Rozgwierzdżone niebo wisiało nade mną, niczym kat nad grzeszną duszą. Wpatrywałem się w jeden z jaśniejących na nim punktów, błyszczących lekko zielonkawym kolorem.
Przeniosłem wzrok na bramę wyjściową z prywatnego ogrodu zen Zennyo i już wiedziałem, kto tam jest.
- Nadchodzą - szepnąłem do siebie i zmieniłem się w smoka w wersji mini. Miałem do wyboru trzy działania - stanąć naprzeciw nim i ich zaatakować, pognać do matki smoków i jej zameldować o włamaniu obcych, bądź uciec, ściągając na siebie pościg łowców.
Nie chciałem narażać pozostałych mieszkańców szmaragdowego pałacu, więc wybrałem ostatnią możliwość. Przemknąłem pod bramą pilnując, by sługusy Mesmera mnie zauważyły, po czym uciekłem w stronę błoni miasta, nad rzekę Kohaku. Nie przewidziałem jednego.
Klatki.
Mimo moich niewielkich rozmiarów, udało im się zatrzasnąć mnie w tym cholernym pudełku... Oczywiście starałem się uwolnić, uderzając od ściany do ściany, ale nic to nie dało. Najstarszy, jak mi się wydawało, będący chyba również dowódcą tej zgrai liczącej pięciu osobników, uniósł szklaną klatkę na wysokość oczu i uśmiechnął się szkaradnie, ukazując spiłowane w trójkąty zęby, typowe dla polimorfów.
- Nie uwolnisz się, smoku - odezwał się zachrypniętym głosem - Nasz pan zadbał, by ta cela była dla ciebie nie do zniszczenia. Możesz drapać, obijać się, jeśli potrafisz, nawet ziać ogniem. Ale to na nic. Strzegące ją zaklęcia są tak silne, że energia żadnego z kami niższych od niego, nie da rady ich złamać.
Wyszczerzyłem zęby i zawarczałem na niego najgłośniej i najgroźniej jak mogłem, czym najwyraźniej bardzo ich rozśmieszyłem, bo chichotali jeszcze pod bramami gmachu Rady Bogów.
Zostałem wniesiony do gabinetu Mesmera niczym jakieś trofeum, a moją klatkę postawiono na jego biurku.
- Spisaliście się, łowcy - ucieszył się złoty kami - Nikt przed wami nie dał rady złapać tego zbiega.
Patrzyłem mu w oczy bez lęku. Chciałem by widział, że się go nie boję. Jest dla mnie nikim.
Gdy łowcy już wyszli, przewodniczący Rady Bogów rozsiadł się na swoim miejscu i patrzył na mnie z dziką satysfakcją jakby sam mnie złapał. Adel, siedząca nieopodal, wpatrywała się we mnie, jakby zauważyła ducha. Tylko ona mogła mi pomóc.
Pytanie, czy będzie gotowa poświęcić swój status...
- No i zobacz, Shiro - odezwał się Mesmer, a w jego głosie pobrzmiewa duma - Na co ci było to uciekanie? Teraz będziesz miał przez to tylko problemy. A mogłeś ładnie i grzecznie ze mną współpracować.
- I co, jak posłuszny psiak wykonywać brudną robotę?
Zdenerwowałem go tym. Uderzył z całej siły w szklane pudełko, w którym byłem zamknięty, a wstrząs, który przeszedł po ścianach sprawił, że zadźwięczało mi w uszach. Potrząsnąłem głową, by pozbyć się resztek oszołomienia, a na twarzy złotego kami zauważyłem radość, że sprawił mi ból. Potem po prostu sobie poszedł.
Spojrzałem na Adel, która udawała całkowicie pochłoniętą swoją pracą. Nie byłem pewien, czy kojarzyła, że ja to ja.
- Adel - zawołałem ją, a ona podskoczyła jak oparzona. Na jej twarzy zauważyłem zdziwienie, jakby nie rozumiała, skąd znam jej imię. - Wiesz, kim jestem? - pokręciła głową, ale po jej oczach widziałem, że coś może kojarzyć. Ale zanim zdołałem powiedzieć kolejne zdanie, ona z powrotem zagłębiła się w papierach Mesmera.
Westchnąłem i zwinąłem się w kłębek bo widziałem, że nic więcej teraz nie zdziałam.
W środku nocy obudził mnie szmer. Uniosłem głowę i spojrzałem w stroję okna, gdzie zdawało mi się, że było źródło dźwięku.
Na zewnątrz zauważyłem ciemny kształt, który siłował się z zamkiem okna. Gdy się dostała, dostrzegłem oczy, które wszędzie bym poznał.
- Kuro! - ucieszyłem się, a dziewczyna przytknęła palec do ust.
- Zabiorę cię stąd - wyszeptała, biorąc pudełko - Na zewnątrz jest Rin, ona cię zabierze do Zannyo Ryuo.
Skinąłem głową, a ona podeszła do okna.
- Uważaj!
W stronę dziewczyny poleciała igła. Gdybym jej nie ostrzegł, niechybnie zostałaby trafiona, może nawet zabita, bo cios wybitnie był wyprowadzony na wysokości krtani.
Myślałem, że to będzie któryś ze strażników... ale nie. W drzwiach stała Adel, mierząc w Kuro kolejną igłą.
- Odłóż klatkę - wyszeptała, a jej głos drżał. Walczyła ze sobą. Z jednej strony świadomość, że jeśli dopuści do zabrania mnie, straci zaufanie Mesmera, a tym samym spowije się hańbą. Z drugiej wierność do istot swojego pokroju, należących do niższych stanem...
- Adel, nie wiem, czy jesteś świadoma tego, co robisz - zaczęła moja siostra - ale jeśli nie zabierzemy go stąd, twój szef wykorzysta go jako broń, narażając jego życie tylko po to, żeby upodobać się Amaterasu. Należysz do niższych kami... czy pozycja jest dla ciebie wszystkim? Zapomniałaś o solidarności z innymi istotami ze swojej kasty? Czy dla statusu społecznego jesteś w stanie poświęcić przyjaciela?!
- Nie znam tego kami... - szepnęła, choć widziałem, że nie jest pewna tego, co mówi. Gdybym tylko mógł się uwolnić i przyjąć ludzką postać... jestem pewien, że wtedy zrozumiałaby powagę sytuacji...
Kuro warknęła i nie wypowiadając już żadnego słowa, wyskoczyła ze mną pod pachą przez okno. Adel wypuściła salwę igieł w naszą stronę, ale byliśmy już daleko.
Nie mam pojęcia, kiedy moja siostra zrobiła się tak sprawna fizycznie, ale przeskoczyła przez mur oddzielający stare miasto od reszty Trironu i pognała czym prędzej ku błoniom, a z nich prosto w las. Gdy upewniła się, że nikt nas nie ściga, postawiła pudełko na ziemi i usiadła przede mną, by otworzyć klatkę.
Bezskutecznie.
- Z tego co mówili łowcy, Mesmer otoczył tę celę jakimiś zaklęciami, których nie złamie nikt o mniejszej mocy niż on sam...
Zaklęła szpetnie i położyła dłoń na jednej ze ścian. Nie wiem, co planowała... o ile miała w ogóle jakikolwiek plan, ale musieliśmy siedzieć i czekać. Albo jakimś cudem przedostać się do Zennyo. Zennyo, albo Amaterasu, bo tylko one mogły mnie uwolnić z tego więzienia.
Nie spodziewałabym się tego w tym rozdziale gdyby nie twój spoiler ._,
OdpowiedzUsuń