- Prześpij się - mówi Zennyo - Odpocznij.
Bez sprzeciwu wykonałem jej polecenie i z uśmiechem na ustach zagłębiłem się w kojącej i leczniczej ciemności snu.
Usłyszałem ciche mruknięcie, a zza łóżka wyłoniła się czarna, skołtuniona czupryna. Chwilę potem widziałem już ozdobioną zielonymi oczami twarz. Dziewczyna patrzyła na mnie chwilę nieprzytomnie, ale już po sekundzie była przy mnie, trajkocząc strasznie bez ładu i składu. A ja, niewiele mogąc, słuchałem jej z otwartymi ustami i próbując ją zrozumieć.
Jedyne co wyłapałem to słowa "musimy natychmiast iść do pani Amaterasu i Zennyo", na co skinąłem po prostu głową.
Szliśmy więc mokrymi po deszczu uliczkami, kierując się w stronę pałacu matki. W pewnym momencie chwyciła mnie za rękę. Nie zabrałem jej, sam nie wiem czemu. Wydawało mi się to tak naturalne, że idziemy razem za ręce... A ona wyglądała przy tym na tak szczęśliwą. Patrzenie na jej uśmiechniętą twarz sprawiało mi wielką radość mimo, że jej samej nie pamiętałem. Mimo to wiedziałem, że była... jest... dla mnie ważna.
- Ym... - mruknąłem, a ona spojrzała na mnie tymi zielonymi oczami - Nie wiem nawet, jak mam do ciebie mówić...
Kąciki ust podjechały jeszcze wyżej ale wiedziałem, że nie jest to gest prześmiewczy.
- Zawsze mówiłeś do mnie Rin mimo, że od kiedy zostałam kami, przyjęłam inne imię.
- A więc Rin...
Pokiwała głową, śmiejąc się i pociągnęła mnie mocniej w stronę pałacu.
Wszystko było dla mnie za duże. Pomieszczenia, korytarze, a sufity były zawieszone tak wysoko, że można było je pomylić z niebem. Czułem się przytłoczony...
Weszliśmy do komnaty Amaterasu. Biła od niej aura mocy, ale i łagodności i miłosierdzia. Zupełnie inaczej, niż w przypadku Mesmera... W jej obecności czułem się bezpieczny jak w objęciach matki.
- Witaj, smoku - uśmiechnęła się pięknie - Wiele o tobie słyszałam, więc bardzo się cieszę mogąc cię zobaczyć moimi własnymi oczami.
Skłoniłem się jej z szacunkiem, a w tym czasie podeszła do mnie towarzysząca jej białowłosa kobieta. Na jej twarzy zauważyłem wcięcia... jakby blizny po wyrwanych łuskach. Mimo to skaza nie ujmowała jej pięknu. Wpatrywałem się jak zahipnotyzowany w jej oczy koloru rzeki. Mimo drapieżności, jaka towarzyszyła jej osobie, nie czułem się zagrożony... Wiedziałem, kim ona jest. Zennyo Ryuo, matka wszystkich ryu. Ich opiekunka i zwierzchniczka.
- Czas byś sobie przypomniał, kim jesteś, moje dziecko - powiedziała z czułością, całując mnie w czoło, a ja poczułem, jak ziemia zapada się pode mną.
Zostałem wezwany przez Amaterasu, naszą matkę i panią. Najwyższe bóstwo.
- Wzywałaś mnie, pani - powiedziałem, klękając przed nią na jedno kolano.
- Tak, Shiro - uśmiechnęła się promieniście - Mą uwagę przykuła pewna dusza. Byłaby doskonałym kami. Pragnę abyś się jej ukazał we śnie i dał wybór. Albo pozostanie sobą, człowiekiem, albo dołączy do nas, bóstw.
Skinąłem głową i upewniwszy się, że niczego więcej ode mnie nie oczekuje, oddaliłem się. Pozostawało jedynie znaleźć odpowiednie miejsce - ciche, ciemne, odcięte od świata, bym mógł spokojnie wejść w trans.
Miałem szczęście, bo udało się za pierwszym razem. Zamknięty w jaskini za wodospadem, odcięty dzięki szumowi wody, nie miałem problemu z zagłębieniem się w sny dziewczyny. Zobaczyłem ją stojącą pośrodku stworzonego z mroku pomieszczenia. Widać przeżywała bardzo ciężki okres w swoim życiu. Ubrana w mundurek szkolny, z długimi do krzyża włosami, wydawała się być niewinna i nieporadna. Co takiego Amaterasu w niej widziała? To tylko kolejny człowiek, który wstępując w szeregi kami, zasili niższą kastę. Zapewne bóstw losu. Tak jak ja.
- Izumi Ron - odezwałem się, a mój głos poniósł się mocnym echem w tej przestrzeni - Nadszedł czas wyboru. Zachowasz człowieczeństwo, bądź staniesz się upiorem, ayakashi.
Widziałem, jak jej oczy rozszerzają się ze zdziwienia. Jak każdy, pewnie zastanawiała się, czy to się dzieje naprawdę, czy to tylko kolejny sen. Ale nie wahała się. Podeszła do mnie zdecydowanym krokiem i ujęła moją wyciągniętą dłoń.
