Stałam w bibliotece, przeglądając katalog ayakashi. Ciarki przechodziły mnie na samą myśl, że Sudba otoczony jest takimi stworzeniami. Martwiłam się.
Czytałam opisy kolejnych duchów, przygotowując się do starcia z nimi. Dzień wcześniej znalazłam ślady przejścia do świata zjaw, więc byłam niemal całkowicie pewna, że Sudba tam utknął...
Zamknęłam księgę i ruszyłam do magazynu po wyposażenie - wodę święconą, koraliki modlitewne oraz inne potrzebne rzeczy. Uśmiechnęłam się do naznaczonego wieloma bliznami boga nieszczęścia, Pitlara, który po spotkaniu z gryfem nie potrafił już odwzajemnić tego gestu. Zamiast tego puścił mi oczko i zaprosił do siebie gestem.
- Słyszałem, że wybierasz się do świata zjaw - zagadnął, opierając się o ladę, na co jedynie skinęłam głową. Czyżby każdy już wiedział o mojej prywatnej misji? - Weź w takim razie to.
Spod lady wyciągnął długie zawiniątko, przewiązane pięknym, złotym sznurem. Odwiązałam niepewnie splot, zdjęłam otulający podłużny przedmiot jedwab i ujrzałam piękną, ciemną niczym noc rękojeść miecza. Katany. Spojrzałam wielkimi oczami na Pitlara, na co jego twarz wykrzywił nieprzyjemny grymas, mający być uśmiechem.
Pod powiekami zapiekły łzy. Łzy wdzięczności i szczęścia, że nie tylko ja chcę uratować przyjaciela. Podziękowałam serdecznie magazynierowi i odebrałam potrzebne mi rzeczy.
Spojrzałam w lustro. Moje czarne, sięgające kości ogonowej włosy, spływały swobodnie, a z ich końców na podłogę skapywała woda.
- Nie ścinaj włosów - powiedział któregoś razu... - Uwielbiam się nimi bawić. Nie wybaczyłbym ci, gdybyś coś z nimi zrobiła. Daj im rosnąć.
Uśmiechnęłam się gorzko, do zielonookiej dziewczyny w zwierciadle. Naga, poznaczona nielicznymi bliznami na ramionach, wydawała się bardzo krucha, lecz promieniowała z niej jakaś dziwna, wewnętrzna siła, a twarz miała wyraz wielkiej determinacji.
To była moja twarz.
Osiągnę cel i odzyskam przyjaciela. Odzyskam osobę, dzięki której stałam się tym, kim jestem.
Podeszłam do szafy i wyciągnęłam z niej mój uniform. Krótki czarny top, czarne szorty i długi płaszcz. Lakierowane(oczywiście czarne) glany dopełniały całości stroju. W tym ubraniu pieczęć, symbol kami, która w moim przypadku ulokowana była wokół pępka, była doskonale widoczna. Stanęłam przed drzwiami mieszkanka, w którym żyłam z Sudbą. Obejrzałam się jeszcze raz na tę klitkę z aneksem kuchennym i ślepą łazienką.
- Wrócę tu z nim - szepnęłam do siebie i wyszłam.
Stałam przed Pęknięciem. Dziwiłam się, że otworzyło się w takim miejscu... bo zazwyczaj świątynie były od nich wolne. Wszędzie wokół mnóstwo małych, bezbronnych zjaw, nie stanowiących zagrożenia, więc nie musiałam sobie nimi zawracać głowy.
Rozglądam się nerwowo.
Patrzę na zegarek, żeby wiedzieć gdzie i kiedy przekroczyłam Pęknięcie.
Żeby móc mu powiedzieć, jak długo go nie było.
Robię krok... i czuję szarpnięcie w okolicach pępka. Ogarniają mnie mdłości, ale nie zamykam oczu. Muszę wiedzieć, gdzie idę. Stawiam kolejne, co raz to mniej pewne kroki... a czas i przestrzeń zapadają mi się pod stopami.
Nie ma nic.
Tylko pustka.
Wow. Niesamowicie ją sobie wyobrażam <3
OdpowiedzUsuń