Pisane oczami Rin
Minęło kilka godzin od jego powrotu. Wciąż spał, ale rozumiałam to. Musiał odpocząć, bo na pewno taki zabieg przywracania wspomnień jest bardzo wyczerpujący. Zarówno dla ciała, jak i dla umysłu.
Siedziałam więc przy nim, trzymając go w ramionach i przytulając. Chciałam, by czuł moją obecność.
Nie potrafiłam przestać się uśmiechać, tak byłam szczęśliwa. Bo wrócił. Znów tu był, tuż obok mnie. Znów czułam dotyk jego skóry, jego zapach, który ani trochę się nie zmienił.
Czułam na sobie spojrzenie Amaterasu i Zennyo, więc obróciłam się w ich stronę. Również się uśmiechały. Widać cieszyły się z takiego obrotu spraw. Nie wiedziały w końcu, czy przypadkiem Shiro nie będzie stawiał oporu, co - jak mi wcześniej wytłumaczyły - mogło skutkować uszkodzeniem niektórych wspomnień. Ale wszystko poszło zgodnie z oczekiwaniami.
- Posłałam po waszą przyjaciółkę - odezwała się matka smoków, podchodząc nieco bliżej i dotykając czoła chłopaka.
- Kuro na pewno będzie szczęśliwa - odparłam - Ona chyba bardziej ode mnie odczuła stratę Shiro.
W tym momencie drzwi się otworzyły, a w nich stanęła moja współlokatorka. Widząc swojego brata, zapomniała o wszelkich zwrotach grzecznościowych, powitaniu, czymkolwiek. Po prostu podbiegła i niemal wyrwała go z moich objęć. Nie winiłam jej. Tuliła go mocno, szlochając. Nie musiałyśmy jej nic mówić, bo już wiedziała, że wrócił. Nie wiem skąd. Może po prostu to czuła?
Położyłam jej dłoń na ramieniu, a po chwili również objęłam.
I tak trwaliśmy we trójkę. Ona szlochając z radości, a ja jedynie uśmiechając się w ciszy, w myślach dziękując Zennyo i Amaterasu. Bo dzięki nim wreszcie byliśmy w komplecie.
Byliśmy w domu. Shiro budził się raz na jakiś czas, ale był tak nieprzytomny, że jedynie pomagałyśmy mu coś zjeść, by potem znów dać mu zapaść w sen. Matka smoków nas uspokoiła, że to naturalna kolej rzeczy, bo wszystkie wspomnienia muszą ułożyć się na nowo w jednolitą i chronologiczną całość.
Robiłam różne rzeczy w domu, od sprzątania, przez pranie, po gotowanie posiłków, ale wciąż obserwowałam go kątem oka. Jego i Kuro, bo nie wiedziałam, co ona też może wymyślić. Ludzie robią najdziwniejsze rzeczy pod wpływem emocji.
W pewnym momencie zauważyłam, że odkrywa Shiro. Stanęłam w drzwiach pokoju, by ich obserwować. Dziewczyna położyła się obok niego i objęła go tak, że stykali się czołami. Jednak okrycie się kołdrą stanowiło już zadanie, którego nie mogła pokonać.
- Pomogę ci - uśmiechnęłam się, na co ona odpowiedziała tym samym i podziękowała. Przykryłam ich dokładnie - tak, aby przede wszystkim zakryte były plecy, po czym wróciłam do swoich zadań.
- Przepraszam - usłyszałam głos dziewczyny - Przepraszam, że ci nie pomagam w pracach domowych.
- Daj spokój - machnęłam ręką - W takim stanie nic byś mi nie pomogła. Musiałabym po tobie poprawiać.
Uśmiechnęłam się, puszczając jej oczko, na co ona zachichotała i przyznała mi rację. Zostawiłam więc ją sam na sam z chłopakiem i poszłam pracować.
Na noc przysunęłyśmy moje łóżko do ich łóżka tak, abyśmy mogli spać razem. W końcu i ja musiałam się nacieszyć powrotem Shiro, prawda? On cały czas spał, a ja, zmęczona po całodziennej pracy, szybko usnęłam. Fakt, że cały ten koszmar się skończył, że już byliśmy wszyscy razem, uspokajał mnie. Wreszcie mogłam odpocząć. Bo Shiro już był bezpieczny.
