Pisane oczami Sudby
Ciemność. Strach. Ból. Smak krwi w ustach, zapach metalu w powietrzu, wilgoć na ubraniu. Czy ja umarłem?
A co z Fatum? Co z Rin?
Pewnie się o mnie zamartwia...
Otworzyłem z wysiłkiem oczy. Pierwsze, co wydało mi się dziwne to fakt, że niebo jest w barwie rdzy i fioletu. Usiadłem i zacząłem się rozglądać.
Otaczało mnie pustkowie. Gdzie się nie rozejrzałem, wszędzie był bladoróżowy piasek.
Wstałem ignorując ból w żebrach i ruszyłem na zachód. A przynajmniej w stronę, którą uważałem za zachód...
Musiałem trafić do świata ayakashi w momencie, gdy walczyłem z tamtą zjawą. Ostatnie co pamiętam, to mój miecz zderzający się ze szponami potwora... potem wybuch... i obudziłem się tu. Miałem tylko nadzieję, że Rin była cała.
Zacisnąłem dłonie przypominając sobie staruszka. To musiała być ukryta zjawa, która znalazła sobie żywiciela. Wyczuła zagrożenie, więc nas zaatakowała. Pytanie brzmiało, czy mistrzowie o tym wiedzieli... Jeżeli tak, to wysłali nas na pewną śmierć. Ale czemu...? Czyżbyśmy nie byli już potrzebni?
Po wielu godzinach marszu na horyzoncie zamajaczyło jakieś miasto. A przynajmniej tak to wyglądało z daleka. Jak mogłem się spodziewać, im bliżej tych zabudowań, tym więcej ayakashi... Szedłem z modlitwą na ustach. Z modlitwą, jako tarczą.Te nieczyste stworzenia odbijały się od tej czystej i świętej powłoki. Nie słyszałem nic, poza melodią wydobywającą się z moich ust.
Zatrzymałem się, choć tego nie chciałem. Rozchyliłem dotąd przymknięte oczy i ujrzałem ją.
Stałem i patrzyłem, nie wierząc.
Kobieta, która wiele już razy nawiedzala mnie w snach była teraz tak realna, jak ja i byłem pewien, że gdybym podszedł i chciał jej dotknąć, napotkałbym ciepło ciała i miękkość sukni, w którą była odziana.
Nie pamiętałem własnej matki. Ale jakimś cudem byłem pewien, że to ona.
Byłem pewien, że o to stoi przede mną moja rodzicielka, kobieta, dzięki której stąpam po tym świecie. Zbliżyłem się nieznacznie, nieufnie, nie przerywając modlitwy. A ona się uśmiechała.
Wyciągnęła ku mnie swoje blade, szlachetne dłonie o długich palcach.
- Chodź do mnie, mój mały - odezwała się dźwięcznym, słowiczym głosem, a mi załamał się głos. Wspomnienia odżyły. Wszystkie. Nawet te, których chciałem się pozbyć. Upadłem na kolana, próbując zatrzymać natłok obrazów, dźwięków i zapachów.
Z mych ust wydobył się krzyk. Krzyczałem jak nigdy dotąd. Głowa pulsowała bólem, z nosa kapała szkarłatna posoka.
Wtem wszystko ustało. Wszystko co widziałem, słyszałem, czułem... wszystko to zlało się w jedną, niejednolitą masę przypominającą błoto, lub źle wymieszany cement.
Wszystko to zapadło się zaraz w sobie, zawirowało i znikło, a ja klęczałem na ziemi porośniętej soczyście zieloną trawą.
Coś wpadło na mnie i przewróciło na plecy. Rozchyliłem powieki i ujrzałem twarz Rin. Jej łzy skapywały na moją twarz, ale zielone oczy pełte były szczęścia.
- Udało się - załkała i wtuliła się we mnie, ukrywając twarz w mej szyi - Odzyskałam cię.
Położyłem jej dłonie na plecach i przytuliłem. Uśmiechnąłem się, zbliżyłem usta do jej ucha i wyszeptałem.
- Wróciłem, Rin.
Zatrzymałem się, choć tego nie chciałem. Rozchyliłem dotąd przymknięte oczy i ujrzałem ją.
Stałem i patrzyłem, nie wierząc.
Kobieta, która wiele już razy nawiedzala mnie w snach była teraz tak realna, jak ja i byłem pewien, że gdybym podszedł i chciał jej dotknąć, napotkałbym ciepło ciała i miękkość sukni, w którą była odziana.
Nie pamiętałem własnej matki. Ale jakimś cudem byłem pewien, że to ona.
Byłem pewien, że o to stoi przede mną moja rodzicielka, kobieta, dzięki której stąpam po tym świecie. Zbliżyłem się nieznacznie, nieufnie, nie przerywając modlitwy. A ona się uśmiechała.
Wyciągnęła ku mnie swoje blade, szlachetne dłonie o długich palcach.
- Chodź do mnie, mój mały - odezwała się dźwięcznym, słowiczym głosem, a mi załamał się głos. Wspomnienia odżyły. Wszystkie. Nawet te, których chciałem się pozbyć. Upadłem na kolana, próbując zatrzymać natłok obrazów, dźwięków i zapachów.
Z mych ust wydobył się krzyk. Krzyczałem jak nigdy dotąd. Głowa pulsowała bólem, z nosa kapała szkarłatna posoka.
Wtem wszystko ustało. Wszystko co widziałem, słyszałem, czułem... wszystko to zlało się w jedną, niejednolitą masę przypominającą błoto, lub źle wymieszany cement.
Wszystko to zapadło się zaraz w sobie, zawirowało i znikło, a ja klęczałem na ziemi porośniętej soczyście zieloną trawą.
Coś wpadło na mnie i przewróciło na plecy. Rozchyliłem powieki i ujrzałem twarz Rin. Jej łzy skapywały na moją twarz, ale zielone oczy pełte były szczęścia.
- Udało się - załkała i wtuliła się we mnie, ukrywając twarz w mej szyi - Odzyskałam cię.
Położyłem jej dłonie na plecach i przytuliłem. Uśmiechnąłem się, zbliżyłem usta do jej ucha i wyszeptałem.
- Wróciłem, Rin.
Świetne ! Nic dodać nic ująć <3
OdpowiedzUsuńciekawe czy będzie rozwinięcie z matką Sudby... czy tylko taka migawka
OdpowiedzUsuńSuper !
OdpowiedzUsuń