Musiałem działać najszybciej, jak się da. Nie wiadomo, co Mesmer wymyśli, jakie tortury wykorzysta, żeby dziewczyny mu powiedziały, gdzie się znajduję.
Spojrzałem na Ghose.
- Muszę odzyskać moje rzeczy - powiedziałem twardo, tonem nieznoszącym sprzeciwu. On jednak stwierdził, że będzie miał dla mnie coś lepszego. Poprowadził mnie do pomieszczenia, które już znałem.
- Miałem kiedyś znajomego ryu. Był w twoim wieku - zaczął snuć swoją opowieść, przekopując rzeczy w jednym z kufrów ustawionych pod ścianą - Niestety biedaka już nie ma z nami, ale dał mi swój osprzęt. Kazał go przekazać godnemu smokowi. Uważam, że właśnie takiego spotkałem.
Wyciągnął czarny strój przypominający kombinezon na motor. Cały czarny, skórzany. Na plecach, wzdłuż kręgosłupa poprzyszywane były metalowe płytki. Ochraniacze na ramionach i łokciach, mocne, ale nie ograniczające ruchów rękawiczki. Oprócz tego wręczył mi szkatułkę z mahoniu. To co w niej zobaczyłem, spowodowało, że zabiło mi mocniej serce. Pełna była medalionów przystosowanych specjalnie dla ryu.
- Nie mogę tego przyjąć, Ghose - speszyłem się, a on niemal siłą przycisnął do mnie trzymaną przeze mnie szkatułkę dając znać, że nie zgadza się, bym mu to oddał. Westchnąłem i poszedłem się przebrać.
Przekradałem się korytarzami w stronę wejścia do lochów, bo byłem przekonany, że to tam ten dupek trzymał Rin i Kuro. Pech chciał, że wejścia pilnowali strażnicy.
Heh, to by było na tyle z elementu zaskoczenia.
Wyszedłem przed nich. Ci od razu się spięli i wyciągnęli na mnie miecze.
Szybki skok i już jestem między nimi. Jednego uderzam w potylicę, ogłuszając, drugiemu wyrywam miecz i przytykając mu go do gardła żądam, by otworzył mi drzwi do lochów. On pośpiesznie wyciąga klucze zza pazuchy i otwiera. Podziękowałem mu, a potem tępą częścią ostrza uderzam go w bok szyi. Nie za mocno, żeby nie zrobić mu zbyt dużej krzywdy, ale wystarczająco, żeby stracił przytomność. Rzuciłem obok niego to niewygodne żelastwo, które nazywał mieczem i zbiegłem po schodach, przeskakując co trzeci, czwarty stopień. A potem już po cichutku skradałem się do kolejnych straży.
Pierwszego z brzegu złapałem od tyłu i zaciągnąłem go na bok. Jak się okazało, był to mój dobry przyjaciel. Miałem tylko nadzieję, że nie odwaliło mu tak, jak Adel...
- Sh...shiro...! - jęknął, a ja zatkałem mu usta, bo obok przechodził jeden z jego kolegów po fachu - Nie możesz tu być! Mesmer cię szuka...!
- Wiem to, ale zabrał Kuro i Rin. Muszę je uwolnić. Nie wiem, co może im zrobić, byle wyciągnąć informacje o mnie.
Skinął głową.
On pozostał wierny przyjaciołom. Chociaż tyle.
Widać nie każdemu zależy na zajmowanym stanowisku. Chociaż on mógł to przypłacić nawet życiem. Gdy spytałem czy wie, gdzie są dziewczyny, on pokiwał głową i poinstruował mnie, jak tam dotrzeć. Podziękowałem mu i pognałem czym prędzej we wskazaną stronę.
Wkrótce usłyszałem krzyki. Od razu poznałem głos należący do Kuro.
Zawładnął mną gniew. Wparowałem w swej smoczej postaci do celi, z której dobiegały te odgłosy bólu i zacisnąłem z całej siły szczęki na gościu, który bił moją leżącą na ziemi siostrę. Cisnąłem nim o przeciwległą ścianę i przyjąłem swą ludzką postać. Podbiegłem do niej i podłożyłem rękę pod jej głowę.
- Jestem tu, siostrzyczko - szepnąłem, uśmiechając się do niej - Już ci nic nie zrobią.
Odwzajemniła słabo uśmiech i straciła przytomność. W sąsiedniej celi zamknięta była Rin. Ułożyłem delikatnie Kuro tak, aby w razie czego się nie udusiła, a potem poszedłem uwolnić przyjaciółkę.
Ręce miała przykute łańcuchami do ściany, uniesione nad głowę, która zwisała tak, jakby dziewczyna wpatrywała się w podłogę.
- Rin..?
Uniosła wzrok, a gdy uświadomiła sobie, że jestem tu na prawdę, po jej policzkach pociekły łzy ulgi. Rozkułem ją najprędzej jak mogłem, a gdy tylko była wolna, rzuciła mi się na szyję i rozszlochała.
- Musimy się stąd zbierać, Rin - szepnąłem - Trzeba zabrać Kuro... Nie jest z nią najlepiej...
Skinęła głową i wzięła się w garść, na co uśmiechnąłem się z dumą. Dzielna dziewczyna.
Wyjrzałem na korytarz upewniając się, czy nikt nie idzie i przekradłem się szybko z powrotem do Kuro. Wziąłem ją na ręce i oparłszy sobie jej głowę o pierś, dałem znać Rin, że ruszamy. Miałem tylko nadzieję, że nie spotkamy już żadnych strażników...
Biegniemy co sił w nogach, a ja czuję dreszcze przechodzące mi po plecach.
Mam złe przeczucia.
Obejrzałem się na biegnącą za mną dziewczynę. Była zmęczona, ale trzymała się bardzo dzielnie.
Już widziałem drzwi do gabinetu Ghose, który obiecał zająć się rannymi.
I widzę jego.
Szkarłatnookiego kami. Chciwego jak nikt inny.
Mesmer.
Zatrzymuję się.
- Rin, weź Kuro i biegnij do Ghose najszybciej, jak tylko dasz radę.
- Nie - załkała.
- Powiedziałem, Rin! Weź ją! Nie dam rady z nim walczyć, jeśli będziecie nadal w niebezpieczeństwie. Błagam cię.
Po jej policzkach ciekną łzy, ale kiwa głową i przejmuje ode mnie nieprzytomną dziewczynę. A ja staję naprzeciw złotego kami. Mierzymy się wzrokiem próbując odczytać, co zrobi przeciwnik.
Cofam lekko nogę w tył, żeby w razie czego móc zrobić szybki unik.
- Cieszę się, że wpadłeś, Shiro - uśmiechnął się szeroko, a mnie zalewała krew - Miło, że postanowiłeś jednak do mnie wrócić.
- Nie jestem jakimś cholernym pudelkiem, żeby przybiegać do twojej nogi na każde gwizdnięcie.
- A jednak to zrobiłeś.
- Nie. Ja po prostu przyszedłem po moje przyjaciółki, które uprowadziłeś.
Wyszczerzył szeroko zęby i wyciągnął swój miecz. Piękny, prosty, o złoconej rękojeści.
No tak.
Złoty kami musi mieć złoty miecz. Jakże oryginalnie.
- Chcesz się bić? - warknąłem - Dobrze. Dostaniesz to, czego chcesz.
Shiro musi go pokonać na zawsze !
OdpowiedzUsuń