Śniłam o wielkim, pięknym smoku. Białym, jak śnieg, o błękitnych oczach. Wiedziałam, że to on. Tańczył na niebie, niczym motyl przelatujący z jednego kwiatu na drugi. Był piękny.
Tak, jak zawsze się uważa, smoki sprowadzają deszcz, są duchami rzek i innych akwenów wodnych. I w tym przypadku niebo zasnuło się chmurami, a na spękaną od słońca ziemię zaczęły spadać ciężkie krople wody. Ostatnią rzeczą jaką pamiętam to to, że smok wziął mnie na swój grzbiet i lecieliśmy tak razem przez te wszystkie chmury. A gdy wzlecieliśmy ponad nie, mogliśmy oglądać piękny zachód słońca.
Otworzyłam oczy. Wciąż było ciemno, ale otaczał mnie dziwny chłód. Rozejrzałam się, a na łóżku zobaczyłam tylko skuloną, zakopaną w kołdrze Kuro.
Serce mi stanęło, bo nigdzie nie widziałam Shiro. Usiadłam gwałtownie, rozglądając się po pokoju.
I zobaczyłam go.
Na jego ulubionym miejscu. Siedzącego na parapecie, z głową opartą o szybę.
Rozmyślającego.
Wstałam i wzięłam swoją kołdrę.
- Zmarzniesz - uśmiechnęłam się do niego, okrywając jego nogi i klatkę piersiową. On spojrzał na mnie, lekko nieprzytomnie. Widać bardzo daleko zawędrował w swych myślach.
- Obudziłem cię? - spytał cicho, widać nie chcąc wyrwać Kuro ze snu, a ja pokręciłam głową, uspokajając go. Dotknęłam jego twarzy, a on uniósł swoją dłoń i dotknął mojej. Tym samym gestem, którym powitał mnie, gdy wrócił z wymiaru ayakashi.
- Jakie to uczucie? - wyszeptałam, a jego oczy przybrały wyraz niezrozumienia - Jakie to uczucie, gdy jesteś smokiem i szybujesz wysoko, pośród chmur?
Uśmiechnął się szeroko, a ja już wiedziałam, że to jedno z tych doświadczeń, które pokochał. Mimo, że nie był wtedy do końca sobą, pamiętał najwyraźniej to, co robił jako Hikari.
- To tak, jakbyś... jakbyś zanurzyła się w wodzie, ale nie musiała wypływać by zaczerpnąć powietrza. Widzisz wszystko z wielkiej odległości i czujesz, że jesteś najpotężniejsza na świecie... Bo ty jesteś tam wysoko, a inni nie mogą nic... bo są skazani na stąpanie tylko po ziemi, gdy ty możesz oderwać się od niej jak ptak...
Słuchałam go z zafascynowaniem, obserwując, jak w jego oczach rozbłyskują miliony radosnych iskierek. Kochał latanie. Widziałam to wyraźnie.
Ale nagle posmutniał. Radość przygasła, pojawił się niepokój. Gdy spytałam, co się stało, on się skrzywił.
- Mesmer mnie szuka. Czuję to - mruknął, znów wyglądając przez okno. Doskonale wiedziałam, na co patrzył. Gmach Rady Bogów.
- Ochronimy cię. Ja i Kuro.
- Nie - odparł gwałtownie, co trochę mnie wystraszyło - Nie pozwolę wam się do niego zbliżyć. Jest dla was zbyt potężny, zniszczy was jednym skinieniem palca. To kami o ogromnej mocy, nie lekceważ go.
- Wiem to - powiedziałam, czym teraz jego zdziwiłam - Będziemy twoim wsparciem, Shiro. Nie pozwolimy mu cię zabrać, bo przecież dopiero co cię odzyskałyśmy. Zaledwie kilkanaście godzin temu do nas wróciłeś... Myślisz, że oddamy cię bez walki? Nie ma mowy.
Nie musiałam nic więcej mówić. Widziałam to w jego spojrzeniu. Uspokoiłam go, bo poczuł, że nie jest sam.
- Nigdy już nie będziesz sam - szepnęłam, przytulając go do serca. A on tylko cicho podziękował i się rozpłakał.
Słodko <3
OdpowiedzUsuń