Teraz jej dusza należy do Amaterasu.
Dzieje się coś dziwnego. Zaczynam się bać samego siebie. Czego nie dotknę, wybucha... boję się, że zniszczę to, co kocham. Że zabiję Rin.
Więc popełniam największe przestępstwo, jakie może wyobrazić sobie tak nisko postawiony kami, jak ja... Biegnę przez miasto uważając, by nie potrącić jakiegoś biednego bożka, co niewątpliwie skończyłoby się jego anihilacją... Wpadam przez bramę Rady Bogów i kieruję się w stronę pokojów Mesmera, przewodniczącego. Zatrzymuję się jednak pod drzwiami przedstawiciela niższych kast - Ghose. Może on będzie coś wiedział... cokolwiek, jak mi pomóc... Dotykam drzwi, a one rozpadają się na drzazgi. Staruszek podskakuje na krześle przy biurku i spogląda na mnie przerażony.
- Potrzebuję pomocy - szepczę, łamiącym się głosem - Dzieje się coś, czego nie rozumiem... Ghose, powiedz mi, co mam robić...
- Przede wszystkim się uspokoić - powiedział łagodnie, podchodząc do mnie - Wejdź, proszę, nie będziemy rozmawiać na korytarzu.
Kiwam głową i daję się poprowadzić wgłąb komnaty, a w tym czasie pomniejsze bóstwa naprawiają drzwi.
- Podstawą wszystkiego jest silna wola - mówi staruszek, przyglądając mi się uważnie - Jeśli zechcesz, aby to przestało się dziać, to przestanie. Ważne jest nastawienie i samozaparcie. Ty jesteś panem swojego ciała i swojej mocy. Nikt inny za ciebie tego nie zrobi. Musisz sam się kontrolować i sam władać powierzoną ci potęgą.
- Ja i potęga? - zdziwiłem się, ale Ghose tylko machnął ręką dając mi do zrozumienia bym skupił się na tym, co mam do zrobienia. Odetchnąłem głęboko, zamknąłem oczy i starałem się wyciszyć burzę szalejącą w mym sercu.
- Coś takiego zazwyczaj dzieje się, gdy staramy się odrzucić pewne emocje. Coś, z czego zdajemy sobie sprawę, ale nie chcemy tego zaakceptować. Czy jest coś, co czujesz, ale tego nie chcesz? Ukrywana nienawiść, żal... a może miłość?
Tak... kochałem. Kochałem na zabój i boleśnie. Ale wiedziałem, że mi nie wolno. Bo miłość między bóstwami jest niedopuszczalna, niedozwolona przez nasze prawo, nasze credo... ale nie potrafiłem zaprzeczyć, że kochałem szczerze i całym sercem.
- Rin - szepnąłem - Wiem, że to wbrew zasadom, ale kocham ją... Nie jak siostrę, tylko...
Zauważyłem pełen czułości uśmiech na twarzy staruszka.
- Nawet nie wiesz, jak się z tego cieszę - powiedział, klepiąc mnie po ramieniu.
Wtedy jeszcze nie wiedziałem, jak wiele znaczy to, że potrafię kochać. Wtedy jeszcze myślałem o sobie jako o zwykłym kami, którego przemiana poszła nie tak, jak powinna, przez co stracił pamięć z czasów, kiedy był człowiekiem. Ale potem się dowiedziałem o Arma Viventem. Projekcie, w wyniku którego powstałem ja i Kuro. Dwójka hybryd zrodzona z genomu człowieka i ayakashi.
A potem było tylko gorzej. Element chaosu, pochodzący od Devonanta, Pana Cieni, zaczął przejmować nade mną kontrolę. Każdego dnia traciłem cząstkę siebie, a gdy było już tak źle, że zamierzałem zamordować Mesmera, z pomocą przyszła Kuro.
Gdy byłem wyczerpany i osłabiony, ten dupek wykorzystał okazję i złamał moją wolę, pozbawiając wszystkich dotychczasowych wspomnień. Uczynił ze mnie swoją marionetkę, a gdy zacząłem sobie coś przypominać, chciał to jak najszybciej ukrócić. Żałosny, stary drań...
Leżę na podłodze czując ucisk i pulsowanie krwi w skroniach. Nie mam sił, by poruszyć którąkolwiek częścią ciała, spiąć którykolwiek mięsień.
Rozchylam powieki i widzę zapłakaną twarz Rin, wpatrującą się we mnie nerwowo. Uśmiecham się do niej ze zmęczeniem, ale wiem, że to jest ten uśmiech, który ona pamięta, dzięki któremu rozpoznaje, że już jestem sobą.
Porywa mnie w ramiona, przytula i zaczyna szlochać. Ze szczęścia.
- Nie bucz, Rin - mówię zachrypniętym głosem, próbując ją objąć, lecz bez powodzenia. A ona tylko potrząsa głową i przytula mnie mocniej.
- Prześpij się - mówi Zennyo - Odpocznij.
Bez sprzeciwu wykonałem jej polecenie i z uśmiechem na ustach zagłębiłem się w kojącej i leczniczej ciemności snu.
ooooo<3
OdpowiedzUsuń