Świat wirował. Nie mogłem odnaleźć góry, ani dołu... unosiłem się w jakiejś dziwnej przestrzeni, a czułem się jak we wnętrzu piłki, która toczy się ze zbocza... Co się ze mną dzieje?
Leżę w szpitalu już trzeci dzień. Trzeci dzień męczy mnie ten dziwny sen. Najgorsze jest to, że budzę się potem jeszcze bardziej zmęczony... Rin przesiaduje przy mnie, troszczy się mimo, że sama jest wyczerpana. Kręci głową, gdy każę jej iść do domu i odpocząć... A ona marniała w oczach.
Któregoś dnia nie przyszła. Byłem pewien, że została w domu, żeby odpocząć... ale gdy nie przyszła następnego dnia, zacząłem się bać. Może coś jej się stało?
Po tygodniu siedzenia w szpitalu wreszcie mogłem wrócić do domu. Wpadłem jak wicher, ale jedyne co zastałem to puste mieszkanie. Wszędzie panował bałagan - wyrzucone szuflady, rozrzucone papiery, ubrania... rozbita szyba w oknie. Poczułem jak cała krew z twarzy odpływa mi do stóp, a w uszach nieprzyjemnie szumi...
Kto mógł ją porwać...?
I w tej chwili doznałem olśnienia... Tamta dziewczyna musiała to zrobić. Nic by jej nie powstrzymało, żeby mnie dorwać. Tak jak wtedy.
Otworzyłem na oścież drzwi od szafy i wyciągnąłem swój mundur. Dobrze dopasowana czarna skóra powitała mnie cichym skrzypnięciem. Płaszcz, mimo że dawno nie używany, ani trochę się nie zniszczył - złota pieczęć na plecach lśniła, a klamry zadźwięczały śpiewnie i metalicznie tak, jak za pierwszym razem, gdy go założyłem. Za drugą tylną ścianą ukryty był mój miecz. Ciężki, dwuręczny, doskonały przyjaciel w każdej bitce - nieważne, czy na śmierć i życie, czy w zwykłej przyjacielskiej potyczce. Niewiele już myśląc, wybiegłem na dwór, by namierzyć tę zjawę.
Nie szukałem długo. A właściwie... nie szukałem wcale, bo dopilnowała, abym od razu wpadł na jej ślad. Co z tego, że to mogła być pułapka? Po pierwsze, tak na prawdę, to na to liczyłem. A po drugie. Cóż. Przede wszystkim chodziło mi o uwolnienie Rin. Wkroczyłem więc do jaskini lwa.
Kryjówką dziewczyny okazał się opuszczony klasztor. Stara budowla została już nadgryziona zębem czasu - tynk odpadał, ukazując ceglane wnętrzności ścian, mury kruszały szczerząc szczerbate kraty... Niezbyt przyjemne miejsce. Szedłem więc korytarzami tej dawnej siedziby mnichów, podążając za wskazówkami - krwawymi odciskami dłoni, a jedyną myślą, jaka nawiedzała mój umysł było pytanie, do kogo należała owa krew. W duchu modliłem się, oby nie była własnością mej przyjaciółki...
- Widzę, że dotarłeś - usłyszałem wysoki, pełen radości głos. Ayakashi stała przy Rin. Ta, przywiązana do krzesła, z zakneblowanymi ustami patrzyła na mnie oczami pełnymi łez. Uśmiechnąłem się do niej, chcąc dodać jej otuchy. - Nie mogłyśmy się z Fatum na ciebie doczekać, prawda? Rozmawiałyśmy sobie o tobie. Jaki jesteś dzielny, odważny, męski. No i wiesz. Przystojniak z ciebie, nie da się ukryć - z każdym krokiem zbliżała się do mnie - Nie jedna kobieta chciałaby mieć takiego faceta. Jesteś idealnym kandydatem na chłopaka, potem męża, a może w końcu ojca? - wyszczerzyła się szeroko. Stanęła na palcach, żeby bez zadzierania głowy móc spojrzeć mi w twarz - Ale kto chciałby się wiązać z mieszańcem, co?
Drgnąłem. O czym ona bredziła?
- Co, nie wiedziałeś? - zaśmiała się perliście i w podskokach wróciła do Rin - Twoja matka, człowiek, puściła się z ayakashi. Ciekawe, co? - zaczęła klaskać w ręce, śmiać się... jakby to była najzabawniejsza rzecz na świecie... a ja... ja... Ja mentalnie podnosiłem się z kolan, przygwożdżony tymi informacjami. Chociaż z drugiej strony nie miałem podstaw, by jej wierzyć.
- Rada Bogów wezwała cię w szeregi kami, bo byłeś dla nich zbyt niebezpieczny - kontynuowała, tym razem bawiąc się kruczoczarnymi włosami mojej przyjaciółki - Woleli kontrolować coś, czego nie rozumieli. Hybrydę ayakashi i człowieka. Choć z drugiej strony, mogli uczynić z ciebie potencjalną broń na zjawy. Jakież to mądre!
Jej śmiech niósł się echem po opustoszałych ruinach, a gdzieś w tle słyszałem stłumony kneblem szloch Rin. Patrzyła na mnie wielkimi oczami, jakby szukając w mym zachowaniu potwierdzenia słów dziewczyny.
- No dobrze... - odezwałem się choć czułem, że gardło mam opuchnięte i wysuszone. Mój głos musiał brzmieć strasznie chrapliwie - Powiedz mi tylko, po co wciągnęłaś ją w to wszystko?
- Tę ptaszynę? - zaśmiała się, zbliżyła twarz do twarzy Rin i oblizała jej policzek, jakby była lizakiem - Ona miała jedynie dostarczyć rozrywki. Chciałam was podręczyć. Bo widzisz... - odrzuciła za plecy niesfornego loka, który ośmielił się opaść jej a ramię - Ona cię kocha. A nie lubię, gdy ktoś wzdycha do mojej własności. Więc. - wyprostowała się, dobywając małego sztyletu i przytykając jej do krtani - Zabawmy się!
Ktoś się bawi w polsat :D
OdpowiedzUsuń